Zaloguj
Nillay

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 20223$
Podziękowania: 5785
Posty: 3556
ocenił na: 0
Długo czekałem na dalszy ciąg historii o Michelle i w końcu się doczekałem. I Raphaela też. :3
A pozostali Strażnicy sprawiają wrażenie trochę zombie na razie xD

Wgl. to nie za dużo tego picia w tym rozdziale? xD Tzn. wszyscy na kacu, a ich nowy producent ma jeszcze piwne oczy, no come on!
Poza tym... WIOSKA POLAND? MOGŁEŚ SIĘ WYSILIĆ NA JAKĄŚ NAZWĘ SERIO XD
_____
www.facebook.com/MojaDubWalka
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBI
Sygnatura•••
Duplo65

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 529$
Podziękowania: 1922
Posty: 3834
Ostrzeżenia: 2/7
ocenił na: 0
rozdział 24
„Miłość wewnątrz Domu Mroku'

Alicja wpatrywała się znużonym wzrokiem w obraz za szybami eleganckiej limuzyny. Widziała, jak miejski krajobraz pełen wysokich budynków i brudnych ulic ustępuje miejscu małym wioskom ze świeżo zasianą ziemią i polom pełnym wypasających się zwierząt. Zmrużyła oczy i spostrzegła, ze na jednym z nich wyrastała świeża kukurydza, opatulona zielonymi płatami z brązowymi włoskami.
- Szukaj takich, które mają najciemniejsze włoski - mawiał kiedyś jej ojciec, gdy wybierali się na spacery w okolicach leśnych; czasami znajdowali właśnie takie pola, jakie teraz widziała. Ucieszona, zawsze biegła i wyrywała kilka kolb, jednak z rozczarowaniem stwierdzała, że nie są jeszcze dojrzałe. Białe nasiona nie smakowały najlepiej.
- Jeśli ma ciemne włoski na czubku, to może być już dojrzała - mówił i dla potwierdzenia swoich słów zerwał kilka takich kukurydz i pokazał je małej Alicji. Ciemnowłosa dziewczynka pokiwała energicznie głową - miał rację. Były żółte. Nie były dojrzałe jeszcze tak, jak powinny być, jednak na pewno nadawały się do jedzenia. Te same, ugotowane już kolby zjedli w czwórkę przy kuchennym stoliku.
Ona, mała Alicja, jej uśmiechnięci rodzice. Obraz, którego długo nie zapomni i zawsze będzie zakradał się do jej pamięci.
Mimo, że Cade, Samantha, Ethan, Jamie i Alicja spędzili w łóżkach około piętnaście godzin, wciąż walczyli z sennością i lekkim zamroczeniem. Samantha wciąż miała na nosie czarne okulary przeciwsłoneczne z grubymi oprawkami i przez to Alicja nie wiedziała, czy wpatruje się właśnie za okno, jak ona, czy po prostu śpi. Jej zielono-żołto-czarne włosy wciąż były lekko mokre po porannym prysznicu i ułożyły się na trzy strony, przykrywając uszy i czoło dziewczyny. Alicja uśmiechnęła się.
Jamie nie miała tak mocno kręconych włosów, jak zazwyczaj. Najwyraźniej dziś rano odpuściła sobie lokówkę, pomyślała Alicja. Nie dziwiła się jej. Wszyscy z niewielkim entuzjazmem wsiedli do wielkiej limuzyny, która miała ich zawieźć na plan.
- To nawet duży dom - powiedział im Morty, który mimo różnych kosmetyków nie zdołał ukryć podkrążonych oczu - Mamy tam już wszystkie ubrania , jakie będziecie potrzebować, kosmetyki i łazienkę. To skutecznie ukryje wasze niewyspanie - zachichotał i zamilkł, po czym zaczął studiować jakiś dokument, który trzymał w ręce.
Zdjęcia mieli rozpocząć już dzisiaj i otrzymali scenariusze. Morty pokiwał głową, powiedział, że rozumie, że ostatnio dużo przeszli w związku ze sprawą pożaru hotelu i przez kilka dni będą czytać sceny z kartki, by wspólnie je wyćwiczyć. Wszyscy zgodnie odetchnęli z ulgą.
Alicja zaczęła wpatrywać się w swoją kopię scenariusza. ‘Miłość wewnątrz domu mroku’ - głosił tytuł napisany wielkimi, tłustymi literami na pierwszej stronie, po czym wypisana została obsada.
‘Alicja Simons - Alicja
Cade Anderson - Cade
Samantha Casless - Samantha
Ethan Way - Ethan
Jamie White - Jamie
___ - N.
___ - C.
Alicja Simons, pomyślała z uśmiechem. Nie było to jej prawdziwe nazwisko, gdyż pochodziła z Polski, jednak zaczęła się do niego powoli przyzwyczaić. Większą jej uwagę zwróciły jednak dwie ostatnie linijki na liście. N.? C.?
Przypomniała sobie wywiad w gazecie, którą przeczytali, gdy przebywali jeszcze w willi tej rozpuszczonej bogaczki, Hayley. Tak, Morty Powell mówił coś o nowych twarzach w serialu. ‘Ciekawe, kto to będzie’, pomyślała
Zaczęła przelatywać wzrokiem przez kolejne strony tekstu z nudów. Po pięciu minutach limuzyna zaczęła gwałtownie hamować z piskiem białych opon. Wzięła głęboki oddech, powstrzymując nagły przypływ mdłości i wysiadła z limuzyny, a za nią wyszła cała reszta. Otarła pięścią lekko zmęczone i załzawione oczy, po czym ziewnęła.
- To tutaj! Dom, w którym będziecie przebywać przez kilka najbliższych kilka tygodni - powiedział podekscytowany Morty i postarał się ująć budynek w swoje ramion - Jesteście gotowi na ‘Miłość wewnątrz domu mroku’?
Alicja spojrzała na dom. Zdjęcia to jedno, jednak gdy stała tuż przed nim nie mogła wyzbyć się wrażenia, że był to jej dawny dom. Dom, do którego tak chętnie zawsze wracała za szkoły, biegnąc przez zalane deszczem pola. Dom, w którym tyle przeżyła, a zarazem ten dom, o którym nie chciała pamiętać. Dom, który kochała, ale zawsze budził w niej nieuzasadnioną grozę i niepokój. Dom, w którym mieszkał jej brat Drace, zanim uciekł i nigdy nie wrócił. Mrugnęła, by odpędzić ciepłą łzę, zanim wsunie się na policzek.
Dom miał niemal idealnie prostokątny dach wykładany czerwonymi, lśniącymi od porannego słońca dachówkami. Komin, od którego przez brak domowników nie odchodził szaro mglisty dym, kontrastował z błękitnym niebem swoim pomarańczowym kolorem. Alicja zastanowiła się i zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy w życiu widziała coś tak cudacznego, jak pomarańczowy komin. Odpędziła jednak tę myśl i przyjrzała się reszcie domu.
Ciężko było stwierdzić, z czego był zbudowany, gdyż wszystkie znaki, które mogły o tym świadczyć zostały zamalowane przez mocną, żółtą farbę. Pociągnęła nosem i kiwnęła zadowolona głowa. Farba jeszcze pachniała - dom musiał zostać odmalowany mniej niż tydzień temu. Najwyraźniej stary kolor zaczął stawać się coraz słabszy, aż w końcu coraz mniej przypominał żółć. Duże, zakryte frędzlowatymi firankami okiennice miały już swoje lata, jednak to tylko potęgowało lekko przerażające, ale też przyjemne wrażenie jakie odnieśli, przyglądając się domowi.
- Wygląda całkiem nieźle - powiedział zaspany Cade, przerywając krótką ciszę. Samantha i Jamie niemrawo pokiwały głowami. Po chwili usłyszeli głos Ethana.
- Co się tam stało? - spytał, wskazując coś za ich plecami. Alicja odwróciła się powoli i odgarnęła z oczu włosy. Ujrzeli kolejny dom - a raczej jego resztki.
- Kilka tygodni temu wybuchnął tam pożar - powiedział Morty, mrużąc oczy, by chronić je przed nagłym powiewem wiatru - Kika świadków potwierdza, że krótko po wybuchnięciu widzieli sylwetkę mężczyzny. Nikt go jednak nie zidentyfikował. Była noc, a on… ludzie mówili, że miał głęboki kaptur, który zasłaniał mu twarz.
Samantha, Jamie, Cade, Ethan i Alicja spojrzeli na siebie nawzajem z szeroko otwartymi oczami. Wszyscy momentalnie pomyśleli o tym samym. Najwyraźniej są rzeczy, które M. przed nimi ukrył. Ale dlaczego? Jaki miałby sens w tym, by nie powiedzieć im o pożarze tuż naprzeciwko domu, w którym będą przebywać przez około dwa miesiące trwania zdjęć? Przez ostatnie tygodnie ciągłej ucieczki, walki i odkrywania wciąż do końca niejasnej tajemnicy nauczyli się jednego - nie ma zbiegów okoliczności. A przynajmniej w świecie, do którego przynależeli niespełna miesiąc. Świecie tajemnic.
Morty nie zwrócił na nich uwagi, tylko zrobił krok w stronę domu. Zmieszani, ruszyli tuż za nim. Wytarł ciężkie buty o gustowną, czerwoną wycieraczkę i lekko drgającą z podniecenia dłonią wsadził do zamka klucz, po czym przekręcił srebrną klamkę. Alicja przełknęła ślinę i weszła do domu, a za nią reszta aktorów.
Gdy tylko stanęła w progu, Alicja mogłaby przysiąc, że prosto w twarz powiał jej lekki wiaterek chłodu. Skrzywiła się i zrobiła kilka kroków do przodu, by wpuścić swoich towarzyszy. Weszli, a ich krokom towarzyszył odgłos lekko skrzypiącej podłogi.
- Wow - powiedział głośno Ethan na widok tajemniczego pomieszczenia. Alicja zauważyła, że wnętrze domu niczym się nie wyróżniało - ot, jak to w jednorodzinnych domkach położonych niedaleko od miasta. Drewniane panele na podłodze już lekko skrzypiały, co oznaczało, że w domu bywało już wielu gości przed Alicją i jej przyjaciółmi. Z prawej strony od wejścia znajdowało się kilka drewnianych wieszaków. Na jednym z nich Morty zawiesił płaszcz i uśmiechnął się od ucha do ucha, spoglądając na twarze Alicji, Cade’a, Ethana, Samanthy i Jamie. Samantha zdjęła okulary przeciwsłoneczne i zawiesiła je na dekolcie bluzki.
- I jak wam się podoba? - spytal podekscytowany reżyser, po czym wskazał dłonią na białe, lekko brudne drzwi znajdujące się tuż obok schodów na drugie piętro - Ściągnijcie buty i przyjdźcie jak najszybciej do kuchni. Chcę wam kogoś przedstawić.
Niemrawo mruknęli i posłuchali Morty’ego, po czym poszli w stronę drzwi. W głowie Alicji kłębiły się najróżniejsze myśli. Morty był miły i bardzo szybko się do niego przyzwyczaili, jednak wiedziała że nie tylko ona w tej chwili wspominała optymistycznego i pełnego energii Dave’a. Na myśl o nim uśmiechnęła się, poczuła jednak gorycz. Dave był pierwszą śmiercią, którą spowodowali. Nieświadomie, jednak to przez nich właśnie on został zabity. Była to śmierć, która zawsze będzie ciążyć na ich sercu, ponieważ byli za nią odpowiedzialni. Alicja zdała sobie sprawę że wciąż nie wiedzą, kto tak naprawdę go zabił, jednak było to nieważne. Nie przywrócą mu już życia.
Cade otworzył lekko skrzypiące, drewniane drzwi. Przyjaciele powoli zaczęli wypełniać wnętrze dość przestrzennej kuchni. Była elegancka i bardzo zadbana, Wszędzie dominowała jasna, momentami wręcz oślepiająca biel. Alicja szybko wyrzuciła z myśli kuchnię, w której przebywała kilka ostatnich dni - kuchnię w willi Hoover. Różnica pomiędzy nimi była ogromna. Kuchnia Hayley była kolorowa i różnobarwna, zresztą jak cała rezydencja na Baker Street w Beverly Hills. Za to ta była prosta i zwyczajnie biała, bez żadnych typowych dla młodej bogaczki dodatków.
Alicja spojrzała pytająco na Morty’ego, unosząc do góry jedną brew. Mężczyzna wciąż uśmiechał się szalenie szeroko.
- Możecie wejść - powiedział do postaci za ścianą. Chwilę później z drugich drzwi prowadzących do kuchni wyszły dwie osoby. Alicja przyjrzała im się. Pierwsza z nich, chłopak, miał gęste, ułożone w lekkim nieładzie ciemne włosy, które oklapły na jedno oko, całkowicie je zasłaniając. Uśmiechnął się - nie tak szeroko jak Morty, tylko bardziej w stylu ‘właśnie zrobiłem coś złego’. Dziewczyna z kolei miała włosy dokładnie tego samego koloru, jednak rozpuszczone, a jej małe oczy wpatrywały się we wszystko z wielką uwagą. Usta ukladały jej się w grymasie przypominającym uśmiech.
Morty podszedł do rodzeństwa i poklepał chłopaka po plecach.
- Cade, Alicja, Ethan, Samantha i Jamie… Przedstawiam wam Nathana i Crystal Reed, nowych nabytków w naszej obsadzie. Zjedzcie wspólnie jakieś śniadanie, poznajcie się, a jak będziecie gotowi zacząć ćwiczyć sceny, to dajcie mi znać. Będę na drugim piętrze.
***
Przez te kilka sekund, gdy Morty oddalał się w stronę progu cichym krokiem, w kuchni panowała atmosfera jak na placu pełnym nieruchomych posągów. Wszyscy zastygli z tą samą twarzą, a w głowach Alicji i przyjaciół myśli przewijały się niczym ujęcia w bardzo szybkim filmie akcji. Głównie dominowało jedno pytanie - ‘Co jest, do cholery?’
Gdy kroki Morty’ego były już praktycznie niesłyszalne, czas ponownie ruszył z dawną prędkością. Każdy chciał coś powiedzieć, jednak pierwszy dźwięk wydobył się z gardła Cade’a.
- Al… b… Co wy… Jezus…
‘Lider przemówił’, pomyślała Alicja. Ah ten nasz charyzmatyczny Cade.
- Zachowaj głos, przystojniaku. - powiedziała Crystal, jak widać niezwykle rozbawiona zaistniałą sytuacją. Po chwili jednak wydźwięk jej słów bardzo się zmienił. - Nie musicie nic mówić. Nie rzucimy z Nathanem też żadnego one-linera w stylu ‘Niespodzianka!’. Po prostu pogódźcie się z tym, co się dzieje, nie potrzeba zbędnych komentarzy.
- Ale co wy tu robicie? - mimo wszystko zadał pytanie Ethan. - Rozumiem zabawę po pijaku na imprezie w Beverly Hills, każdemu odwala po alkoholu, ale męczyć nas jeszcze w pracy? Musicie być prawdziwymi fanami.
Samantha prychnęła, a kąciki jej ust podeszły niemal na wysokość nosa.
- To nie są żarty - Crystal odgarnęła z czoła grzywkę niczym modelka (co bardzo skojarzyło się Alicji z irytującą Hayley Hoover) i spojrzała na każdego po kolei, wzrok jej spoczął jednak na twarzy Cade’a - Uważamy z Nathanem, że ostatnio staliście się dla nas bardzo poważną przeszkodą. A jedyny sposób by ominąć przeszkodę, to ją usunąć - powiedziała i usiadła przy dużym, prostokątnym stole. Wzięła do dłoni zielone jabłko i zaczęła się nim bawić - Siadajcie, nie ma sensu stać, póki mamy przerwę.
Reszta, wciąż nie mogąc wydusić zbyt sensownego zdania, usiadła. Alicja znajdowała się tuż naprzeciwko Nathana i poczuła spojrzenie jego oczu na swoich. ‘To chyba nie on nosi spodnie w tym związku’, pomyślała. Nie odezwał się jeszcze ani słowem.
Cade bardzo mocno zmarszczył brwi na kilka sekund, najwyraźniej myśląc nad wypowiedzią. Po chwili je rozluźnił.
- Usunąć? Co macie na myśli? Czego od nas chcecie?
- Pojawiliście się znikąd, do tego nie odpuszczacie. Myśleliśmy, że śmierć waszego ukochanego producencika wystarczy, by jasno przekazać wam, byście zrobili krok do tyłu i po prostu poszli w swoje strony, ale cóż, nie zadziałało.
Samantha wstała tak szybko, że okulary odczepiły się od jej bluzki i rozbiły się na dwa kawałki na kafelkowej podłodze.
- To ty, suko, zabiłaś Dave’a? - w jej głosie było słuchać czysty gniew. - Bawi cię odbieranie życia, pieprzona wariatko? Mam gdzieś zabawę w czarnoksiężników podczas imprezy, ale naprawdę tak bardzo masz zrytą głowę, by mieszać w to niewinnych ludzi? - Zabrała jej jabłko z rąk i z furią rzuciła w jej lekko pucołowatą twarz. Trafiła w jedno z szarych oczu.
Dziewczyna, o dziwo, nie zareagowała. Czuła dość mocny chwilowy ból, a wokół oka zarysował się lekki, fioletowy pierścień, jednak na jej twarzy nie pojawił się nawet cień gniewu. Tylko rozbawienie.
-- Na wojnie jest wiele ofiar, kochana. Radzę ci usiąść, bo chyba nie potrzebujesz skandalu, że nowa aktorka na planie pokiereszowała ci te twoje ślicznie, zielone włoski? - powiedziała słodko z nutką groźby.
Samantha powstrzymała się przed chęcią zdzielenia tej morderczyni prosto w twarz, jednak Alicja zatrzymała ją gestem ręki. Mimo, że sama również poczuła gniew i niewyobrażalny żal, musiała przyznać Crystal rację, że żaden skandal się teraz nikomu nie przyda.
- A więc, jeśli mogę kontynuować, chciałabym was tylko ostrzec. To wszystko, co się dzieje od momentu naszego pojawienia się w willi, jest ostrzeżeniem. Hayley jest już w tym zbyt głęboko, ale wy wciąż możecie się wycofać. Na pewno macie jakieś pieniądze z racji tego, że jesteście ulubieńcami nastolatków. Wróćcie do swoich rodzin, pojedźcie na wspólne wakacje, zostańcie na planie, ale nie zbliżajcie się już więcej w naszą stronę. Naprawdę chcecie ryzykować wszystko dla tej idiotki Hayley?
Alicja zastanowiła się nad tymi słowami. Trzymanie się z dala od Tęczowłosej było jej bardzo na rękę, jednak wiedziała, że nie ma do czynienia z rozsądnymi ludźmi, tylko z głupimi nastolatkami, którzy bawią się w Boga za pieniądze swoich rodziców. Każde ich słowo mogło być podstępem, które prowadziłoby do kolejnego podstępu. A ucieczka, po tym co właśnie usłyszeli, nigdy nie dałaby im spokoju. Dave był dla nich wszystkich jak rodzina. Jak mieli pozwolić, by jego zabójcy chodzili żywo i zagrażali wszystkim innym, gdy oni będą siedzieć w najbliższym pociągu z dala od tego wszystkiego?
- O co wam tak właściwie chodzi? Te przedmioty są warte tego całego g**na? - powiedziała Jamie, zaskakując wszystkim swoim głosem. Alicja bardzo rzadko słyszała, by Jamie używała takich słów. Jednak od odejścia Arthura wiele rzeczy w niej zaczęło ją zaskakiwać.
- To już nie wasza sprawa - Crystal zaakcentowała bardzo słowo ‘nie’ - Trzymajcie się z daleka. Nie wracajcie do willi. Nie wchodźcie nam w drogę. Nie tak trudno zapamiętać.
- Nie możemy odejść - powiedział Cade - Staliście się przeszkodą. A co mówiłaś, że robi się z przeszkodami? Ah, tak. Usuwa je.
Dziewczyna pokręciła głową.
- Tak bardzo nic nie rozumiecie…
- My już pójdziemy - Cade wstał i to samo zrobiła Alicja, Samantha, Ethan I Jamie - Oh, tylko nie zapomnijcie sprzątnąć tego bałaganu - powiedział jeszcze na pożegnanie, wskazując połamane okulary przeciwsłoneczne i soczyste jabłko na podłodze - Przecież nie potrzebujemy, żeby Morty pomyślał o nas coś złego.
***
- 'Miłość wewnątrz Domu Mroku', scena 1, ujęcie 1
Morty siedział na charakterystycznym krześle z napisem REŻYSER ze skrzyżowanymi nogami. Po obu jego stronach znajdowały się obiektywy czujnych kamer, położonych na statywach. Wszystkie ustawione były tak, by uchwycić cały obraz znajdującęgo się przed nimi pokoju. Było to, jak zauważyła Alicja, największe pomieszczenie w całym dwupiętrowym domu. Prostokątny pokój miał dwa duże okna, przez które wlatywało rześkie, poranne powietrze.
Alicja przebrała luźną bluzkę i błękitne dżinsy na swój serialowy strój - czarną spódniczkę i pomidorowy sweter. Od początku utrzymywała, że to głupie ubranie, jednak Dave nigdy tego słuchał i nie zrobił tego również Morty, ku jej irytacji. Na jej policzkach znajdowały się śladowe ilości pudru, a oczy były umalowane czarnym tuszem. Oblizała usta z różowego błyszczyku i rozejrzała się. W tym ujęciu występowała z Cadem oraz Crystal, która, jak przeczytała w scenariuszu, wcielała się w jego serialową kochankę, co jeszcze bardziej ją zirytowało. Przed jej oczami pojawił się obraz Hayley i jej tęczowych włosów. 'Dobrze, że chociaż jej tu nie ma'.
Cade ubrany był w prążkowaną koszulę i długie, czarne spodnie. Charakteryzatorzy również nie poskąpili mu makijażu, jednak miał go znacznie mniej niż Alicja. Nerwowo poprawiał rękawy koszuli i sztywny kołnierz - jego nogi również lekko drgały. Crystal stała tuż obok niego - ona z kolei miała na sobie obcisłą bluzkę i spodnie, a jej oczy przez makijaż wydawały się o wiele większe, niż były w rzeczywistości. Uchwyciła spojrzenie Alicji i puściła jej oczko.
- Czuję się trochę dziwnie - powiedział Cade do zakłopotanej tym gestem Alicji - Znaczy, no wiesz... Po takim czasie dziwnie po prostu grać na planie. To wydaje się takie... zbyt normalne w porównaniu z tym, co działo się w ostatnich dniach.
Alicja musiała przyznać mu rację. Rozejrzała się - stażyści wciąż poprawiali statywy kamer oraz mikrofon, tak, żeby znajdował się tuż nad głowami aktorów i poza polem widzenia obiektywów.
- Anderson i Reed - zwrócił się do Cade'a i Crystal jeden z kamerzystów - Macie swoje kartki? To dość krótka scena i chcemy ją już nagrać, bo przez waszą ucieczke straciliśmy mnóstwo czasu. Powtórzcie szybko kwestię i poczekajcie pod drzwiami - wejdziecie na nasz znak. Simons, ty zostań tutaj. Kwestie wyuoczone?
- Tak - potwierdziła Alicja. Zawsze uczenie się roli szło jej najlepiej ze wszystkich przyjaciół. Zapamiętywała wszystko po około pięciu minutach czytania. Później oczywiście zapominała, ale wtedy nie było to już ważne.
Cade poklepał ją po plecach, gdy razem z czarnowłosą dziewczyną wychodzili z domku. Usłyszała, jak niemal niesłyszalnie powtarza kwestie pod nosem i mimowolnie się uśmiechnęła. Wszystko było dokładnie tak, jak dawniej. Jakby wszystkie wydarzenia - jej wizyta w szpitalu, śmierć Dave'a, ucieczka do willi, spotkanie z M, walka z zabójczą wariatką, urodziny Hayley, na których zostali zaatakowani - się nigdy nie wydarzyły. Teraz liczyło się tylko tu i teraz. Ona, scenariusz i kamery.
Kamerzyści zaczęli pokazywać Morty'emu uniesione kciuki na znak, że wszystko już gotowe. Skinął głową i otworzył swoją kopię scenariusza. Oblizał wargi i położył palec na napisie 'scena 1'.
- 'Miłość wewnątrz Domu Mroku', scena 1, ujęcie 1, akcja!
Alicja siedziała już na skórzanym fotelu. Nerwowo patrzyła raz na zegarek, raz na zdjęcie Cade'a w telefonie komórkowym. Zaczęła lekko szlochać i po policzkach jej postaci płynęły sztuczne łzy. Po policzkach samej Alicji płynęły prawdziwe.
Rozpoczęło się zgrzytanie w zamku drzwi i po chwili na scenę weszli Cade oraz Crystal, chichocząc jak świeżo zakochani ludzie. Spojrzenie Cade'a spoczęło na Alicji. Zaczęła wycierać łzy.
- Alicja? Czy coś się stało? - zapytał z nutką dramatyzmu w głosie. 'W sumie większość kwestii w tym scenariuszu ma dopisek 'powiedział/a z nutką dramatyzmu w głosie', pomyślała Alicja.
- Ja... Ależ... Nie... - wytarła ostatnie krople łez i wstała gwałtownie, po czym zrobiła jedną ze swoich dramatycznych min - Kto... kto to jest?
Crystal spojrzała na Cade'a z otwartymi ze zdziwienia ustami, które po chwili znowu zaczęły chichotać.
- Oh Cade, czyż to jest twoja była dziewczyna? Nie odpowiadałeś jej o mnie, kotku?
- Ja... Alicja, to jest Crystal - powiedział Cade i wskazał na pierścionek na jej palcu - Moja narzeczona, mówiłem ci o niej.
Alicja wybuchnęła sztucznym płaczem i znowu usiadła na fotelu.
- Nie wierzę...! Jeszcze tydzień temu mówiłeś, że kochasz tylko mnie, a już znalazłeś sobie nową dziewczynę i jeszcze się jej oświadczyłeś? - wydukała z histerią w głosie. 'Z histerią w głosie' to chyba drugie w kolejności najczęściej używane wyrażenie w scenariuszu, pomyślała znowu.
- Rozmawialiśmy o tym! - Cade obruszył się i powiedział głośniejszym głosem: - Crystal jest moją od dawna poszukiwaną wybranką życia! Zaakceptuj naszą piękną miłość! - po czym odbył z Crystal jeden z charakterystycznych udawanych pocałunków. 'Ma w tym wprawę - pomyślała Alicja - W pierwszej serii bardzo często ro robiliśmy'. Po tej myśli zrobiło jej się smutno. Wstała i zaczęła jeszcze bardziej szlochać.
- Cięcie! Mamy to! - krzyknął zadowolony Morty i obrócił kartkę scenariusza na drugą stronę. Zatrzymał palec na napisie 'scena 2' - Scena 2, ujęcie 1! Nathaniel, Samantha, przygotować się! Wchodzicie na mój znak. Akcja!
Na scenę wszedł Nathaniel Reed. Ubrany był w luźną skórzaną kurtkę i obcisłe, brązowe spodnie, a idealnie przyczesana przez charakteryzatorów grzywka opadała na oczy w taki sposób, że prawie nie było ich widać. Podszedł do Alicji.
- Kochanie, cóż się stało? - powiedział dramatycznym głosem i spojrzał na Cade'a - Co jej zrobiłeś, ty łamaczu kobiecych serc?
- Może powinieneś bardziej pilnować swoją wybrankę - Cade przybrał pewną siebie postawę - Wtedy nie biegłaby do mnie na każdym kroku!
- Już ja ci dam! - Nathaniel gwałtownie poprawił grzywkę uderzył Cade'a (oczywiście udawanym ciosem). Crystal zakryła usta dłońmi i pisnęła.
- Dlaczego bijesz mojego chłopaka? - spojrzała na Nathaniela z wyrzutem i spoliczkowała go. - Zostawcie naszą miłość w spokoju! - po czym pogładziła jego twarz i znowu zaczęli się całować.
- Bracie? - do pokoju weszła Samantha, która w żaden sposób nie przypominała Samanthy. Miała długą, czerwoną perukę i bardzo lekki makijaż. Ubrana była w białą koszulę i czarną spódniczkę, podobnie jak Alicja. Spojrzała na Nathaniela - Bracie, co tu się wyprawia?
- Oh, Samantho - Nathaniel zaczął cicho szlochać i nerwowo poprawiać włosy - Odkąd tylko poznałem twoją przyjaciółkę, Alicję, od razu poczułem strzałę amora wbijającą się prosto w moje wrażliwe serce! Długo czekałem, ale ona zawsze miłowała tylko jego! - wskazał palcem na Cade'a - Gdy w końcu się rozstali i zacząłem naprawiać jej złamane serce swoją miłością, on wraca i nie daje jej żyć! Czy nasza miłość kiedykolwiek zazna spokoju? - powiedział i przytulił Alicję, po czym oboje zaczęli płakać.
Samantha nerwowo zacisnęła usta i spojrzała na całującą się parę.
- Nie martw się, moja przyjaciółko Alicjo! - Samantha podeszła do Crystal i gwałtownie pociągnęła ją za włosy - Co ty sobie wyobrażasz?! Myślisz że możesz tak po prostu wejść do czyjegoś życia i je rujnować? Ty... ty bęcwale! - ostatnie słowo wypowiedziała raczej pytająco.
- Cięcie! - usłyszeli głos Morty'ego - Samantho, co się dzieje?
- Serio mam ją tak nazwać? - prychnęła i spojrzała do scenariusza - Bęcwale? Nie sądzisz, że bardziej pasowałoby tu jakieś mocniejsze słowo?
- Czy scenarzyści kiedykolwiek nas zawiedli? - 'Zawodzą cały czas', pomyślała Alicja, ale nikt się nie odezwał. - Trzymamy się skryptu! Powtórka ostatniej sceny!
Samantha przewróciła oczami. Na słowo 'akcja' ponownie podeszła do dziewczyny.
- Co ty sobie wyobrażasz! Myślisz, że możesz tak po prostu wejść do czyjegoś życia i je rujnować? Ty bęcwale! Ty dziewczyno bez manier! - poszarpała jej włosy, a Alicja i Nathaniel zaczęli jeszcze mocniej płakać. Cade ruszył w obronie ukochanej.
- Samantho, dlaczego to robisz! - Cade również zaczął płakać i pogłaskał Crystal po włosach. Ona też szlochała.
Na koniec Samantha przytuliła się do Nathaniela i Alicji i również zaczęła cicho płakać.
- Cięcie! - Morty sięgnął po chusteczkę i wytarł oczy - Wybaczcie, stało się tak emocjonalnie... Aż się łezka w oku kręci... - powiedział i wydmuchał nos - Mama zawsze mówiła, żebym zajmował się komediami... Myślę, że dostaniemy kilka nagród za ten odcinek. Na dzisiaj koniec.
***

- Ten serial jest nieźle porąbany - powiedział Ethan, otwierając puszkę coli. Od zakończenia kręcenia minęła godzina i wszyscy - czyli Cade, Alicja, Samantha, Ethan i Jamie - znajdowali się w jednym z pokoi na drugim piętrze, popijając zimne napoje. - Dobrze, że chociaż mnie nie było w tej scenie.
- Czytałeś scenariusz? - zapytała Alicja i uniosła brew; Ethan pokręcił przecząco głową - W kilku kolejnych odcinkach masz bardzo emocjonalne sceny z Jamie - zaśmiała sie i spojrzała na przyjaciółkę. Jamie bezmętnie pokiwała głową - po jej spojrzeniu Alicja domyśliła się, że dziewczyna znajdowała się teraz zupełnie gdzie indziej.
- Oh Jezu - Ethan wziął kolejny szybki łyk i ujął puszkę w dwie ręce, pochylając nią lekko. Jego mina zmieniła się. - Jest... dziwnie. Wciąż nie wierzę, że nie ma z nami Dave'a.
Zapadła krótka cisza. Nikt nie wiedział, jak to skomentować. Po chwili niezręczność przerwał jednak dzwonek telefonu.
- Oj, przepraszam - Cade zaczerwienił się i spojrzał na ekran w okamgnieniu. - Muszę to odebrać... Zaraz wracam - powiedział przepraszająco i wyszedł z pokoju, pociągając klamkę lekko zeskrzypiałych drzwi.
- Pewnie gada z Hayley - zagadnęła Samantha, kręcąc ustami. Zaczęła bawić się puszką podobnie jak Ethan.
- O czym ty mówisz? - spytała Alicja.
- Podejrzałam kilka jego SMSów jak byliśmy w limuzynie - wyznała dziewczyna. - Chyba coś się stało po tej imprezie. Nic ci nie mówił?
- Nie... To znaczy, pewnie nie było odpowiedniej okazji - odpowiedziała jej Alicja, chociaż dobrze wiedziała, że było to kłamstwo. Cade i Hayley? Skłamałby, gdyby powiedziała, że nie widziała tego co się unosiło w powietrzu przez cały ich pobyt w willi Hoover, ale nie podejrzewała, że cokolwiek zacznie się dziać tak szybko. Cade był teraz inny. Stał się bardziej odważny, otwarty. Ta cała sytuacja obudziła w nim cechy, których Alicja nigdy u niego nie widziała. I mimo że nie zawsze mu się to udawało, starał się być ich liderem, zawsze wszystkich chronić. Stał się jednak równiez o wiele bardziej pewniejszy siebie - to Alicja musiała przyznać, mimo że jej się to nie podobało. Pamiętała, ile czasu zajęło im zbliżenie się do siebie zanim poznali Hayley. Lekkie uśmiechy, nieśmiały dotyk i niezręczność trwała bardzo długo. Wszystko zmieniło się w noc imprezy pełnej fanów i spędzili kilka świetnych, słodkich dni razem. A potem to się zmieniło. Jakby byli kolegami z klasy, rozmawiając ze sobą tylko z konieczności.
Alicja trwała w zadumie jeszcze kilka dobrych minut, zanim drzwi ponownie wydały skrzypiący dźwiek i Cade wszedł do pokoju. Uśmiechnął się do Samanthy i Ethana, nie spjrzał jednak na Alicję. Sięgnął po swoją cole i wziąl długi łyk.
- Ej, Ethan — Samantha poklepała kolegę po plecach i rzuciła mu charakterystyczne spojrzenie w jej stylu: 'nie sprzeciwiaj się' - Powinniśmy poćwiczyć kilka scen. Wiesz, dalej nie znamy tekstu...
I zanim Cade zdążył zaprotestować, Samantha już wychodziła z pokoju, ciągnąć Ethana za rękę. Rzucił Cade'owi przepraszające spojrzenie na pożegnanie. Drzwi skrzypnęły.
Alicja nieśmiało spojrzała na Cade'a, który siedział na kanapie naprzeciwko niej. On tylko lekko się uśmiechnął i spojrzał na swój napój. Cisza.
Po kolejnej minucie niezręczności Alicja wstała i usiadła obok niego. Zawstydził się.
- Musimy porozmawiać - powiedziała, zaskakując samą siebie.
- Jasne, o czym chcesz pogadać?
- O Hayley.
Mięśnie jego twarzy lekko się skrzywiły, niemal niezuaważalnie. Alicja jednak do dostrzegła.
- Alice...
'Alice'. Zawsze tak do niej mówił, najczęściej gdy byli sami. Podobało jej sie to i on o tym wiedział.
- Co się stało, Cade? Co się z nami stało?
- Ja...
- Wszystko było dobrze, póki ona się pojawiła. Dlaczego ona, Cade?
Spojrzała mu prosto w oczy. i nagle, kompletie niespodziewanie, pochylił się nad jej twarzą i ją pocałował.
Chciała go odepchnąć, zwyzywać, uciec i zostawić samego, ale nie mogła w tej chwili myśleć. Pogładził ją po włosach i kontynuował długi pocałunek. Jego ręce powędrowały w stronę jej ubrań. Zatrzymała je.
- Rozmawiaj ze mną! - wyrwała się z pocałunku i spoliczkowała go, zbierając w tym ciosie cały swój żal i gniew. - Myślisz, że kim jesteś? Wiem, że się z nią całowałeś. Dlaczego, Cade? Dlaczego zachowujesz się jak ostatnia świnia?
- Mam być szczery? - powiedział już groźniejszym tonem - Hayley... W jakiś sposób mnie oczarowała. Jest zupełnie inna, niż ty, bardziej pewna siebie, flirtowała ze mną i uległem temu. Przepraszam za ten pocałunek, Alice. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem.
- Ja... - zająkała się, slysząc tę odpowiedź - Kocham cię, Cade. Myślałam, że ty czujesz to samo, ale skoro uważasz, że nie jestem zbyt dobra dla ciebie, to lepiej trzymaj się z nią. Jesteś świnią. Myślałam... myślałam, że mamy to coś, to świetne uczucie, ale się myliłam. Wracaj do swojej Tęczowłosej. Wyjdź stąd, Cade.
- Ale... - próbowal zaprostesować, ale nie pozwoliła mu na to.
- Wynocha z tego pokoju - wycedziła i od razu wstał z zamiarem wyjścia.
- Nie chciałem nigdy, żeby tak wyszło - powiedział na koniec - Zależy mi na tobie, Alicjo. Nie zapominaj o tym - i wyszedł.
***
Po odejściu Cade'a jeszcze chwilę siedziała w ciszy, wpatrując się we wzorzystą ścianę. Na pewno nie tego się spodziewała. Wyobraziła sobie te sceny z filmów, gdy w końcówce para wszystko sobie wykrzykuje i zaczynają dogadywać się, bo uświadamiają sobie, że tak naprawdę się kochają. Długa, szczera i bolesna rozmowa pomaga im odkryć uczucie, którego oboje nie byli pewni.
Ta rozmowa w ogóle nie była do tego podobna. Alicja nie była nawet pewna, czy można 'to' było nazwać rozmową. Od dłuższego czasu napięcie między nią, a Cadem wisiało w powietrzu i wszystko do tego prowadziło. Tylko czy była zadowolona z rezultatu?
Była już tym zmęczona. Przypomniała sobie, jak piękne w swojej prostocie były gesty, gdy Cade przytulał ją po śmierci Dave'a i poczuła łzy w oczach. Nic nigdy nie będzie już tak proste i szczere. Nie może już do niego podejść i po prostu przytulić, by upewnić się, że naprawdę jest obok. Nie może ująć jego dłoni i usłyszeć ten kojący głos, który wiele razy uratował ją od całkowitej rozpaczy. Poczuła, że nie doceniała wystarczająco tych pięknych momentów, bo skończyły się one tak szybko, że nawet tego nie zauważyła. Pewnego dnia po prostu było już inaczej.
Dwie godziny później Morty powiadomił ich wszystkich, że mają problem z transportem i poprosił ich, by przespali się w domku. Alciji to odpowiadało. Każda rzecz, każdy ruch zaczął ją męczyć i ucieszyła się, że jedyną czynnością, jaką musi zrobić wieczorem, to położyć się na łóżku i odpłynąć. Proste rzeczy są rewelacyjne, pomyślała ze smutkiem. Szkoda, że jest ich tak niewiele.
Gdy się położyła, ku swojemu zdziwieniu zasnęła niemal natychmiast. Wszystkie myśli się ulotniły i pozwoliły jej odpocząć. Była im wdzięczna, nawet jeśli to tylko na tę jedną noc.
We śnie znajdowała się w autobusie i lekko przeżuwała gumę, spoglądając na widoki zza brudnego okna. Każdy krzak, każde drzewo i każdy domek, który mijała były dla niej bolesne. Całe swoje życie, czyli 15 lat spędziła na tej wiosce razem z rodziną i przyjaciółmi. Znała każdy jej kąt. Przypomniała sobie wszystkie kryjówki w chowanego i uśmiechmęła się na myśl o każdej z nich. Będzie tęsknić za domem. Ale z drugiej strony, w środku, w sercu bardzo cieszyła się, że zawędruje gdzieś dalej. Oczekiwanie na ujrzenie nowych krzaków, drzew i domków było wspaniałym uczuciem i Alicja miała ochotę krzyczeć ze szczęścia. Czuła się jak mała dziewczynka, którą rodzice po raz pierwszy zabrali w nieznane miejsce.
Zanim wyszła z domu, wycałowała rodziców i pożegnała się najczulej, jak tylko mogła. Ale stało się również coś dziwnego. Wręczyli jej papierowe, nawet ciężkie zawinątko. Był to medalion. Przepiękny, lśniący, czysty medalion. Najpiękniejsza biżuteria, jaką Alicja kiedykolwiek widziała. Często lubiła oglądać różne pierścionki czy wisiorki na wystawach jubilerów, gdy spacerowała z rodzicami po mieście. Nigdy jednak nie wyobrażała sobie, że sama kiedykolwiek będzie posiadać coś równie pięknego.
Jednak nie wyglądał on tak standardowo jak biżuteria, którą zwykle widywała przez duże szyby. Medalion był wykonany w dziwnym, charakterystycznym stylu. Pod odpowiednim kątem Alicja zauważyła, że przedstawiał on.. zamknięte oko. Nie było ono jednak idealnie okrągłe. Na górze, tam gdzie znajdował się do założenia na szyję łańcuszek, było pękniecie, przez co oko skojarzyło się Alicji z podbitym. Mimo wszystko dostrzegła w tym piękno. Mimo uszkodzenia, medalion nadal prezentował się idealnie i dodawało mu ono osobliwego wyglądu, co podobało jej się jeszcze bardziej.
‘Jest wyjątkowy. Noś go zawsze ze sobą’, powiedziała jej matka i były to ostatnie słowa, które od niej usłyszała, zanim przekroczyła próg. Zniknęła do niej i taty głową, pomachała i oddaliła się w stronę przystanku.
Schowała zawiniątko z medalionem do torby. Kusiło ją, by ubrać go na szyję, by poczuć się piękną. Nie zrobiła jednak tego. Emanował on dziwną energią – a przynajmniej takie Alicja odnosiła wrażenie. Mogłaby przysiąc, że gdy na niego spojrzała przed schowaniem, błysnął błękitnym światłem.
Autobus podskakiwał lekko na wybojach, jednak nie na tyle, by zniszczyć jej humor. Minęli już wioskę i jedyne co widziała, to zielone pola oraz oświetlające je słońce. Nie czuła smutku. Na to przyjdzie czas później. Teraz była szczęśliwa. A ostatnio nie często taka bywała.
Nie był to pierwszy raz, gdy znalazła się poza wioską. Rodzice zawsze zabierali ją na zakupy do miasta, w którym przeszła również castingi. Jednak był to pierwszy raz, gdy wiedziała, że przez dłuższy czas nie będzie jej w domu. Że nie spojrzy wieczorem na rodziców, zanim pójdzie spać. Nigdy nie zasnęła, póki tego nie zrobiła. Kochała ich nad życie. Tak jak wcześniej i Drace'a.
Drace.
Przełknęła ślinę i pokręciła lekko głową. Nie chciała teraz o nim myśleć.
Alicja często występowała w różnych szkolnych przedstawieniach, jednak nigdy nie brała tego za nic poważnego. Lecz gdy przeczytała w internecie o castingach do nowego serialu, które odbędą się również w mieście obok, postanowiła spróbować i o dziwo, był to strzał w dziesiątkę. Prowadzący byli zachwyceni tym, z jaką lekkością i gracją wcieliła się w postać, która była praktycznie jej przeciwieństwem. Alicja zawsze była skromna i lekko nieśmiała, dziewczyna ze scenariusza była za to przebojowa, pewna siebie i lekko arogancka. A jako, że każda postać w serialu miała nazywać się tak, jak odgrywający ją aktor, czuła że jest inną wersją siebie. Uznała to za świetną zabawę - wcielanie się w swoje przeciwieństwo.
Nie dostała roli od razu, jednak zapewniono ją, że raczej nie miała zbyt dużej konkurencji. Podała swoje dane kontaktowe i z niecierpliwością czekała na e-maila z potwierdzeniem oraz kopią scenariusza, by mogła dowiedzieć się, o czym będzie serial. Przyszedł po tygodniu.
Rodzice byli z niej bardzo dumni. Rodzina Alicji nigdy nie była bogata, jednak zawsze czuli się szczęśliwi w swoim towarzystwie i nie było nic lepszego, jak sprowadzić uśmiech na twarze ludzi, którzy nauczyli jej najważniejszych rzeczy i powoli wprowadzali w dorosłe życie. Dzień, w którym otrzymała wiadomość o potwierdzeniu roli, był najszczęśliwszym dniem w jej życiu.
Autobus miał zawieżć ją do miejsca, z którego z kolei zabierze ją większy autokar z wygodniejszymi warunkami - podróż bowiem miała trwać dobre kilka godzin. Mogła kupić bilet na pociąg, ale nie chciała jechać sama. A w autokarze pozna resztę aktorów, którzy wybrali ten sposób transportu z tego samego powodu, co Alicja. Była podekscytowana, lecz również lekko zawstydzona. A co jeśli to będą sami 'aktorzy z wyższych sfer', przy których będzie się czuć jak wybrana z litości i nie będą mogli się dogadać? Będą patrzeć na nią z góry przez okulary przeciwsłoneczne, poprawiając swoje wymyślne, eleganckie stroje.
'Przesadzasz', pomyślała, kierując te myśli do samej siebie. 'Wszystko będzie dobrze'.
Westchnęła i oderwała wzrok od okna. Opony autobusu lekko pisnęły i pojazd się zatrzymał. Serce Alicji zabiło tak mocno, że nie słyszała dźwięku wysiadających pasażerów. Wstała, zarzuciła na jedno ramię sportową torbę z ubraniami i kilkoma drobiazgami, po czym odgarnęła kosmyk kasztanowych włosów z czoła. To ten moment.
Wysiadła i spostrzegła, że znajduje się na pustym przystanku. Wszyscy ludzie, którzy jechali z nią autobusem poszli w stronę miasta i Alicja znajdowała się tu całkiem sama. Usiadła na ławce i ściągnęła z ramienia torbę. Zapadła kompletna cisza, którą co jakiś czas przerywały przejeżdzące samochody, jednak nie było ich dużo.
Wyciągnęła telefon i spojrzała na godzinę. 'Pisali, że autokar może spóźnić się kilka minut', pomyślała i schowała go z powrotem do kieszeni. Siedziała w takim napięciu, że nie miała ochoty na muzykę.
Po około dziesięciu minutach autokar nadjechał. Do momentu aż się zatrzymał Alicja zdała sobie sprawę, że wstrzymuwała oddech. Zakręciło jej się lekko w głowie. Wstała jednak i podeszła, lekko niepewnie, do drzwi.
- Ty jesteś Alicja Simmons, prawda? - powiedział przyjaźnie nieco przysadzisty mężczyzna z żółtymi okularami przeciwsłonecznymi na nosie. Miał na oko jakieś 40 lat, choć wyglądał nieco starzej przez zapuszczoną kozią bródkę. - Nazywam się Dave i zajmę się wami, dzieciaczki, przez następne kilka tygodni. Wsiadaj.
Skinęła głową i wpatrzona w czubki swoich czarnych butów, weszła do środka. Niebieskie siedzenia w autokarze były zajęte przez piątkę nastolatków, wyglądających na tem sam wiek co Alicja. Początkowo chciała usiąść w wolnym rzędzie, jednak zdała sobie sprawę, że nie chce wypaść na dziwaczkę już swojego pierwszego dnia. Zajęła wolne miejsce obok blondwłosej dziewczyny ze słuchawkami na uszach. Uśmiechnęła się do niej i ściągnęła je, po czym wyciągnęła rękę do Alicji.
- Jestem Samantha - powiedziała i potrząsnęła jej dłonią - A ty?
- Alicja - odpowiedziała lekko zakłopotana. Samantha miała na sobie koszulę w stylu moro oraz zdarte dżinsy i ten ubiór lekko ją zdziwił. Spodziewała się, że wszyscy będą ubrani elegancko, jak na rozpoczęcie lub zakończenie roku szkolnego. Sama Alicja wybrała swoją najlepszą białą koszulę i czarną spódnicę. Jednak przyniosło jej to też ulgę. Może jej wyobrażenia o bogatych bucach się nie sprawdzą. Samantha miała przyjemną twarz i Alicja uśmiechnęła się.- Skąd przyjechałaś? - zapytała ją uprzejmie nowo poznana koleżanka. - Ja jechałam autobusem od samego rana. Mieszkam w Phoenix, Arizonie.
- Mała wioska niedaleko - wydukała Alicja. - Nie mogę doczekać się, aż będziemy w Los Angeles - zaśmiała się.
- O tak, ja też! Podobno jest tam tak gorąco, że ludziom plażowanie zaczyna się nudzić. Jak coś takiego może się znudzić?!
Zaśmiały się obie i Alicja poczuła się odprężona. Cały stres, który towarzyszył jej w drodze do autokaru ulotnił się równie szybko, jak się pojawił. Spojrzała na Samanthę i na Dave'a, który wciąż stał przy wejściu do pojazdu. - Nie odjeżdżamy?
- Dave mówił, że czekamy na jeszcze jednego gościa - odpowiedziała jej dziewczyna i znowu założyła słuchawki na uszy.
Alicja skinęła głową. Najwyraźniej ten ktoś zostanie podwieziony samochodem czy coś w tym stylu. Po kilku minutach Dave przedstawił się chłopakowi i sam usiadł, gotowy do odzjadu.
- Chyba ktoś zapomniał torby - powiedział nowo przybyły, trzymając w ręku sportową torbę - Leżała na ławce, na przystanku. Kogoś z was?
- Moja - powiedziała zawstydzona Alicja i wstała. Jak mogła zapomnieć torby?! Były tam wszystkie jej najważniejsze rzeczy. Poczuła się upokorzona i zła na samą siebie. - Dziękuję - wydukała, lekko się jąkając do chłopaka, który podał jej torbę.
- Nie ma sprawy - powiedział uśmiechnięty - Jestem Cade. Miło cię poznać.
- Alicja.
Był bardzo przystojny. Jego blond włosy były starannie uczesane; ubrany był w białą koszulę, jak ona oraz czarne spodnie. Zarumieniła się i usiadła znowu na miejscu. Z ulgą zdała sobie sprawę, że Samantha przeglądała coś na telefonie i prawdopodobnie nie widziała jej żałosnego zakłopotania. Westchnęła głęboko i wyciągnęła z torby butelkę wody, żeby poczuć coś innego niż żar własnych policzków.
Cade zajął miejsce po stronie okna obok Dave'a, który dał znak kierowcy, że mogą już odjeżdżać. Alicja usłyszała pisk opon, gdy autokar ruszył i pomyślała, że czeka ją kilka wspaniałych tygodni.
***
- Alicja, wstawaj. Alicja – poczuła dotyk dłoni na swoim ramieniu. Samantha stała nad jej łóżkiem i próbowała ją obudzić, szeptając.
Alicja uniosła ramiona do góry i westchnęła ze zmęczenia. Przetarła knykciami sklejone oczy i zamruczała, rozczarowana, że Samantha zerwała ją ze snu.
- Co się dzieje? – powiedziała lekko niemrawo, próbując przyzwyczaić wzrok do ciemności w pokoju.
- Wstawaj, szybko – wyszeptała Samantha i podała Alicji buty oraz spodnie, po czym spojrzała na zamknięte drzwi pokoju upewniając się, że pozostali jeszcze śpią. – Słyszałam coś.
Alicja odgarnęła kołdrę z łóżka i zaczęła wciągać dżinsy na swoje chude nogi. Nie podobało jej się, że została obudzona w środku nocy, ale najwyraźniej było to coś ważnego, skoro obudziła ja właśnie Samantha. Samantha nigdy nie interesowała się drobnostkami i wiedziała, że nie obudziłaby jej, gdyby nie miała jakiegoś ważnego powodu.
- Co słyszałaś? – spytała cicho.
- Tę dwójkę. Crystal i Nathan, tak? Obudziły mnie ich kroki na tych starych, skrzypiących schodach – odpowiedziała Samantha i podała Alicji pierwszą bluzkę, jaką znalazła w jej walizce – Włóż to szybko i idziemy. Jeśli mają nas pozabijać, jak Dave’a, to wolałabym do tego nie dopuścić.
Przyjęła bluzkę i założyła ją pośpiesznie. Gdzie Crystal i Nathan mogli schodzić o tej porze? Ucieczka nie miałaby żadnego sensu, bo Crystal wyraźnie dała im do zrozumienia, ze nie opuści domku, póki oni tego nie zrobią. Co oni znowu knują?
Ubrana już Alicja dała znak Samancie i obie wyszły z pokoju. Dzieliły go wspólnie na tę jedną noc, więc nie musiała się martwić, czy Samantha obudziła kogoś jeszcze. Zamknęły za sobą drzwi i starając się robić jak najcichsze kroki, zeszły na dół.
- Wiesz, gdzie poszli? – spytała Alicja, rozglądając się bezradnie. – Wyszli z domu?
- Nie – odpowiedziała jej Samantha, ogarniając całe pomieszczenie wzrokiem. – Słyszałabym odgłos frontowych drzwi.
Alicja również się rozejrzała i jej uwagę przykuło dziwnie światło, dochodzące gdzieś spod schodów. Podeszła bliżej i zobaczyła złotą klamkę uchylonych drzwi.
- To komórka pod schodami? – spytała Samantha – Coś jak w Harrym Potterze?
- Nie wydaje mi się – odpowiedziała jej i pociągnęła drzwi w swoją stronę. Tajemnicze światło okazało się starą, zawieszoną na drucie żarówką. Była już lekko przypalona i migała, co skojarzyło się Alicji ze starą sztuczką używaną w horrorach. Mimo wszystko wzdrygnęła się.
- Schody – odparła Samantha, patrząc na stopnie prowadzące w dół. – Ale do czego prowadzą? Piwnica?
- Przekonajmy się – powiedziała Alicja i postawiła pierwszy krok na schodach. Odetchnęła głęboko.
Podziękowania dla autora posta:
Nillay
Nillay

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 20223$
Podziękowania: 5785
Posty: 3556
ocenił na: 0
Uśmiechnął się - nie tak szeroko jak Morty, tylko bardziej w stylu ‘właśnie zrobiłem coś złego’.

Lajkyt.

Ogólnie, nic mnie tak nie rozbawiło jak scenariusz serialu, w którym grają bohaterowie. Takie połączenie latynoskiej telenoweli, Mody na sukces i Szekspira xD I dostali kolejnego beznadziejnego... producenta-reżysera-scenarzystę? Kimkolwiek on faktycznie jest.

I najlepszą częścią tego odcinka (hehehehxD) jest chyba to wspomnienie (sen) Alicji i jej taka... geneza. Bardzo miło czyta się fabułę, która się nie pipeprzy po czasie i pewnych wydarzeniach i wszystko jest pięknie i miło. ^^
_____
www.facebook.com/MojaDubWalka
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBI
Sygnatura•••
Podziękowania dla autora posta:
Duplo65, Shirya
Duplo65

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 529$
Podziękowania: 1922
Posty: 3834
Ostrzeżenia: 2/7
ocenił na: 0
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO DLA MNIE, bo właśnie skończyłem nowy rozdział, który powstawał strasznie długo... w sumie nie wiem dlaczego XD

Wiem że tylko Nillay mnie czyta, ale lubi jak tu dodaję to właśnie to robię.

Dom Mroku
Rozdział 25
„Strach”

Nathan wyglądał przez okno w małym, kwadratowym pokoju, do którego został przydzielony na noc przez ‘problemy z transportem’, jak poinformował ich Morty. Wszystko poszło dokładnie tak, jak zaplanowali. Wystarczyło przebić opony w dwóch limuzynach, by ci leniwi filmowcy odpuścili sobie obowiązki na dzisiaj i po prostu zapadli w słodki sen. Pewnie jutro sami je wymienią i nigdy nie wrócą do tego tematu. W końcu po co zgłaszać szefostwu taką drobnostkę?
Zamrugał, próbując pozbyć się mazi sklejającej jego oczy. Był środek nocy i najchętniej ponownie wróciłby do wygodnego łóżka, jednak ta opcja nie wchodziła w grę. Zgodnie z wytycznymi Crystal wstał, ubrał swoją ulubioną białą bluzę i dżinsy i czekał na dziewczynę, wpatrując się w krajobraz zza okna. Widział stąd źdźbła trawy znajdującej się tuż przed wejściem na ganek i chwilę się w nią wpatrywał, odprężając oczy relaksacyjnym, zielonym kolorem. Po chwili skierował wzrok trochę wyżej i dostrzegł spalony dom, znajdujący się po drugiej stronie ulicy. A raczej pozostałości po nim. Spłonął niemal doszczętnie – Nathan przeczytał jakiś czas temu w lokalnej gazecie, że nikt w nim nie mieszkał i był opuszczony od dawna, a większość mieszkających po sąsiedzku osób znajdowało się poza miastem, prawdopodobnie napawając się wakacyjnym odpoczynkiem. Straż pożarną zaalarmowała przypadkowa dziewczyna, która była zbyt pijana, żeby przypomnieć sobie numer na taksówkę, i wracała do domu na piechotę. Gdyby nie ona, ogień mógłby rozprzestrzenić się na inne domki, gdyż wszystkie znajdowały się w niewielkiej od siebie odległości.
Wyobraził sobie czerwony całuny dymne pochłaniające całą ulicę i zamknął oczy, wdychając woń własnej wyobraźni. Crystal była tu tej nocy. Powiedziała Nathanowi o tym następnego dnia – zdenerwowana, wręcz wściekła. Lubił to. Uwielbiał, gdy jego siostra była pełna gniewu i nienawiści. Była wtedy inną, bardziej naturalną i ludzką osobą. Robiła to, czego chciała i nikt nie mógł stanąć jej na drodze. Była ogromnym, skomplikowanym ładunkiem wybuchowym, który tylko on potrafił zdetonować. Tym właśnie byli dla siebie nawzajem.
Crystal i Nathan od zawsze byli bardzo blisko, jednak to nie zmieniało momentami trudności w ich relacjach. To było coś, czego Nathan nigdy nie czuł z innymi dziewczynami – nieprzewidywalność i mus bycia przygotowanym na każdą okazję. Wrócił myślami do szkolnych dni, gdy przystojny, ale lekko niedbały uganiał się za dziewczynami. Uganiał to jednak trochę zbyt mocne słowo. Najczęściej wystarczył półuśmiech, kilka zwięzłych, ale staranie przeprowadzonych rozmów i oczarowywał każdą, jaką zechciał. I mimo, że była to dla niego przydatna umiejętność, za którą był wdzięczny, szybko go znudziła, tak jak te wszystkie dziewczyny. Z jego siostrą było inaczej. Po części dlatego, że była jego siostrą.
Uśmiechnął się i wrócił do swoich poprzednich rozmyślań. Po tym, jak dowiedzieli się o pożarze, na kilka dni odpuścili sobie poszukiwania, pogrążając się w myślach i gniewie. Dom, który został zwęglony był ich jedyną nadzieją. I ta nadzieja spłonęła, tak po prostu. Nathan również nie mógł powstrzymać gniewu. Byli bliżej niż kiedykolwiek, a on im to zniszczył. Mężczyzna w czerni, który zawsze pojawiał się znikąd. Jak duch, który manipulował rzeczywistością i naginał ją według własnych zachcianek. Jak zmarszczka gniewu na czole Crystal.
Gdy już pakowali się na wyjazd w celu poszukiwania nowych trupów, Nathan tam poszedł. Przekopał się przez resztki gruzu i dokładnie przeszukał to, co znajdowało się pod nimi, nie znalazł jednak nic. Nigdzie nie było przejścia, którego szukali. Przejścia w głąb ziemi. Zostali oszukani. Ponownie przez mężczyznę w czerni. To od początku nie był ten dom, którego szukali. To od początku była sztuczka. Starannie i godnie podziwu zaplanowana, ale wciąż sztuczka.
Gdy powiedział o tym siostrze, ona znowu się wściekła, jednak przyniosło im to obu ulgę. Była jeszcze nadzieja. Odrodziła się z kamieni i popiołu, jak feniks, który dodawał im sił i motywacji, by się nie poddawać. Sprawdzili dom po drugiej stronie ulicy i on był tym właściwym. Ten dom, w którym znajdowali się teraz.
Właśnie wtedy Crystal i Nathan dowiedzieli się, że domek ten miał za kilka dni zmienić się w plan zdjęciowy dla jakiegoś serialu. Obserwowali tych dzieciaków przez kilka dni. Byli na imprezie, którą zorganizowali w jednym z największych i najbardziej przebojowych klubów w Los Angeles. Byli w kinie, w którym jeden z nich po raz pierwszy spotkał Hayley. Widzieli, jak rozmawiali z mężczyzną w czerni w willi Hoover, do której uciekli po tym, jak podpalili jakiś hotel. Mężczyzna w czerni pomógł im to zatuszować. Mężczyzna w czerni potrafił wszystko i zawsze był krok przed wszystkimi. Więc dlaczego zaczął z nimi współpracować? – tego Crystal i Nathan nie mogli zrozumieć.
Gdy ‘aktorzy’ wciąż znajdowali się w hotelu, to jego siostra wpadła na pomysł, by trochę ich wystraszyć. Podłożyła jakiś liścik, ale uznała, że to nie było wystarczające. Jeden celny rzut nożem w gardło i ich reżyser umarł niemal natychmiast. Dla Crystal ta chwila nie różniła się zbytnio od tych wszystkich godzin, które spędziła na ćwiczeniach w strzelaniu z łuku czy właśnie rzucania brzytwami. Zawsze trafiała w sam środek tarczy. Tutaj tarczą były nerwy łączące szyję z głową.
Dave. Nazywał się Dave. David.
Nathan nie czuł się dobrze z tym, co się stało. Widział jego z góry skazaną na porażkę próbę złapania oddechu i ostatnie oznaki życia na pulchnej i pucołowatej twarzy. Takie rzeczy wyrębywały się w pamięci niczym świder w kamieniołomie. Nie mógł zapomnieć. Nie mógł zapomnieć imienia osoby, na której śmierć patrzył i w wypadku której nie zrobił nic, żeby jej zapobiec. Musi go uszanować i pamiętać. To jedyne, co może zrobić, by mógł spokojnie spać po nocach. Choć to ostatnio też nie było ostatnio takie łatwe.
Oderwał spojrzenie od krystalicznej szyby i usiadł na krawędzi łóżka. Z rozmyślań wyrwał go nasilając się dźwięk kroków. Stuk, stuk, stuk. Klamka kliknęła, wydając metaliczny dźwięk starości.
Do pokoju weszła Crystal. Piękna i elegancka, jak zawsze, pomyślał. Uśmiechnął się na jej widok i dostrzegł radość w jej małych, uroczych oczach. Oczach, które wpatrywały się w niego zawsze, odkąd pamiętał. Które dopiero niedawno zaczął zauważać i podziwiać. A może i nawet kochać. Dziewczyna ubrana była w proste, czerwone spodnie i białą koszulkę, na którą narzuciła odrobinę za dużą skórzaną kurtkę, w wyniku czego zwisała jej ona z chudych ramion. Usiadła obok Nathaniela i pocałowała go, a on pocałował ją.
- Zabija mnie to, że musimy spać w oddzielnych pokojach – wymruczał i pogładził palcami jej czarne jak węgiel włosy.
- To nie potrwa długo – powiedziała między jednym pocałunkiem, a drugim. – Dobra, wstawaj. Nie mamy dużo czasu. – odezwała się po chwili znowu i delikatnie odepchnęła go od siebie czerwonymi paznokciami, po czym wstała z łóżka.
- Zawsze zabijasz nastrój – pokręcił głową Nathan i, zgodnie z jej poleceniem, wstał. Odgarnął włosy z czoła i spojrzał na nią znowu. Nie mógł przestać.
- Co? – spytała, rozbawiona jego zachowaniem.
- Nic. Po prostu jesteś piękna.
- Jasne – zaśmiała się i znowu go pocałowała. – Widzę, co robisz. Ale serio musimy iść.
- Auć – odpowiedział rozczarowany Nathan – Prosto w uczucia. Nie jesteś w ogóle romantyczna.
- Nie marudź, tylko chodź.
- Właściwie to chciałem cię jeszcze o coś spytać.
- Hmm?
- Myślałem… Myślałem trochę na temat tego typka w czerni. – wydukał Nathan i spojrzał na czubki swoich butów. – Pamiętasz, jak śledziłaś go i spalił ten dom?
- Mam nie pamiętać? To było jakieś trzy tygodnie temu.
- Zastanawiałem się nad tym… nad tym, jak Cię oszukał. Byłaś pewna, że to był właściwy dom. Sprawdziliśmy adres w Internecie i w różnych papierach ze sto razy. Jak to się stało, że nagle zmieniłaś zdanie i… nie, jak to się stało, że to nie był nasz cel? Że cały czas chodziło o dom naprzeciwko?
Crystal wstała z łóżka i zagryzła wagę. Zatrzepotała rzęsami, mrugając i Nathan niemal dostrzegł w powietrzu magiczny pył towarzyszący elfom czy wróżkom przy ich pełnym gracji wykonywaniu różnych czynności, jak w animacjach Disneya. Wyobraził sobie dziewczynę z elfimi uszami oraz długimi, przezroczystymi skrzydłami niczym Dzwoneczek. Crystal byłaby najseksowniejszym elfem na świecie.
- Nie wiem, co zrobił – powiedziała po kilku sekundach namysłu, w czasie których Nathan zaczął snuć swoje elfie fantazje. – Schylił się na środku ulicy i położył na niej coś. Jakiś wynalazek, magia, nie wiem. Cały czas chodziło o ten dom – rozłożyła ręce na całą ich długość, starając się objąć nimi całe pomieszczenie. – Po prostu użył czegoś, co nagięło rzeczywistość czy coś w tym stylu, lub moje pole widzenia. Myślałam, że wchodzi do tego domu i go podpala, a tak naprawdę wszedł do tego po drugiej stronie ulicy.
- ‘Po prostu’ – zacytował ją Nathan, wpatrując się w Crystal jak w obłąkaną. Obłąkanego elfa. – Przecież to jest kompletnie niemożliwe.
- Nie wiem, co jest możliwe, a co nie. – wzruszyła ramionami i objęła go w pasie. Zaskoczony, lecz również zadowolony Nathan zrobił to samo. Pocałowała go krótko, po czym odciągnęła jego ręce od siebie, pogrążając jego nadzieję na to, że ta chwila potrwa chociaż odrobine dłużej. – Dorwiemy go. W swoim czasie. Na razie musimy zająć się czymś innym. Chodź – powiedziała i ujęła jego dłoń, po czym pociągnęła ją w stronę drzwi. Westchnął głęboko i wyszedł za nią z pokoju. Wolną ręką domknął za sobą klamkę, starając się narobić przy tym możliwie najmniej hałasu.
- Myślałaś kiedyś, by przebrać się za elfa? – wyszeptał.
- Co?
- A nic, nic – wydukał zmieszany i ruszył w stronę schodów, wciąż trzymając Crystal za delikatną, zimną dłoń. Wydawała się tak krucha, że przeszło mu przez myśl, że wystarczyłoby ją lekko ścisnąć, by obróciła się w suchy piasek. Wyrzucił z głowy ten obraz. Taka twarda, a zarazem delikatna.
Podłoga lekko zaskrzypiała, gdy zeszli z ostatniego stopnia i postawili buty na czerwonym dywanie. Nie wiedział, gdzie dokładnie zmierzali, więc wzruszył ramionami i wpatrywał się wyczekująco w siostrę. Crystal pewnym krokiem odwróciła się na pięcie i ruszyła ponownie w stronię długich schodów, skręciła jednak w bok i Nathan dostrzegł, gdzie się kierowała. Zmrużył oczy i dostrzegł ledwo widoczną klamkę. Pomieszczenie pod schodami. No jasne, że tak.
Złapała zimną, złotą klamkę i przekręciła ją, po czym pociągnęła w swoją stronę i nowa lokacja stanęła przed nimi otworem. Były to kolejne schody, jednak w przeciwieństwie od tych eleganckich, czystych domowych, te były zakurzone brudne – i, najwyraźniej, długo nieużywane. Nathan pstryknął mały włącznik na ścianie i stara żarówka zaczęła lekko migać, po czym zaświeciła, oświetlając ich twarze żółtym światłem. Spojrzał w dół. Nawet przy tym świetle nie widział, gdzie drewniane stopnie schodów się kończyły. Do tego żarówka była tylko jedna – gdy zejdą niżej, nie będą mieli już żadnego źródła światła. Zostanie tylko ciemność. ‘Cienie lubią pojawiać się i znikać w ciemności’, przeszło mu przez głowę.
- Powiedz, że masz latarki – wydukał Nathan, nerwowo wpatrzony w dół. Często uważał wypowiedzi w stylu ‘strach rozpłynął się na moim ciele niczym nieugotowane jajko’ jako przesadzone, jednak teraz poczuł dokładnie to, o czym wiele razy czytał w tanich dreszczowcach. Nieprzyjemny chłód na karku był dla niego nowością. Nathan Reed nigdy dotąd nie był taki przerażony, a składało się na to wiele czynników – strach, ciemność oraz niepewność, co czeka ich na dole. Przełknął kostkę lodu ciążącą mu w gardle. Chłód ogarnął całe ciało.
- Tylko się nie zesraj ze strachu – zaśmiała się Crystal i podała mu jedną, po czym postawiła pierwszy krok. Włączyła latarkę i mocny, biały promień światła zaczął oświetlać przed nią drogę. Nathan zapalił swoją i ruszył tuż za nią. Skierował światło latarki na ściany pełne pajęczyn, kurzu i sylwetek martwych owadów. Na moment odraza była silniejsza niż strach.
Tunel, w głąb którego schodzili, był bardzo wąski, więc nie mogli iść obok siebie – Nathan znajdował się tuż za swoją siostrą. Spojrzał na jej plecy i był zachwycony postawą, jaką zawsze zachowywała – lekkie, ale szybkie i pewne siebie kroki, wyprostowane ramiona i plecy. Sprawiała wrażenie bardzo wysokiej, choć wcale taka nie była. Biło od niej pewnością siebie i nonszalancją – nigdy nie okazywała strachu, a jeśli tak, to ukrywała to bardzo dobrze. Za dobrze, jak na jego gust.
Kontynuował studiowanie starych ścian, które mijali, nie znalazł jednak nic poza okazyjnymi zniszczeniami i brudem. Nawet najmniejszego śladu świadczącego o tym, że był tu ktoś przed nimi. Nathanowi wydawało się to dziwne. Musiało to być całkiem inne zejście, niezależne od tego prowadzącego do piwnicy. Nie wiedzieć czemu myślał, że są połączone. Ale to by nie miało sensu. Zostałyby odkryte już dawno, a to na pewno nie był cel osoby, która je projektowała.
- Przejście pod schodami? Nie wydaje ci się to zbyt oczywiste? Któryś z mieszkańców tego domu na pewno je znalazł, szukając piwnicy czy coś – zagadnął, starając się zapanować nad drżeniem głosu. Tak naprawdę mało go interesowała w tej chwili kwestia, czy ktoś wiedział o sekretach domu, czy też nie. Starał się odpędzić swoje myśli od ciągłej niepewności – wciąż nie widział końca schodów.
- Dom został wybudowany niedawno. Wcześniej to miejsce było tylko mokrą trawą ze znakiem informacyjnym ‘Sprzątaj po swoim psie!’ – odpowiedziała mu Crystal i uśmiechnęła się lekko. – Po wybudowaniu domu na pewno znaleźli ten tunel, ale może uznali że to jeden ze starych schronów czy coś takiego.
- Skoro tak, to czemu połączono tunel z domem? Ktoś musiał wiedzieć, do czego prowadzi. To znaczy, że pewnie nic już tam nie znajdziemy, Crystal.
Nie odpowiedziała, co niezbyt go zdziwiło. Jego siostra nie była typem osoby, która pokornie godziła się z porażką. Wzruszył ramionami i zapadła dłuższa cisza. Nathanowi wydawało się, że schody cały czas skręcają, tworząc ogromną spiralę. ‘Powrót na górę będzie bolesny’, pomyślał i ciężko westchnął.
Po kilku długich minutach ciąg stopni nareszcie się skończył. Gdy postawili stopy na nowym podłożu, ich uszu dobiegł dziwny, metaliczny dźwięk; Nathanowi skojarzyło się to z ulicznymi artystami chodzącymi boso po złamanym szkle, nie było to jednak do końca to. Porównał to w myślach do tafli lodu, pod którą rozkruszyły się mniejsze kawałki zamrożonej wody. Podłoże było jednak stałe i pewne, w przeciwieństwie do często niestabilnej lodowej tafli. Nathan przykucnął i dotknął podłoża; nie było zimne, lecz sprawiało wrażenie bardzo solidnego, niczym z kamienia. Emanowało mocnym, błękitnym światłem jak neon hotelowy, które razem z Crystal często mijali, podróżując z miejsca na miejsce.
Przejechał po podłodze palcem i mimo, że wyglądała jak szklana, nie była śliska. Wyprostował się i podeszwą skórzanego buta kopnął ‘taflę’ z całej siły. Znowu usłyszał charakterystyczny dźwięk, jednak już nie taki mocny, jak wcześniej. Spojrzał na Crystal, która z założonymi na piersi rękoma wpatrywała się w niego niecierpliwie.
- Skończyłeś?
- Ale… - Nathan wędrował wzrokiem między podłożem, a siostrą. – To jest niewiarygodne. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Czy to w ogóle robota człowieka?
- Za odpowiednio duże pieniądze da się zrobić wszystko – odpowiedziała obojętnie i zaczęła bawić się paznokciami.
- Ale wewnątrz ziemi? Żeby nikt nie mógł tego podziwiać? Jaki ktokolwiek miałby w tym cel?
- Masz coś na myśli?
- Nie wydaje mi się, żeby to jacyś ludzie zrobili. Zastanawiałaś się kiedyś, skąd wzięły się te przedmioty?
Przedmioty. Jedno, zwyczajne słowo, które niegdyś odnosiło się do całkiem prostych rzeczy, takich jak buty, książki, ewentualnie przedmioty szkolne takie jak historia, której Nathan nienawidził. Teraz jednak nabrało dla nich całkiem nowego znaczenia. Przedmioty. Ten błysk w oku Crystal gdy wiedział, że tym razem nie skojarzyła sobie ‘przedmiotów’ z nudnym zeszytem czy długopisem. ‘Przedmioty’ były teraz całkowicie niewytłumaczalnymi rzeczami o nadnaturalnych właściwościach. Manipulacja czasem, unoszenie innych rzeczy wysoko nad ziemią, strzelanie dziwnymi pociskami energii. Rzeczy, o których każdy kiedyś marzył. Nathan przypomniał sobie momenty, gdy zawsze po seansie nowego filmu z serii ‘Harry Potter’ wracając do domu wyobrażał sobie, że posiada magiczną różdżkę i ciskał zaklęciami we wszystko – drzewa, budynki czy nawet ludzi (gdy akurat znajdowali się na tyle daleko, by nie zwracać uwagi na latającego jak wariat nastolatka z kijem w ręku). Skończenie 17 lat nie pomogło. Uśmiechnął się na to wspomnienie.
- Jasne, że się zastanawiałam. Ale ciężko mi wyobrazić sobie jakichś kosmitów, którzy przylecieli na Ziemię tylko po to, by zrobić takie podziemne tunele i umieścić w nich magiczne przedmioty. Sorry, nie trafia to do mnie.
- Ale to możliwe. Piramidy to tez ich sprawka.
- Oczywiście.
Pokręcił głową i kątem oka dostrzegł kształt uśmiechu na kąciku jej wargi. Drażniła się z nim. Absolutnie mu to nie przeszkadzało, musiał przyznać.
Dziewczyna skierowała promień latarki przed siebie, oświetlając ich dalszą drogę. Ten tunel był zdecydowanie większy – o wiele szerszy, niż klaustrofobicznie wąskie schody. Sufit również sięgał o wiele wyżej. Poczuli ulgę, jakby wreszcie mogli swobodnie odetchnąć. Nathan skinął głową, dając Crystal znak, że mogą iść dalej. I tak zrobili.
Ponownie zaczął przyglądać się ścianom. Były zupełnie inne, niż te towarzyszące im całą drogę w dół schodów. Nie znalazł żadnych śladów brudu, kurzu, czy pajęczyn – były niezwykle czyste, wręcz krystalicznie, jakby ktoś regularnie schodził tutaj i je czyścił. Wydało mu się to dziwne, zdecydowanie zbyt dziwne. Zbyt wiele rzeczy było tutaj dziwnych. Dotknął jedną ze ścian, najpierw delikatnie, muskając ją miękkimi opuszkami palców, po chwili jednak gładził chropowatość całą dłonią. Kryształowy blask odbijał się w źrenicach jego ciemnych oczu.
Odsunął się od ściany. Kolejną rzeczą, jaka wydawała mu się nienaturalna było to, że w całym tunelu nie było żadnego zapachu. Gdy znajdowali się jeszcze w dom, czuł w powietrzu woń takich rzeczy jak lakier do włosów używany w pokoju-garderobie, czy zmywacz do paznokci Crystal. Odkąd postawili stopy na podobnej do lodu powierzchni, Nathan nie czuł kompletnie nic. Jakby pomieszczenie było całkowicie zamurowane, nie wpuszczając żadnego zapachu z zewnątrz. A jednak oboje mogli swobodnie oddychać, nawet się nad tym nie zastanawiając.
Kilkanaście kroków później korytarz zdawał się kończyć – już z odległości kilkuset metrów dostrzegli pięknie ozdobione drzwi, prowadzące najprawdopodobniej do innego pomieszczenia. Gdy się do nich zbliżyli, Nathanowi zaparło dech w piersiach. Drzwi, a raczej wrota, sięgały do samego sufitu, który na oko posiadał jakieś 20 metrów wysokości w pionie. Nathan przełknął ślinę.
- Są niesamowite.
- Ta, cokolwiek – powiedziała obojętnie Crystal, jak zwykle wykazując minimum entuzjazmu. Wrota były przepiękne – Nathan nie umiał nawet do końca stwierdzić, z czego wykonane. Nie było to drewno – były zdecydowanie zbyt solidne i nie trzeba było dotyku, by to stwierdzić. Od góry do dołu drzwi ozdobiono zróżnicowanymi błyskotkami – takimi jak złoto, srebro, różnego rodzaju rubiny lub klejnoty. Wszystko to jednak nie wyglądało… ludzko. Niektóre błyskotki sprawiały wrażenie co najmniej dziwnych – takie jak fioletowe kamienie, które były twarde jak skała i miękkie jak plastelina jednocześnie. Nathan dotknął jednego z nich. Ścisnął dziwną masę, jednak przez nieustępliwą twardość nie zmienił jej kształtu. Po kilku sekundach znowu stała się giętka i spróbował ją całkiem spłaszczyć. Udało mu się.
Mógłby przez długi czas wpatrywać się w liczne ozdoby, jednak Crystal wyrwała go z transu, pociągając ogromną dźwignię znajdującą się przed wrotami. Początkowo zaskrzypiały, po chwili jednak zaczęły się otwierać, zapraszając ich do nieznanego wnętrza.
Gdy całkiem się rozsunęły, przed ich oczami pojawiło się całkiem nowe pomieszczenie, do którego pośpiesznie weszli. Oczy Nathana zaczęły skakać z jednego obiektu na drugi. Była to ogromna komnata utrzymana w gotyckim stylu, podtrzymywana przez liczne, również ozdobione kolumny. Nathan poczuł, jakby przeniósł się do obrazka z podręcznika historycznego. Komnata była bardzo duża i sprawiała wrażenie solidnej. Pod butami jego i Crystal nie znajdowała się już kryształowa powierzchnia, tylko piękny, wzorzysty i miękki dywan. W całej komnacie było jednak dość ciemno i oboje zaczęli wyszukiwać coraz to nowsze fanty przez śnieżnobiałe światła latarek. Chłopak skierował swoją w samą górę, by zobaczyć sklepienie. Mieniło się od klejnotów i było wykonane z nadzwyczajną dbałością o szczegóły, jakiej jeszcze nigdy nie widział. Na powierzchni całego sufitu znajdowały się dwa żyrandole, wykonane z materiału, który z daleka przypominał im mieszankę złota i srebra. Nathan spróbował ogarnąć wzorkiem całe pomieszczenie i wielkością przypominało mu ono salę gimnastyczną w jednej ze szkół, do których niegdyś uczęszczał. Z transu podziwiania wyrwała go siostra.
- Widzisz to?
Spojrzał na jej czarną czuprynę i niemal niezauważalnie skinął głową. Jasne. Przecież po coś tu przyszli. Ruszył do przodu, tym razem jednak światło jego latarki szukało czegoś konkretnego. Zacisnął usta i poszedł w lewą stronę; Crystal ruszyła w prawo.
Kilka sekund później zaczął dostrzegać nowe elementy tajemniczego krajobrazu, który znajdował się dookoła i wydawał się nieskończenie duży. Pomieszczenie wciąż zdawało się dłużyć i odkrywać przed oczami zwiedzających rzeczy, których z pewnością Nathan nie dostrzegł z większej odległości. Bynajmniej dlatego, że było ciemno. Mimo wszechogarniającego mroku, w pomieszczeniu było jasno niczym w nowojorskim wieżowcu po południu – za ciemno, by czytać, ale wystarczająco jasno, by się tym nie przejmować i nie zapalać światła. Jakby gdzieś tu znajdowało się ogromne okno wielkości drzwi, przez które przeszli. Ale to nie ma znaczenia, pomyślał Nathan. Jesteśmy pod ziemią. Okno nie miałoby żadnego źródła światła, by ich oświecić.
‘Dochodzę do zajebistych wniosków’, pomyślał i ucieszył się, że nie podzielił się swoją detektywistyczna dedukcją z Crystal. ‘Czasami jednak dobrze mieć bogatych rodziców’. Podszedł ostrożnie do jednego z posągów, które nagle pojawiły się przed nim, jakby wyłoniły się z mgły. Przedstawiał on potężną postać – prawdopodobnie mężczyzny – z warkoczami niczym u wikinga i w twardej, emanującej potęgą zbroi. Cały posąg wyglądał jak wykonany ze starannie wyrzeźbionego marmuru, ale jednak małe szczegóły – takie jak dziwny połysk czy zbyt realistycznie wyglądające rysy twarzy, nawet jak na rzeźbę – pozwoliły młodemu Reedowi myśleć inaczej.
Skierował światło latarki z tego posągu na kolejny. I jeszcze następny. Łącznie naliczył ich dwanaście, wszystkie ułożone w kształcie okręgu. Serce zaczęło szybciej bić w jego piersi, jakby chciało wywalczyć sobie drogę przez skórę i bluzę Nathana i zacząć skakać z radości.
- Crystal! – zawołał podniecony i promieniem światła spojrzał w stronę, w której ostatnio widział siostrę. – Crystal! – krzyknął jeszcze raz i podbiegł. Znalazł ją, jak podziwiała pięknie wykonane ściany. - Znalazłem.
Nie opowiedziała. A przynajmniej nie przy użyciu ust. Błysk w jej oku mówił sam za siebie.
Nie tracąc więcej czasu, Nathan podbiegł z siostrą do wcześniej odkrytego znaleziska. Stanęli przy posągu mężczyzny, który wyróżniał się z gromady swoich kamiennych kolegów – nie przywdział żadnej zbroi i był nagi od pasa w górę. Poniżej również nie był ubrany jak do bitwy – nie posiadał żadnych potężnych butów ani kolczug. Tylko zwykłe, brązowe bawełniane spodnie i szmaciane buty przypominające trampki. Twarz tego młodzieńca jednak nie pozostawiała złudzeń – był wojownikiem i widać było to na jego niepozornej, pięknej twarzy. Mimo tego, że była skamieniała.
- Jest ich dwanaście. Stoją dookoła… czegoś – powiedział, nie ukrywając podekscytowania. – To jest to, Crystal. To, czego szukaliśmy. Po raz pierwszy w oryginalnym położeniu. Nie na ulicy czy w parku – w miejscu, w którym od początku miało się znajdować i do którego położenia zostało stworzone.
Jego siostra wyjątkowo straciła jadowity jak żmija język i pozostała tylko najzwyklejsza w świecie ludzka ciekawość, która ogarnęła całe jej ciało. Nie chcąc dawać jej dłużej czekać, oboje ruszyli do środka. Nathanowi nagle przypomniało się stare przysłowie: ‘Ciekawość to pierwszy stopień do piekła’. Czyżby już do niego trafili?
Chciał przejść przodem i oświetlić Crystal drogę, ta jednak odepchnęła go i sama wyrwała się na prowadzenie. Tak. To tyle, jeśli chodzi o jej chwilowe załamanie osobowości.
Miejsce, do którego zmierzali – czyli sam środek powstałego z posągów okręgu – wciąż wydawało się znajdować coraz dalej. Oczywiście nie padało na nie żadne, nawet to wyimaginowane, światło. Nathanowi wydawało się, że poczuł podmuch chłodu, ale to prawdopodobnie tylko wiatr powstały z pędzących podeszw butów jego siostry. Poczuł kropelki potu na gołym karku.
Po chwili, trwającej może z 20 sekund w rzeczywistości, a całą wieczność w cierpliwości rodzeństwa, dotarli do celu, czymkolwiek nim był. Wiedział, co mają tam znaleźć – instrukcje były jasne, nawet jak na niezbyt bystry umysł Nathana. Miał znajdować się tam jeden z przedmiotów; nie wiedzieli który, ale wiedzieli jedno – pod żadnym pozorem…
- Pamiętaj, żeby go nie dotykać – powiedziała Crystal, dokańczając myśli brata. – Upewniamy się, że tam jest, dzwonimy do psycholki, chronimy to miejsce przed tymi aktorzynami a reszta będzie historią. – powiedziała i spojrzała w oczy Nathana – Tak prawdę mówiąc, ona też mnie denerwuje. Powinniśmy ją zabić, nie zgadzasz się? Myślę że to niezły pomysł, ale na razie jeszcze poczekajmy. Psychiczni ludzie są zazwyczaj bardzo podatni na sugestie.
To właśnie była jego siostra. Mówiąca o planowanym zabójstwie jak o umówionym spotkaniu z przyjaciółmi w weekend. O wiele bardziej wygadana niż kiedyś, używająca słów, które łączyły się w niepokojące zdania. Jak z taniego dreszczowa kryminalnego o seryjnych mordercach. Kiedyś lubił je czytać.
- Przydaj się na coś, Natie – powiedziała i znowu spojrzała w jego oczy, tym razem jednak głębiej, bardziej śmiele, gwałtowniej – tym razem poczuł nie lekki chłód, tylko lodowatą mgłę, która weszła do jego ciała i drażniła serce. – Chyba słyszałam za nami kroki. Pewnie któreś wstało i nas śledzi. Strzelam na wanna-be Metalówę i tą z twarzą jak szczeniaczek, który właśnie zrobił kupę.
- Samantha i Alicja.
- Ta, właśnie. Sprawdź to szybko, jeśli możesz.
Skinął głową i założył na głowę kaptur. Nie było to konieczne, i tak go nie zobaczą. Ale po prostu lubił to robić.
Sięgnął do kieszeni spodni i wymacał kształt, którego szukał, po czym go wyciągnął. Tarcza zegara zalśniła błękitnym błyskiem, gdy obracał ją między palcami. Otworzył zegar i zacisnął go w dłoni z całej siły, na jaką mógł sobie w tej chwili pozwolić. Po chwili lód zniknął spod jego serca i całego ciała – znajdował się za to wszędzie dookoła. Crystal i wszystko inne zamrożone. Nathan znajdował się teraz w swoim świecie – w świecie, w którym czas nie płynął. Wszystkie rzeczy, które teraz zrobi będą miały swoje konsekwencje dopiero wtedy, gdy ponownie zaciśnie palce na tarczy zegara. Mógł to zrobić natychmiast, mógł to zrobić po minięciu kilku (w jego świadomości) dni, a i tak wszystko będzie dokładnie takie same, jak w tej chwili. Nathan lubił o sobie myśleć, że potrafi kraść czas – nawet jemu samemu.
Ruszył w stronę drzwi, którymi tu weszli. Po minięciu kilku minut (w rzeczywistości – po minięciu niczego) odnalazł je. Je, tak, były dwie. Alicja i Samantha. Crystal znowu zgadła. Był beznadziejny w tę grę.
Dziewczyny, które za nimi podążały kucały skulone za jednym z posągów. Ten za to przedstawiał, dla odmiany, kobietę. Piękną, jednak znacznie już dotkniętą przez lata, kobietę. Jej długie, kręcone włosy sięgały talii, twarz za to zdradzała cały jej charakter – niezależna, nieustępliwa i co najważniejsze – dzielniejsza niż większość mężczyzn, którzy mieli okazję ją spotkać. Ubrana w wojenny strój sprawiła na Nathanie największe wrażenie ze wszystkich posągów, jakie do tej pory oglądał. I to nie tylko tu, ale w całym swoim życiu. Poczuł nawet chęć ukłonienia się jej, jednak powstrzymał się przed tym.
Wrócił wzrokiem na dziewczyny. Wygiął szyję w obie strony jak żmija, która zastanawia się, co zrobić ze swoimi ofiarami. Samantha stała, opierając jedną rękę o posąg, a drugą dotykała ramienia Alicji, która kucała tuż pod jej nogami. O czym mogły rozmawiać? ‘Samantha, boję się… - Nie martw się, zaraz załatwimy tych frajerów a jak będziemy wracać, to skoczymy jeszcze na pizzę’. Mniej więcej taką wiadomość wywnioskował ze spiętej, ale i zarazem luźnej postawy Samanthy. Była na tyle skupiona nad swoimi ruchami, żeby nie wydawać swojej pozycji przez drobnostki typu wdepnięcie na gałąź, ale zarazem na tyle rozluźniona, by w każdej chwili móc jak najszybciej popędzić z dala od tego miejsca. Jej wzrok był zimny, ale nie tak jak Crystal – tamten był lodowaty.
Alicja za to była zwyczajną, skuloną w przerażeniu i ciekawości nastolatką, której wzrok nie zdradzał nic w mniemaniu Nathana interesującego. Spojrzał znowu na Samanthę.
Pstryknął jej w ucho, jak robił to kiedyś jego tata, kiedy przyłapał go w młodym wieku na paleniu papierosów czy wtedy, gdy znowu wrócił z małą zadowalającym świadectwem. To pstryknięcie przyniosło mu zadziwiającą satysfakcję, choć sam nie wiedział za bardzo, dlaczego.
Odwrócił się i wrócił z powrotem do miejsca, gdzie znajdowała się jego siostra. Stanął tuż przed nią i zacisnął palce na tarczy, która znajdowała się w kieszeni jego bluzy. Lód zaczął się rozkruszać; zniknął w niecałą sekundę, choć Nathanowi wydawało się, że minęła co najmniej minuta. Drobinki lodu zaczęły kręcić się w powietrzu, aż w końcu świat znowu zaczął żyć.
- Ta, zgadłaś, to one. Co robimy?
- Teraz to raczej niewiele. Niech patrzą i zawiadomią swoich koleżków. Byliśmy pierwsi, nic już tu nie znajdą.
Nie wiedział, czy było to rozsądne, jednak faktycznie nie mieli raczej innych opcji. Kiwnął głową, ale Crystal już tego nie widziała – cała jej uwaga skupiła się na obiekcie przed nimi. Konstrukcją przypominał grobowiec jak ten, których używali starożytni Egipcjanie, ale był o wiele mniejszy i bardziej kwadratowy, niż prostokątny; jego siostra próbowała odciągnąć deko, by dostać się do wnętrza.
- Pomóż mi z tym, Nathan.
Zakasał rękawy i chwycił z drugiej strony, po czym z całej siły popchał kamienną płytę. Ruszyła się o zaledwie kilka centymetrów. Zasapał z wysiłku i spróbowali znowu. I znowu, i znowu.
Po piątej próbie zaczynali już powoli dostrzegać wnętrze, która kryło się pod płytą. Po jedenastej w końcu mogli wsadzić tam dłonie. Wciąż było to jednak za mało; musieli pchać dalej. I tak zrobili. Za siedemnastą próbą udało się – płyta była tak bardzo wysunięta, że z głośnym impetem spadła na powierzchnię dywanu, wydając głośny impet. Nathan wytarł pot z czoła rękawem bluzy i wziął kilka głębszych wdechów. Na chwilę jego mózg nie przejmował się tym, by odczytywać obraz przesyłany przez oczy.
- O ku**a.
Spojrzał na źródło tego głosu. Jego siostra stała schylona, próbując pewnie dosięgnąć dna nowo odkrytego obiektu. Jej złość można było dostrzec nawet na tych cienkich jak parówki nogach. Nathanowi wydawało się, że zobaczył impuls złości, który popłynął z jej głowy do pozostałych części ciała i napiął wszystkie mięśnie oraz uwypuklił żyły. Zamrugał dwukrotnie i poszedł zobaczyć, o co chodziło tym razem.
- O ku**a.
Dno było zupełnie puste. W samym środku kwadratu znajdowała się połyskująca podstawka, na której powinno znajdować się… to. Ten przedmiot, nie wiedzieli jaki, ale na pewno potężny jak wszystkie, które mieli do tej pory w posiadaniu lub widzieli w akcji. Mógł to być ostry jak stal miecz, którym razem z Crystal wywalczyliby sobie drogę przez tych dzieciaków i cholernego mężczyznę w czerni, po czym zamieszkaliby razem na mało zaludnionym, ale przyjemnym miejscu. Może Tahiti? Albo któraś z wysp w Chinach. Tak jak zawsze marzył. Mógł to być inny zegar, ale o wiele większy, który po wciśnięciu cofnąłby ich w czasie do momentu, zanim jeszcze dowiedzieli się o tych cholerstwach. Do domu razem z tatą. I mamą. Mama…
Tymczasem na dnie nie było kompletnie nic. Wszystkie dni poszukiwania, śledzenia, nawet zabijania, prowadziły ich do tej chwili. Chwili, która okazała się bezwartościowa.
- Mówiła, że na pewno tu będzie. – wydukał, nie mogąc wykrztusić zbyt długiej wypowiedzi. Chciał powiedzieć Crystal o wszystkim – o tym, że również posiadał wątpliwości co do tego miejsca i czy na pewno ono istnieje, ale całkowicie poświęcił się jego odnalezieniu. O tym, że znalezienie tego przedmiotu byłoby jedyną miłą chwilą w jego życiu od bardzo dawna. Zobaczyłby radość na jej twarzy i nic innego nie liczyłoby się przez ten magiczny moment. Chciał powiedzieć to wszystko, ale nie zdołał. W jej szarych oczach dostrzegł jednak, że zrozumiała. Słowa były zbędne.
- Ta suka się nami zabawiła – odpowiedziała Crystal i zagryzła zęby na dolnej wardze. Nathan bał się, że może dogryźć się do krwi, ale po chwili zaczęła znowu mówić.
- Dzwonię do niej, mam w d**ie czy śpi czy torturuje jakiegoś innego frajera – powiedziała i odgarnęła włosy, które wyczuwając zły humor swojej pani zaczęły padać jej na oczy. Teraz zupełnie przypominała Samanthę Z ‘Ringu’. Jasne, Nathan. Koło trzeciej w nocy, zupełnie nieznane, ciemne i wyjątkowo dziwne w swój piękny sposób miejsce, a ty myśl o horrorach. Na pewno pomoże ci to zachować trzeźwość umysłu.
Crystal płynnym ruchem wyciągnęła z kieszeni kurtki telefon komórkowy, po czym wystukała nerwowo numer i przyłożyła aparat do ucha. Odczekała kilka sygnałów, po chwili jednak głos po drugiej stronie się odezwał.
- Bloody? O, cześć. Nie przeszkadzam może? Ta, wiem że jest środek nocy… Ale chciałam grzecznie poinformować, że jesteśmy tu. Tak, w tej właśnie chwili. Nathan? Stoi obok. Nathan, przywitaj się ze Scarlet.
Nathan przełknął ślinę i wziął od siostry telefon.
- Siema, Scar – powiedział i zmarszczył brwi – Przepraszam, nie wiedziałem że… Tak sobie chciałem tylko zażartow… Ok, podaję telefon Crystal.
Zakrył słuchawkę rękawem i wyszeptał do siostry:
- Nie mów do niej Scar, strasznie się wkurzyła – i podał jej telefon.
Crystal prychnęła z myślą ‘jakby mnie to obchodziło’ wypisaną na całej twarzy i odezwała się znowu.
- Jak nam poszło, co? No jesteśmy właśnie przy tym miejscu, słuchaj, otwieramy a tu… g**no, Bloody. Jedno wielkie g**no. Wiedziałaś, że czeka nas tutaj jedno wielkie, śmierdzące g**no? Bo chyba nie po to nas wysłałaś. Tak, mam na myśli że niczego tu nie ma – spojrzała na Nathana i przewróciła oczami.
Mimo dzielącej ich odległości około dwóch kroków, następną rzecz, jaka się wydarzyła, Nathan usłyszał doskonale, jakby sam przyciskał telefon do bębenków słuchowych. Bloody wyraźnie nie była zadowolona – stwierdził w myślach po usłyszeniu wiązanki przekleństw i wrzasków tak mocnych, że aż miał ochotę się przeżegnać. Zachichotał. Zawsze śmieszyły go przekleństwa używane w odpowiednim kontekście. Siostra często powtarzała mu, że ma prymitywne poczucie humoru.
Crystal zniosła wybuch rozmówczyni, choć na jej twarzy wyraźnie rysowały się znaki, że robiła to z wielkim trudem. Był jej jednak wdzięczny – gdyby i ona zaczęła krzyczeć, nie miałoby znaczenia, jak stare, mistyczne i solidny sufit ma to pomieszczenie – zawaliłby im się na głowę. Może telefon by przetrwał. Nathan był pewien, ze jeśli tak, to na pewno Bloody wciąż by się wydzierała. Był to raczej ten typ osoby, która nie potrzebuje publiczności by słuchała jej własnego głosu. Sama sobie wystarczała.
- Nie wiem, okej? Zrobiliśmy wszystko, co kazałaś. Ktoś był tu szybciej. Pewnie ten zakapturzony. Dałaś się nabrać. Znowu. A my razem z tobą. – mówiła Crystal. Jej głos był już jednak o wiele spokojniejszy; przyjęła taktykę, by pogodzić się z porażką i jak najlepiej zaplanować swój następny ruch, a do tego potrzebny jest spokój i skupienie. Nathan dostrzegł płomyki ognia w jej oczach na następne słowa, które usłyszała. W jej umyśle było już wystarczająco dużo chrustu, do odpalenia ognia potrzebna była tylko iskra. Ta iskra właśnie się pojawiła.
- Dobra. Rozumiem. Przekażę mu – powiedziała i spojrzała na brata – Tak, jesteśmy gotowi. Jak nigdy. Tylko ty nie nawal tym razem. Oj daj spokój Bloody, jakby to był twój pierwszy raz.
Po kilku krótkich sekundach przekomarzania i ustalania szczegółów, rozłączyła się. Spojrzała na brata, rozpromieniona, z żarzącymi się z podekscytowania powiekami.
- Zmiana planów. – Crystal spojrzała mu prosto w oczy i poczuł, jakby całe jego ciało zaczął ogarniać wewnętrzny ogień. I, tym razem, wcale nie z podniecenia. – Przyśpieszamy wszystko o kilka tygodni. Jasne, mieliśmy poczekać aż będzie kompletnie sama, ale oni i tak nie stanowią większego zagrożenia. Nic, z czym byśmy sobie nie poradzili.
- Ostatnio nie poszło według planów.
- Ostatnio byliśmy głupi i ich nie doceniliśmy. Ale tym razem będzie inaczej. Obiecuję ci, Nathan.
- Twoja kurtka chyba wciąż jest mokra po tej kąpieli w basenie Hayley – zaśmiał się Nathan i, o dziwo, ona również. Była zwyczajną, cholera, piękną dziewczyną, gdy zachowywała się jak jedna z nich. Złapał ją za delikatną, ciepłą dłoń.
- Wracamy? – zapytał, szczerze uśmiechnięty. Skinęła głową i razem ruszyli w kierunku wyjścia. Ogień z jej oczu zniknął, w Nathanie jednak rozpalił się jeszcze bardziej. Jednak tym razem z innego powodu.
***
Hayley Hoover brała poranną kąpiel.
Minęła dokładnie godzina, odkąd wyjechali. Każdy z nich. Alicja, Samantha, Jamie, Ethan i Cade. Cade.
Wspomnienia ożywiły się w jej umyśle z bardzo dużą mocą. Widziała siebie, Hayley Hoover ubraną w elegancką sukienkę, która błyszczała w świetle księżyca, odbijając jego światło. Znajdowali się na balkonie. Było grubo po północy i niebo było już kompletnie czarne i spokojne – nie było zimno oraz kompletnie nie wiał wiatr. Perfekcyjnie. Nic, co mogłoby im przeszkodzić.
Był tam też on – Cade. Schludnie ubrany, przystojny, patrzył jej głęboko w oczy, rzucając niewypowiedziane zaklęcie. Przystojny. Rzucił urok, tak jak pierwszego dnia, gdy wpadli na siebie w kinie. Można by pomyśleć, że rozsypanie na dziewczynę połowy dużego popcornu, co zagwarantowało jej później chwilę dłuższego czasu, by pozbyć się wszelkiego śladu soli z ciała, nie jest urocze. Dla Hayley Hoover było, i to bardzo.
Stał tuż przed nią z jej ujętą dłonią w jego dłoni, patrząc. Rozkoszując się chwilą. Oddychając powietrzem, które było teraz tylko ich. Nikogo więcej. Nie liczyli się czekający na nich na dole przyjaciele, czy te osły, Nathan i Crystal, które próbowały zniszczyć imprezę. Wszyscy byli tylko mgiełką. A na niebie nie było obecnie żadnej chmurki.
Nachylił się i ją pocałował. Po prostu, bez żadnych słów. Była trochę zaskoczona, że stało się to akurat wtedy, ale nie można było ukryć, że od jakiegoś czasu już nie mogła się tego doczekać. Zawsze odnosiła wrażenie, że coś go blokowało – cokolwiek to było, rozplątało się wczoraj jak źle zawiązany węzeł. Widziała wcześniej kilka spięć na linii Alicja-Cade. Hayley nie była jedną z tych filmowych dziewczyn, które będą walczyć o chłopaka za wszelką cenę mimo, że jemu wyraźnie wciąż podoba się ktoś inny. Nie bawiła się w takie rzeczy. Cokolwiek było między nimi, szybko zniknęło. I, szczerze mówiąc, miała nadzieję, że zbyt szybko nie wróci. Najlepiej w ogóle.
Spędzili na tym balkonie około pół godziny, całując się, a potem rozmawiając. Oczywiście, że nie podobało jej się, że wyjeżdża. Ale nie był jednym z tych chłopaków, z którymi zapoznawała się na imprezach, a później nie utrzymała już, z własnego wyboru, żadnego kontaktu. Cade był czymś więcej. Nieśmiały, stanowczy i przede wszystkim – pewnie stąpał po gruncie. Zawsze starał się znaleźć jak najlepsze rozwiązanie dla danej sytuacji, jakkolwiek trudna i pozornie nierozwiązywalna by była. To właśnie zdążyła zauważyć w ciągu tych kilku dni, które spędzili tu razem. I to właśnie jej się spodobało. Oczywiście pomijając jego urok.
- Jesteś niesamowita – wyszeptał i złapał ja z dwóch stron za twarz. Delikatnie, ale pewnie, wyraźnie dając do zrozumienia swoje uczucia. – Przysięgam, nigdy nie spotkałem takiej dziewczyny jak ty, w całym swoim życiu. Hayley Hoover, jesteś niesamowita. I zabójczo piękna – i pocałował ją znowu.
Nigdy jeszcze nie usłyszała takich słów. Nie ważne, co znaczyły. Ważne, w jaki sposób je wypowiedział; to pozwoliło jej zrozumieć fragmenty niektórych filmów, w których dziewczyna wracała do chłopaka po magicznych słów mimo wielu szkód, jakie wyrządził jej lub sobie wcześniej. Magia słów. A konkretniej – magia ich wypowiedzenia. To zadziałało również i na nią.
Rano, gdy wszyscy szykowali się do wyjazdu, spotkali się znowu. Na balkonie. Nie uzgadniali tego wcześniej, ale oboje wiedzieli, że druga strona nie zawiedzie. Pocałowali się kolejny raz, a na koniec utknęli w długim przytuleniu. Wygładził jej kolorowe włosy i pojechał, mimo że bardzo nie chciał.
Teraz, godzinę później, prawdopodobnie wciąż znajdowali się w limuzynie – pomyślała Hayley. Sięgnęła zmoczoną od piany ręką w stronę telefonu, który położyła niedaleko płynu do mycia i szamponu. Otworzyła listę kontaktów i wystukała krótkiego SMS-a. Nie musiała długo czekać na odpowiedź. Komórka zawibrowała, gdy akurat spłukiwała pianę z nóg.
Uśmiechnęła się i odpowiedziała I znowu. I po raz kolejny. Nie wiedziała, w jakim znajdowała się stanie. Czy to miłość, czy jeszcze zwykłe, dziewczęce zauroczenie? Ale nie miało to znaczenia. Czuła się wspaniale, jak nigdy dotąd. Nazewnictwo nie było ważne.
Po kilku minutach wyszła z wanny i zaczęła się ubierać. Było wcześnie i normalnie wciąż by spała, ale to, że wstała wcześniej by pożegnać Cade’a i resztę przypomniało je o najgorszej rzeczy, jaka może spotkać gospodarza ogromnej domowej imprezy – sprzątanie dzień po.
Koszmar, który prześladował ją, odkąd zaczęła urządzać domówki. Jasne, że wcześniej było zabawnie – dużo alkoholu, tańce, alkohol, miłe towarzystwo, alkohol i po prostu dobra zabawa. Z alkoholem. Ale zawsze przychodzi czas, gdy trzeba swój miło spędzony czas odpracować – Hayley czekał ten czas właśnie teraz. Nieraz już widywała wiele dziwnych rzeczy, gdy postanawiała, a raczej była zmuszona, posprzątać. Po pierwsze – butelki po piwach. To nie ma żadnej dyskusji, że zawsze leżały na trawniku w ogromnych ilościach. Naprawdę ogromnych ilościach.
Wyszła na główny korytarz, który prowadził do kuchni. A jak. Wszędzie się walały. Westchnęła i wzięła się do pracy. Pozbierała kilka i wyrzuciła do kosza na śmieci w kuchni, ale już wiedziała, że to nie ma sensu. Sięgnęła do bordowej szuflady i wyciągnęła rolkę z żółtymi, śmieciowymi workami. To już bardziej się nada, pomyślała i urwała jeden, po czym wróciła do niewdzięcznej roboty. Szybko skończyła z kuchnią – nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że znajdowała się tutaj zaledwie garstka imprezowiczów. Prawdziwe hordy opanowały salę balową i ogród. Ogród. Zrobiło jej się słabo na myśl o czyszczeniu ogrodu.
Przejechała wolną ręką po włosach, gdy zmierzała korytarzem w stronę salonu. Wciąż były mokre po niedawnej kąpieli i, prawdę mówiąc, tworzyły niezły nieład, ale nie czuła się na siłach, by w jakiś fikuśny sposób je czesać. I tak nikt nie zwróci uwagi. Są kolorowe, do cholery.
Westchnęła i rozpoczęła polowanie na puszki w salonie. Gdy znalazła wszystkie, jej uwagę przyciągnął elastyczny, czerwony kształt zawieszony na żyrandolu. Tak, to zdecydowanie stringi. Na moment wróciła się do kuchni. Gdy wróciła, ściągnęła je szczypcami kuchennymi i wrzuciła do worka. To nie była jedyna dziwna rzecz, jaką znalazła w salonie – była tam również para okularów z oprawkami w lamparcie cętki, kilka męskich podkoszulków i… ząb. Ominęła mnie niezła część imprezy, pomyślała. W domu działo się zdecydowanie więcej, niż na zewnątrz.
Gdy skończyła z salonem zaczęła zastanawiać się, gdzie jest jej brat. Było po siódmej rano, Luke pewnie jeszcze smacznie spał i nie mogła go winić, ale miała przeczucie, że gdzieś się tu kręci. Nie, błąd. Luke nie śpi smacznie, bo wstał przecież pożegnać się razem z Hayley. Wczorajsze piwa zaczęły lekko mieszać jej w głowie. Pokręciła głową i zaniosła pełen puszek worek do kuchni, po czym urwała nowy. Kubeł na śmieci był za daleko i znajdował się poza ich willą, co oznaczało spojrzenia i poranny, rutynowy hałas mieszkańców Beverly Hills. Ostatnie, na co miała teraz ochotę, to dźwięk. Głowa zabolała ją na samą myśl o tych wszystkich przechodniach, którzy dyskutują o tym, jak bardzo źle im w pracy lub o tym, że znowu zapomnieli pracy na zaliczenie. Wzdrygnęła się. Hałas.
Uznała, że salą balową zajmie się później. Na pewno czekało ją tam wiele pracy, ale znajdowała się w domu, poza grubymi ścianami i raczej nikt nie będzie miał do niej pretensji, jeśli zrobi to później. Luke jej pomoże. Może jest ślepy, ale to nie znaczy, że nie może szukać puszek po omacku.
Teraz nadszedł czas na najgorszą część: ogród. Już sprzątanie domu dłużyło jej się w nieskończoność, ale była to zaledwie zapowiedź tego, co czeka ją w ogrodzie. Basen, ‘roślinne pomniki’ i mnóstwo wolnej przestrzeni idealnie sprzyjały nastolatkom do wyszalenia się – miała już w tym doświadczenie. Przeszło jej przez myśl, żeby zadzwonić po serwis sprzątający, ale stwierdziła, że nie ma sensu marnować cennych pieniędzy, z którymi i tak wkrótce czekał ją problem – rodzice zostawili jej i Luke’owi fundusz na życie, z którego właśnie korzystała, ale większość zarobionych pieniędzy trzymali na specjalnie rozdzielonych kontach w różnych bankach, z różnymi kartami dostępu. Nie wiedziała, gdzie ich szukać i jak na razie nie było po nich żadnego śladu. Wątpiła, że nosili je przy sobie, więc Bloody raczej nie położy swoich krwawych łap na pieniądzach jej rodziny.
Zdumiało ją, jak bezdusznie myślała właśnie o rodzicach i całym tym wydarzeniu, ale uznała, że nie ma innego wyjścia. Zachowanie zimnej krwi to jedyna możliwość, by nie popaść w obłęd. Tego się trzymała. Nawet ta błyszcząca, przezroczysta łza, która właśnie spłynęła z jej różowego policzka nie da rady jej od tego odwieść.
Oczywiście, że pogodzenie się z ich śmiercią nie było łatwe i to w żadnym stopniu. Przychodzi jednak taki moment, gdy po prostu… odpuszczasz. Możesz całe życie winić się i szukać rozwiązania, niczym brawurowy bohater komiksu, lecz wymaga to ogromnej siły. Hayley, która właśnie skończyła zaledwie 16 lat, nie miała tej siły. Nie sądziła, że kiedykolwiek będzie ją mieć. Dlatego odpuściła. Choć wciąż dość regularnie zdarzało jej się płakać. Nie podejrzewała, by w najbliższej przyszłości to się zmieniło.
Przez kolejne pół godziny sprzątała ogród, zagłębiając się w myślach. Po jakimś czasie natknęła się na swojego brata - siedział na jednej z ławek przy basenie, w którym poprzedniej nocy Crystal zażyła gwałtownej, lodowatej kąpieli. Spojrzała na Luke’a. Znajdowała się za nim i nie widziała wielu szczegółów, ale udało jej się dostrzec kąciki ust unoszące się w radosnym uniesieniu oraz dłoń przy uchu, która najwidoczniej coś trzymała. Rozmawiał przez telefon.
Poczekała, aż zakończy połączenie i zakradła się do brata od tyłu. Poklepała go po ramieniu.
- Czyżby mojemu braciszkowi się wczoraj poszczęściło? – zachichotała i z satysfakcją spojrzała na rumieniec brata. – Serio? Tak tylko żartowałam, nie sądziłam, że…
- Oh, zamknij się – powiedział Luke i schował telefon do kieszeni. – Nie twoja sprawa.
- Jakbym nie była taką fajną siostrą, to bym pomyślała, że próbujesz mnie obrazić. Ale na szczęście nie musisz się o to martwić. Jak ma na imię?
- Lyric, jeśli już musisz wiedzieć.
Zanim zdążył się zorientować, telefon zniknął z kieszeni jego spodni i właśnie znajdował się miedzy palcami tęczowłosej Hayley.
- Wow – powiedziała, przeglądając zdjęcia dziewczyny, którą zdążyła już znaleźć na facebooku. – Jest niezła, wiesz?
- Dzięki za informację, nie zauważyłem wczoraj.
- I widzisz? Mówiłam, że możemy się z tego śmiać oboje. – powiedziała, uznając to, oczywiście, za niezwykle zabawny tekst. Jak każdy żart czy puenta, które w życiu wyowiedziała.
Przewrócił oczami. Hayley za to przyjrzała się bardziej dziewczynie na zdjęciach. Naprawdę była ładna – nie mówiła tak tylko dlatego, żeby go ucieszyć. Miała krótkie, elegancko przycięte włosy, których końcówki sięgały do połowy szyi oraz hipnotyzująco niebieskie oczy, które przypominały bardziej indygo niż błękit. Reszta jej twarzy raczej nie wyróżniała się zbytnio, jednak Hayley dostrzegła, że gdy się uśmiechała, jej przednie zęby zawsze lekko odstawały. Miało to jednak swój urok. Była drobnej budowy i w wieku jej brata – czyli rok starsza od niej starsza.
- Ale chyba nie jestem jedyny, który wczoraj się trochę zabawił.
Zamarła i spojrzała na swojego brata. Nie, to niemożliwe. Nie mogłeś mnie z nim widzieć. Jesteś ślepy! Nie mogłeś!
- Pamiętasz Carol? Wiesz, ta moja znajoma z podstawówki, która… - Która złamała ci serce i sprawiła, że przez dwa tygodnie razem ze mną i moimi koleżankami oglądałeś smutne filmy romantyczne na kanapie w salonie? Ta, przez którą twoim obiadem przez kilka dobrych dni były lody? Ta, pamiętam. – No wiesz, ta która nie mogła ze mną iść na tańce na koniec roku, bo rodzice jej nie pozwolili?
Tak. Na pewno tak było.
- No pamiętam. Co z nią?
- Znalazła sobie jakiegoś chłopaka w Los Angeles. Poznałem go. Bardzo miły facet.
- I wcale nie miałeś ochoty uderzyć go w twarz czy coś? Choć w twoim wypadku to lepiej nie, bo jeszcze trafiłbyś w Carol.
- O boże, jak bardzo miałem – wyznał i przestał już kręcić. – To trudne, wiesz? Gdy spotykasz osobę, która ostatecznie nie miała żadnego wpływu na twoje życie i nawet w nim nie była, ale zaczynasz się zastanawiać ‘co by było, gdyby…’ i robi ci się źle z samym sobą.
- Wiesz, przynajmniej powiedziałeś jej wtedy prawdę. Zrobiłeś więcej niż większość nieśmiałych osób, które nigdy tego nie wyznały i muszą z tym żyć, bo… bo po prostu nie mają innego wyjścia. Nie cofną czasu – powiedziała i uśmiechnęła się do brata. Nie musiał tego widzieć; wiedział, że to zrobiła. – Byłeś bardzo odważnym… jedenastolatkiem.
Wybuchnął śmiechem i po chwili ona również. To było miłe. Nie pamiętała, kiedy ostatnio tak miło z nim rozmawiała. I uświadomiła sobie, że tego żałuje. Żałuje, że tak mało miłych chwil ostatnio przeżywa ze swoim bratem, który w jednym momencie stał się wszystkim, co posiadała.
- No, ale widzę, że długo wczoraj nie rozpaczałeś – powiedziała Hayley i pomachała mu przed twarzą telefonem z wyświetlonym zdjęciem Lyric. – Pamiętajcie, dzieci, zabezpieczajcie się. – Powiedziała wysokim głosem, naśladując nauczycielkę od wychowania do życia w rodzinie i wróciła do sprzątania.
Jakieś dziesięć czy dwadzieścia puszek później, (zaczęła powoli tracić rachubę) usłyszała dziwny dźwięk dobiegający z wnętrza domu. Zmarszczyła brwi i ruszyła do środka. To na pewno ktoś na tyle pijany, ze nie opuścił imprezy o wyznaczonej porze jak reszta. Nie byłby to zresztą pierwszy raz.
- Aargh! - krzyknęła i zaczęła się rozglądać. – Przysięgam, jeśli któryś stąd wczoraj nie wyszedł i myśli, że może sobie urządzić darmowe legowisko w mojej willi, to… - urwała, dostrzegłszy strzępy żółtego worka do śmieci na panelach podłogi. Poszła ich śladem i trafiała na coraz większe kawałki worka, aż w końcu dotarła do otwartego okna w kuchni, pod którym jej ciężka poranna praca – zapełnione puszkami i innymi śmieciami żółte torby – była kompletnie zniszczona.
Wyjrzała przez otwarte okno.
- Nie wiem, kim jesteś, ale znajdę cię i zabiję! Nie jesteś już zaproszony na żadną przyszłą imprezę, ty…
Przerwała krzyk, wyczuwając dotyk na plecach. Czyli jednak nie zdążyłeś jeszcze uciec. Odwróciła się gwałtownie z wojowniczym nastawieniem, napięcie jednak szybko uszło z jej ramion gdy zobaczyła, z kim ma do czynienia.
- To.. to twoja robota? – wskazała na walające się po podłodze śmieci i strzępy worków. – Nie mogłeś wejść drzwiami, jak każda normalna osoba?
- Nie chciałem was budzić – powiedział Zakapturzony i podrapał się po zakrytym bluzą karku. – Mogę to posprzątać, jeśli…
- Wiesz co? Zapomnij. – powiedziała i westchnęła ciężko, napełniając płuca powietrzem. – O co chodzi?
- Musimy pogadać. I, jeśli można, to tylko z tobą – powiedział, kiwając głową w stronę ogrodu, gdzie znajdował się jej brat. – To ważne.
Chciała jeszcze rzucić jakąś kąśliwą uwagę, jednak zrezygnowała. Odgarnęła włosy z czoła i skinęła głową.
- Jasne. – powiedziała Hayley Hoover i wskazała na krzesła obok ściany znajdującej się naprzeciwko nich.
***
- Musimy o tym natychmiast powiedzieć reszcie – wyszeptała Samantha, skulona pod jednym z pomników w niemal całkowitej ciemności. Założyła ręce na piersi i oplotła oba łokcie z powodu dziwnego poczucia chłodu – mimo, że wcale nie było zimno. Zdała sobie tym samym sprawę, że stwierdzenie ‘lodowata atmosfera’, często używane przez jej dawną nauczycielkę polskiego w kontekście kilku lektur, nie było przesadzone.
- Czy jesteśmy pewne, co właśnie słyszałyśmy? – wydukała niepewna i przestraszona Alicja, znajdująca się tuż obok przyjaciółki. Ona nie czuła chłodu. Wręcz przeciwnie – jej serce biło jak szalone, podnosząc ciśnienie krwi Alicji do zdecydowanie zbyt wysokich liczb. Poczuła pulsującą krew przy prawej skroni i dotknęła tego miejsca, pragnąc choć odrobinę uspokoić własne ciało, które nie potrafiło poradzić sobie z tym niewyobrażalnym stresem i stanem przerażenia. Spojrzała na Samanthę, licząc że znajdzie ukojenie w jej postawie i iskrze buntowniczości w oczach – nie było jej tam jednak. Choć mimo tego, Samantha wciąż potrafiła racjonalnie myśleć i analizować sytuację, co bardzo zaimponowało Alicji. Zwłaszcza w tej chwili.

- „Przyśpieszamy plan”? „Mieliśmy czekać, aż będzie kompletnie sama”? Mówią o Hayley. Hayley Hoover jest w niebezpieczeństwie.
- Niech mnie szlag trafi, jeśli kiedykolwiek będzie mnie to obchodzić.
Złość faktycznie potrafiła rozerwać – zdała sobie sprawę Alicja, wypowiadając te kąśliwe słowa. Niebywałe, że nawet w tak poważnej sytuacji obelgi w kierunku Hayley Hoover przychodziły jej tak łatwo, prawie że mechanicznie. Zazdrość ludzka potrafiła być magiczna.
Samantha lekko prychnęła, ale zachowała poważną twarz.
- Mówię poważnie. Nieważne, co o niej myślimy – my będziemy następni, jak już się nią zajmą. A nie zapominajmy, że to ona jest w posiadaniu pierścienia, dzięki któremu może unieść nad ziemię tuzin taksówek i nimi żonglować w powietrzu. To dość przydatne, jeśli pytasz mnie.
- No.. jeśli pytasz mnie, to w sumie też.
Spędziły chwilę w milczeniu, podczas którego w ich umysłach kłębiło się od wielu różnych myśli, tworząc gęstą mgłę w części mózgu odpowiedzialnej za racjonalną ocenę sytuacji. W zasadzie nie wiedziały, dlaczego wciąż stają w bezruchu – zdrowy rozsądek podpowiadał Alicji, by uciekać stąd jak najszybciej – zwłaszcza, że mogą to zrobić niezauważalnie, gdy Nathan i Crystal wciąż zajęci są sobą, oddaleni od nich o kilkadziesiąt metrów. Niezauważalna siła związała je jednak kurczowo razem – prawdopodobnie zwykła, ludzka ciekawość. Jeszcze nie wiedziały, jak bardzo będą ją przeklinać za kilka chwil.
- Idą. – poinformowała ją Samantha i klepnęła Alicję po ramieniu; jej zimny dotyk natychmiastowo ocucił jej zmysły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wciąż kucając, ukryła się po drugiej stronie posągu, by nie przyciągać wzroku zbliżających się postaci. Samantha była tuż obok.
Alicja nie ukrywała tego przed samą sobą – bała się ich. Najzwyczajniej w świecie bała się diabelskiego rodzeństwa, które mimo że znajdowało się w ich życiu o wiele krócej niż tajemniczy Zakapturzony czy psychopatyczna Bloody, o wiele bardziej krwawo dało o sobie znać, zabijając Dave’a. Wiedziała, że tacy ludzie zdolni są do wszystkiego – jeśli złamiesz swój umysł i przekonania na tyle, by zabić drugą osobę, nic nie zatrzymuje cię potem, by zrobić to znowu. Sumienie zaczyna zanikać i tracić jakiekolwiek znaczenie. Oliwy do ognia dolewał fakt, że właśnie znajdowali się tu sami w czwórkę – w ciemnym pomieszczeniu pod ziemią, w którym nikt nigdy ich nie znajdzie i nikt nigdy nie udowodni im żadnej zbrodni. Wyobraziła sobie, jak Crystal rzuca nożem w stronę Samanthy tak celnie, że w locie podcina jej gardło, a potem robi to samo z nią, przybijając piątkę ze swoim bratem po fakcie. ‘W sam środek!’
Myśl ta nie została ciepło przyjęta przez jej żołądek, który utrzymał zjedzoną wcześniej skromną kolację tylko dlatego, że Alicja jak nigdy w życiu walczyła sama ze sobą. Bo tu chodziło o życie. I to nie tylko jej, ale i również Samanthy. Jej warga zaczęła krwawić – zdała sobie sprawę, że wgryzała się w nią do krwi z nerwów już od kilku dobrych minut.
Po chwili przed jej oczami pojawiły się sylwetki postaci, które były w dziwny sposób spokojne i… Alicji wydawało się nawet, że dostrzegła kątem oka uśmiech na ich ustach. Nie zwróciła jednak na to większej uwagi.
Gdy znajdowali się w bezpieczniej, dalekiej już odległości, obie dziewczyny westchnęły z ogromną ulgą. Być może te wszystkie przewidywania nie były potrzebne i uda im się normalnie stąd wyjść, ba, może jeszcze doznają luksusu przespania kilku godzin w wygodnych łóżkach, zanim będą musiały wstać na obowiązkowe zdjęcia. Alicja pomyślała, że życie jednak nie było takie złe. Więcej – zbyt rzadko doceniała takie proste rzeczy, jak zwyczajny, bezstresowy spokój.
- Nigdy w życiu nie chciało mi się tak spać – wyszeptała Samantha, mimo że Nathan i Crystal znajdowali się już zdecydowanie zbyt daleko, by ją usłyszeć. Alicja jednak to rozumiała. Gdyby sama powiedziała teraz coś na głos, prawdopodobnie załamałby się jej głos – przerażenie, mimo że znacznie odpuściło, wciąż całkowicie nie opuściło jej ciała. Zwłaszcza, że nie mieli pewności, że tamta dwójka już stąd wyszła. Wszystko było pustą, niekończącą się ciemnością bez żadnego dźwięku.
Aż do chwili, gdy ich uszu dobiegł dziwny, mechaniczny dźwięk.
- Nie. Nie. Nie! – pisnęła Alicja i poderwała się razem z Samanthą w stronę ogromnych, komnatowych drzwi. Przed jej oczami stanął obraz wejścia do tego pomieszczenia – ogromne drzwi otwierane były za pomocą ciężkiej, metalowej dźwigni. Wydała ona wtedy charakterystyczne zgrzytnięcie, jakby metal zaciął się podczas tej czynności. To właśnie zgrzytnięcie ze zdwojoną siłą usłyszała Alicja.
Gdy dobiegły do ogromnych wrót, właśnie kończyły się one domykać. Gdy już to zrobiły, dudniący odgłos poniósł się po całym, zamkniętym już pomieszczeniu. Pomieszczeniu znajdującym się w stanie całkowitej ciemności, w którym dwie postacie bezskutecznie waliły z pięści w drzwi i krzyczały. Krzyczały, żeby je uwolnić. Raz nawet Alicja uderzyła przypadkowo z pięści Samanthę – było tak ciemno, że nie widziały siebie nawzajem.
Podziękowania dla autora posta:
hulaaa, pashaBiceps, Nillay
Nillay

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 20223$
Podziękowania: 5785
Posty: 3556
ocenił na: 0
Można by pomyśleć, że rozsypanie na dziewczynę połowy dużego popcornu

Co za cham, Mega tylko złotóweczkę droższy :/

Przewrócił oczami.

To specjalnie, czy nie? xDDD

Ogólnie to, patrząc na początkowe rozdziały, strasznie się wyrobiłeś, drogi Duplo. Od języka, przez opisy, aż do budowania fabuły i napięcia, wychodzi Ci to świetnie. Z jakiegoś powodu mam wrażenie, że ta ich impreza tam trwa już z pół roku, nie wiem czemu... tak czy siak, czekam na kolejny rozdział, RGGS. xD
_____
www.facebook.com/MojaDubWalka
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBI
Sygnatura•••
Podziękowania dla autora posta:
Duplo65
Duplo65

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 529$
Podziękowania: 1922
Posty: 3834
Ostrzeżenia: 2/7
ocenił na: 0
Rozdział 26 - Taniec chwały

Rozdział 26 – Taniec chwały
Idąc wzdłuż ścieżki wyznaczonej jej przez Raphaela, Michelle zdała sobie sprawę z trzech rzeczy. Po pierwsze – nie był on zbyt zabawnym gościem, jeśli myślał iż rozbawi ją żarcik o pięciu jardach do celu. Na oko przeszła już jakieś dwa kilometry i wciąż nie mogła dostrzec żadnego kształtu za horyzontem, który byłby dla niej niczym znak z ogromnym napisem ‘Faktycznie zrobiłaś jakiś postęp!’. Bo właśnie tak się czuła – jakby nie robiła żadnego.
„– Tam – wskazał za siebie – Jeśli będziesz szła wystarczająco długo wśród ścieżki, dotrzesz do naszej siedziby. To jakieś… powiedzmy, pięć jardów. Niedużo. Musisz tam dotrzeć, to wszystko.”
Drugą rzeczą, jaką sobie uświadomiła, był fakt, iż była ogromne zmęczona. W szale walki nie zwróciła na to uwagi, jednak uderzyło ją to ze zdwojoną siła, gdy miała chwilę odpoczynku i przyłapała się na tym, jak zapominała, gdzie się znajduje. Pewnego razu, zakrywając usta ręką ziewała, niemal podcinając sobie gardło mieczem, o którego posiadaniu w ręku kompletnie zapomniała.
„- Ah, prawdopodobnie zapomniałem wspomnieć o czymś ważnym. Oczywiście my – wskazał palcem na siebie i pozostałych ośmiu strażników – Będziemy próbowali Cię powstrzymać.”
Trzecim i zarazem ostatnim faktem było to, iż mimo zmęczenia i częstej dezorientacji odczuwała klaustrofobiczny lęk – co nie miało żadnego sensu, biorąc pod uwagę otwartą przestrzeń otaczającą ją z każdej strony. Jednak tak właśnie się czuła – jakby próbowała poruszać się po pomieszczeniu, w którym ledwo się mieściła, a strażnicy, patrząc z góry, tylko oczekiwali odpowiedniego momentu by zapolować na ogarniętą paniką ofiarę. Nieważne było, gdzie szła i w jakim tempie się poruszała – to był ich teren, teren na którym wielu przed nią przeszło podobny trening i pozwoliło to reszcie idealnie się w nim zorientować, tworząc w głowie mapę wyrytą jak w skale. Ewidentnie się z nią bawili – prawdopodobnie właśnie było w jej stronę skierowane co najmniej sześć par oczu, czekając na moment by opuścić kryjówkę i możliwe jak najbardziej ją zaskoczyć. Musiało im to sprawiać ogromną satysfakcję. Cholernie cholerną satysfakcję, pomyślała i splunęła.
Mimo jednak tych wszystkich przemyśleń – Michelle nie mogła ukryć podekscytowania. Tak, to właśnie była ona – Michelle, Michelle Glowstar – Strażniczka Medalionu, oficjalnie już tak nazwana w oczach ludzi i bogów. Najmłodsza Strażniczka w historii, świetnie spełniająca się w swojej profesji już od samego początku. Wciąż odbywała próby, jednak czuła się naprawdę przepotężnie, gdy medalion zwisał z jej szyi, uderzając o obojczyk i piersi. Czuła się tak, ponieważ plotki o tym insygnium wcale nie były przesadzone – najbardziej tajemniczy z przedmiotów, którego moc do końca nie była jasna i nie każdy mógł ja w pełni posiąść. Tak mawiali w jej wiosce ci, którzy mieli te szczęście zobaczyć medalion w użyciu. I to wszystko było prawdą. Jego działanie nie miało jasno określonego celu – nie powodował manipulacji czasem, nie sprawiał, że jego Władca unosił się sześć stóp nad ziemią ani nic równie imponującego. Medalion napełniał swojego pana przedziwną, ale piękną energią, której Michelle nie potrafiła opisać słowami. Jej ojciec niegdyś mawiał, że był on uzupełnieniem osoby, która go nosiła i tworzyła się między nimi więź tak mocna, że przeciąć ją w stanie była jedynie śmierć. Człowiek rozkoszował się energią medalionu, a medalion rozkoszował się energią człowieka. Nigdy nie zdążyła go zapytać, skąd wiedział o tym tak wiele.
Gdy tak rozmyślała o przygodach, które czekają ją jako Strażniczka – zwiedzanie innych planet, ratowanie ludzi z wszelakich opresji, królewskie uczty organizowane na każde skinięcie palcem – niespodziewanie wystrzelił w jej stronę pierwszy wrogi pocisk. Srebrny grot strzały trafił tuż pod jej stopy i zapalił się żywym, czerwonym ogniem. To właśnie wtedy Michelle niemalże podskoczyła z zaskoczenia i momentalnie pomogło jej to wrócić myślami na ziemię.
Kolejny z pocisków przeleciał tuż nad jej głową i podpalił pobliski krzak. Michelle z pewnością nie planowała dać się zaskoczyć kolejnemu. Odskoczyła w bok, łapiąc głownię miecza w usta, by poruszać się nieskrępowanie, możliwie jak najszybciej i najzręczniej. Wyglądała teraz jak dzikus – z postrzępioną sukienką, spod której niemal całkowicie było widać jej śnieżnobiałą bieliznę oraz z mieczem między równie pięknie białymi zębami. Nie dbała jednak o to. Gdy odskoczyła za pień najbliższego drzewa w okolicy, wychyliła się zza niego, by namierzyć źródło pocisków. To właśnie wtedy spostrzegła czarny błysk w krzakach znajdujących się na pagórku tuż za nią – idealnie miejsce, by ostrzeliwać ją z powietrza i zapędzić w kozi róg, a potem zaatakować bezpośrednio. Michelle szybko zdała sobie sprawę, czym był tajemniczy błysk – były to oczy Strażniczki Florence, uznawanej wśród ludzi za jedną z najbardziej uzdolnionych łuczniczek w dziejach. Florence, która nigdy nie pudłuje. A jeśli spudłowała, to tylko i wyłącznie z zamiarem, byś to zauważył.
- Nigdy nie pozostawiaj w jednym miejscu tak długo – usłyszała szept umalowanych czerwoną szminką ust tuż przy swoim uchu. I zanim zdążyła się zastanowić, czy spędziła pod drzewem dwie, czy może trzy sekundy – Florence zaatakowała. W okamgnieniu wyciągnęła zza pasa brązowy sztylet i zamachnęła nim przed obliczem dziewczyny. Michelle udało się odskoczyć w ostatniej chwili – jednak mimo szybkości, sztylet i tak w nią trafił; na szczęście napotkał tylko szwy żółtej sukienki, rozpruwając ją w plecach.
Nie było teraz czasu zastanawiać się nad tym, że jej plecy były prawie całkowicie odsłonięte i narażone na śmiertelny cios – Michelle biegła desperacko przed siebie, w stronę, w którą, jeśli bogowie mieli ją w swojej opiece, kazał jej iść Raphael, wielokrotnie potykając się po drodze. Mimo, że nie słyszała kroków swojego wroga, zdawało jej się, że wciąż znajduje się tuż za nią, przygotowując się do oddania śmiertelnego ciosu przez przebicie sztyletem jej gołego karku. Czuła na nim nieprzyjemne mrowienie wynikające ze strachu.
I właśnie wtedy na środku drogi pojawiła się Zamyra.
Michelle, wciąż w biegu, zamachnęła się desperacko z całej siły mieczem w stronę kobiety. Jednak, jak było do przewidzenia, ta momentalnie teleportowała się w inne miejsce – metr obok. Zamyra, Strażniczka Laski Teleportacji. Chwilkę trwało, zanim zebrała siły na kolejny atak, jednak kiedy już to się stało – strażniczka powtórzyła sztuczkę. Medalion Michelle zaczął lekko płonąć błękitną mocą, jednak nie był to ogień nawet zbliżony do tego, jaki ocieplał jej ciało wcześniej. Przeraziła się, że mogła przekroczyć jakiś limit, przez co będzie musiała polegać wyłącznie na sobie. Po raz kolejny nie miała jednak czasu na żadne myśli – Zamyra teleportowała się ponownie, tym razem tuż na nad jej głowę i powaliła Michelle z wielkim impetem na ziemię. I przez chwilę zdawało jej się, że piękne, złote loki strażniczki będą ostatnią rzeczą, jaką zobaczyła w swoim życiu.
Wtedy właśnie tuż przed nimi wybuchł kolejny pocisk.
Korzystając z chwilowej dezorientacji gazem przez swoją przeciwniczkę, Michelle zepchnęła z siebie Zamyrę i odepchnęła kobietę, po czym pchnęła czubkiem miecza w element zbroi przy pasie, co pozwoliło jej kupić cenną sekundę na uchronienie się przed nagłym atakiem. Schyliła się, po czym wbiegła w nogi Zamyry i obie znowu leżały na ziemi, tym razem jednak w zupełnie odwrotnym i mniej korzystnym dla starszej Strażniczki położeniu. Oczywiście nie trwało to długo – teleportowała się niemal natychmiastowo.
Gdy pojawiła się nagle pięć metrów przed Michelle, dziewczyna po raz pierwszy przyjrzała się dokładniej lasce, dzięki której starszej strażniczce wciąż udawało się unikać jej ciosów. Błysk czerwonych rubinów tańczył między palcami kobiety wraz z błękitnym połyskiem, charakterystycznym dla każdego z Przedmiotów. Laska była nieskazitelnie biała i przypominała jej drzewa, które były nieodłączonym elementem jej życia z racji, że zawsze mieszkała w rejonach mocno zalesionych. Drzewa zawsze były jej przyjaciółmi. Jednak nie teraz.
- Za wolno – po raz pierwszy usłyszała głos kobiety i zmroził ją w żyłach ton, który pełny był mocy i wigoru. Gdy Michelle podniosła w górę miecz, by uchronić się przed kolejnym atakiem, kątem oka dostrzegła Florence, która nieubłagalnie zbliżała się w ich stronę, ponownie napinając cięciwę łuku. Była w pułapce.
Dźwięk pocierania stal o pochwę uświadomił Michelle kolejny, straszny fakt – Zamyra także była uzbrojona w miecz. Był to jeden z najlepszych znanych im światu rodzajów stali, tworząc miecz naturalnie bardziej ostrym niż ten, który młodsza strażniczka ukradła jednemu z noszących ją wcześniej mężczyzn. Wyobraziła sobie, jak broń Zamyry zderza się z jej mieczem i przecina go w locie natychmiastowo, tworząc z niego dwie połówki tak łatwo, jak nóż wchodził w kostkę masła. Przełknęła ślinę i szybko uniknęła pierwszego ciosu, jednak z kolejnym nie było już tak łatwo – kobieta była bardziej doświadczona w walce niż ona i sprawiała wrażenie, jakby odgrywała specjalny układ taneczny, gdy z lekkością i dumą niczym paw nacierała na Michelle raz za razem. I mimo trenowanej przez lata zwinności – nie mogła się z tym równać. I uświadomiła to sobie w niezwykle bolesny sposób, gdy mecz przeciwniczki ugodził ją w niemal całkowicie odsłonięte biodro.
Syknęła z bólu, nie wiedząc czemu myśląc, że skoro już dostała, to nastąpi koniec próby lub przynajmniej przerwa, by mogła poradzić sobie z narastającym paraliżem boleści, ukoić go w jakiś sposób. Wcale tak nie było – Zamyra bezlitośnie kopnęła ją skórzanym butem w ugodzone mieczem miejsce niemalże od razu. Wtedy Michelle nie mogła już zapanować nad krzykiem.
Drżąc z szoku i cierpienia w krzakach, powoli spojrzała na ranę i niemalże zwróciła wszystko, co zjadła wcześniej na uczcie. Mała kałuża krwi wciąż się powiększała i kapała na ziemię purpurowymi kroplami. Wolała nie wyobrażać sobie, jak musi wyglądać rana. Zresztą nie miała czasu tego sprawdzać – leżała, beznadziejnie krwawiąc i czekając na kolejne ciosy. Jej ciało sprzeciwiło się, gdy spróbowała się chociażby przeturlać w bok, by mieć jakikolwiek widok na ruchy swoich wrogów.
I właśnie wtedy ból całkowicie ustąpił.
Nie wiedziała, w którym momencie to się stało – prawdopodobnie między jednym cichym stęknięciem, a drugim – lecz spazmy bólu ogarniające jej ciało natychmiastowo odpuściły, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wywołało to u niej jeszcze większy szok, niż wtedy, gdy została zraniona. Jednak wiedziała, że nie może zmarnować takiej okazji.
Wstała natychmiast, niemal wyskakując z krzaków. Krople krwi wciąż spływały z jej łydek, jednak kompletnie tego nie czuła. Były niczym słone krople potu, które spływały z całego ciała – nie potrafiła stwierdzić żadnej różnicy. Wyciągnęła przed siebie miecz i, złapawszy go oburącz, zablokowała kilka kolejnych ataków z niezwykłą łatwością. Pozwoliła sobie nawet na uśmiech w stronę Zamyry, której twarz nie zmieniała wymodelowanego kształtu skały. Michelle uświadomiła sobie, że błękitne oczy strażniczki od czasu rozpoczęcia pojedynku ani razu nie spoczęły na niej dłużej niż dwie sekundy. A gdy już to robiły, to i tak w takich momentach, gdy nie była zdolna tego zauważyć.
Broniąc się, również starała się wprowadzać kilka ataków – jednak były one kompletnie nieskuteczne wobec zbroi przeciwniczki, która idealnie spełniała swoje zadanie. Mimo to Michelle nie ustępowała i wciąż nacierała – im dłużej to robiła, tym krew szybciej krążyła w jej żyłach i czuła, że staje się coraz silniejsza, zwinniejsza i potężniejsza. Uczucie potęgi narastało w niej stopniowo – pojawiło się również na twarzy, tworząc usta w grymas jednego z najszerszych uśmiechów w jej życiu. Czuła się rewelacyjnie.
Aż do czasu, gdy unikając kolejnego z ataków dostrzegła wbitą w brudne od ziemi kolano strzałę.
I nagle wszystko wróciło do sytuacji sprzed kilku minut. Nagły ból uderzył jej psychikę ze zdwojoną niż dotychczas siłą, jakby ktoś równocześnie wbił trzy miecze w różne części jej obolałego ciała. Krzyknęła tak głośno, że jej płuca zapaliły się żywym ogniem i przez chwilę straciła również kontrolę nad oddechem.
‘Niech ten koszmar się już skończy’, pomyślała, po raz kolejny osuwając się na ziemię, jednak tym razem już bez żadnego promyku nadziei, że uda jej się wstać ponownie. Ostatnią rzeczą jaką zobaczyła, zanim zemdlała, były fioletowe włosy powiewające tuż nad nią.
***
Gdy w końcu się ocknęła, nie potrafiła stwierdzić, ile czasu minęło odkąd zapadła w stan nieprzytomności. Otworzyła oczy i spojrzała przed siebie – tuż nad nią rozpościerało się jasnobłękitne niebo, takie same jak pamiętała sprzed kilku chwil, gdy wciąż była w szale walki. Czuła się jednak zgoła inaczej. Nie była pewna, czy właśnie nadal leży w lesie, czy może w jakimś pomieszczeniu z otwartym dachem, czy – bardziej pesymistyczna wersja – że zginęła i leżała lekko na delikatnej chmurce, która miała ją zaprowadzić do Nieba. Ta ostatnia wersja wydała się jej najbardziej prawdopodobna z jednego prostego powodu – jedyne, co potrafiła powiedzieć na temat swojego położenia to uczucie zadziwiającej lekkości, uniesienia. I wtedy właśnie zdała sobie sprawę, że lewituje w powietrzu.
Ból jednak nie udał się na odpoczynek – wciąż dawał jej mocno o sobie znać, jednak z radością stwierdziła, że może już kontrolować oddech i zamknęła oczy, rozkoszując się powietrzem powoli wypełniającym wnętrze zmęczonych płuc. Gdy otworzyła je znowu, po wysokości koron drzew łatwo stwierdziła, że zaczęła niczym z niebiańską gracją opadać w dół. Po kilku sekundach znowu była na ziemi.
- Wygląda na to, że nie zdałaś testu, Michelle Glowstar – powiedział bez cienia pogardy w głosie stojący nad nią Raphael, patrząc na nią figlarnie z głową wykręconą w bok, niczym sowa. – Wiesz, co teraz się z tobą stanie?
Wstała najszybciej jak tylko mogła, by uniknąć upokorzenia, zdała sobie jednak sprawę z głupoty wypływającej z tej przedwczesnej decyzji. Poczuła piekielne ukłucie pod piersiami i po kilku bolesnych oddechach do niej dotarło. Właśnie złamała sobie żebro.
- Absolutnie nic! Na nasze nieszczęście, zostałaś wybrana przez siły od nas niezależne. Więc będziesz ćwiczyć, aż w końcu staniesz się godna nadanego tytułu.
Raphael, dostrzegłszy cierpienie dziewczyny, obrócił głowę w normalnym kierunku i zdarł upojny uśmiech z ust. Zamiast tego przybrał poważny wyraz twarzy, w którym jednak nie krył się nawet najmniejszy cień współczucia.
- Ból jest rzeczą, która towarzyszy nam od zawsze. Z pewnością nieraz jako małe dziecko doświadczałaś go wielokrotnie, jak wszyscy z nas. Musisz jednak wiedzieć, Michelle, że gdy my, Strażnicy, dorastamy, wiele rzeczy zaczyna nabywać nowe znaczenie, a sami tworzymy sobie nowe definicje otaczających nas zjawisk. Nie chcę, byś zrozumiała mnie źle --- nie twierdzę, że nagle zaczniemy myśleć o bólu jak o zeszłorocznej kolacji i jego moc będzie znacznie słabsza w porównaniu z tym, co odczuwaliśmy onegdaj. Z czasem, jeśli twój trening jako Strażniczki będzie dopisywał, nauczysz się, że ból to nic więcej jak mały, złośliwy demon, nad którym zapanowanie nie wymaga więcej energii niż kiwnięcie głową. Tym właśnie jesteśmy. Właśnie tak bardzo jesteśmy potężni. Właśnie takie rzeczy powoli przestają nas dotyczyć, gdy mamy do dyspozycji tak ogromną moc. – po ostatnim słowie szczerze się do niej uśmiechnął i wyciągnął rękę, pomagając dziewczynie wstać po raz drugi. Gdy w końcu jej się to udało, musiała oprzeć się o ramię Strażnika, by uchronić się przed kolejną wycieczką do krainy snów. Nie miała nawet siły zastanawiać się nad tym, jakie to zawstydzające, gdy obejmuje go niemal nie mając na sobie żadnego odzienia – suknia została doszczętnie zniszczona.
Raphael, sprawiający wrażenie niezwykle uradowanego z zaistniałej sytuacji nie ruszał się przez kilka sekund, pomagając Michelle zachować równowagę. Gdy w końcu to uczyniła, podał jej ubranie, które do tej pory skrywał w drugiej ręce. Był to prosty, wełniany sweter – spełni jednak swoje zadanie aż nadto, pomyślała z ulgą.
- Załóż to, Strażniczko. Przed nami całkiem długa droga.
- Jak długa? Pięć jardów?
Zachichotał i przyjacielsko objął dziewczynę. Dojście do siebie zajęło jej dłuższą chwilę – po piątym mrugnięciu okiem zdała sobie sprawę, że cały czas otaczała ich reszta Strażników. Teraz także i oni za nimi podążali. Podążali do Domu Mroku, siedziby Strażników, magicznego i świętego miejsca, w którym za dnia modlili się ludzie, a nocami – biesiadowali bogowie.
***
Całkiem długa droga, na nieszczęście Michelle, faktycznie okazała się być całkiem długa. Mimo słabego stanu dziewczyny zdołali przejść kilka mil, jednak nie podpadało pod żadną dyskusję, że wkrótce będą musieli gdzieś przenocować i przygotować się do równie, a może i nawet bardziej wyczerpującego kolejnego dnia wędrówki. Dość szybko znaleźli oberżę, w której postanowili zostać na noc, nieważne jednak jakiej była ona wielkości – nie pomieściła dziesiątki dorosłych osobników. Dlatego większość Strażników postanowiła spędzić noc pod gołym niebem.
- Udaj się do pokoju z Florence. Opatrzy twoje rany i da coś na sen. My tymczasem prześpimy noc na zewnątrz. Jesteśmy tu cały czas, gdybyście nas potrzebowały.
Pomijając to, w jakim złym była stanie, Michelle nie mogła nie docenić powstałej ironii – że leczyć jej rany będzie ta sama osoba, która w dużej mierze się do ich powstania przyczyniła. Nie miała jednak sił na żadne sprzeciwy, a nie mogła ukryć tego, że jej stan naprawdę potrzebował pomocy medycznej.
Jak tylko znalazły się w bezpiecznym i ciepłym pokoju, Florence pomogła jej ściągnąć przez głowę podarowany wcześniej przez Raphaela sweter, a następnie zajęła się strzępami sukienki, które były przyklejone do spoconego ciała krwią. Gdy Michelle nie miała na sobie już nic poza bielizną i medalionem, nakazała jej się położyć na plecach i starać jak najpłycej oddychać. I wypędzić z umysłu wszelkie myśli o bólu, który zaraz ją czeka.
Zaczęła od przemycia alkoholem dużej, otwartej rany w biodrze. Spowodowało to u Michelle bolesne spazmy mięśni i poczuła, jak zaczyna powoli tracić przytomność, wiedziała jednak, że nie może sobie na to pozwolić. Była Strażniczką. Ból był niczym. Ból towarzyszył jej od zawsze. Irytowała ją to, ale słowa Rapheala faktycznie podtrzymywały ją na duchu. Odetchnęła z ulgą, gdy Florence sięgnęła po igłę, by zszyć ranę, nie wiedziała jednak, z jakiego powodu uznała to za dobry znak, gdyż szycie wywołało u niej jeszcze mocniejsze cierpienie, niż poprzednie przemycie.
Następnie dziewczyna obmyła kilka pomniejszych obrażeń zwykłą wodą, Michelle wiedziała jednak, że to tylko odwlekanie nieuniknionego. Za chwilę zajmie się moim żebrem, pomyślała ze zgrozą.
- Spokojnie, złotko. Staraj się zrelaksować, bo tylko mi to utrudniasz.
Niemrawo skinęła głową. Jej ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa, gdy poczuła pod piersiami zimne palce Florence zmierzające w stronę złamanego żebra. Przejechała po nim, rysując w głowie kształt obrażenia, jednak stwierdziła, że nie może jeszcze się nim zająć. Najpierw pomocy wymagała ogromna rana na brzuchu. Przemyła ją wszystkimi dostępnymi środkami i kolejne spazmy bólu Michelle nie pozwoliły jej już bezczynnie wytrzymać bez słowa.
- Opowiedz mi, jak wyglądał twój pierwszy dzień -- powiedziała do Strażniczki, zaciskając zęby. To zachowanie bardzo Florence zaimponowało – jeszcze nigdy jej się nie zdarzyło, by ludzie, których opatrywała chcieli w ogóle się odzywać.
- Zostałam wybrana nie tak dawno temu. Kompletnie nie pamiętam, kto był moim poprzednikiem ani co się z nim stało, mimo że powinnam, ponieważ nie może być większej zniewagi dla Strażnika, niż zapomnienie go i jego wielkich czynów. – Uśmiechnęła się, mówiąc te słowa, jednak traktowała je śmiertelnie poważnie. – Patrząc na moją bladą skórę pewnie zastanawiasz się, jak rzadko widywałam w życiu słońce. Nie mylisz się. Bardzo rzadko. – Kąciki ust Michelle uniosły się na chwilę do góry, jednak zaraz znowu wróciły do normalnego stanu, gdy tylko poczuła kolejne pieczenie. – To dlatego, że większość życia spędziłam pomagając ojcu w kopalniach. Okazało się to bardzo przydatne mojego pierwszego dnia. Również zostałam ‘uprowadzona’, tak jak ty, jednak moja walka wyglądała zupełnie inaczej. Szybko zorientowałam się, gdzie znajdę najwyższy punkt widokowy i zaczęłam do niego zmierzać. Odniosłam kilka obrażeń, jednak na początku nie było to raczej nic poważnego. Docierając do góry, na której planowałam zaczaić się i zaplanować dalszą trasę – spostrzegłam wejście do tajemnej jaskini, sprytnie ukrytej za bujnymi krzakami. Jak zapewne się domyślasz, schowałam się tam.
- Co… co było dalej? – spytała Michelle, niemal sykając po kolejnym obmyciu rany.
- Znaleźli mnie. Na początku jedna osoba, jednak z czasem zaczęli się komunikować i łącznie czterech Strażników zaczęło szukać mnie w jaskini. Jaskinia naprawdę była ogromna – gdyby nie nabyte w kopalniach umiejętności, prawdopodobnie szybko bym się zgubiła. Ale właśnie wtedy okazały się one przydatne. Skradałam się za ich plecami i znalazłam inne wyjście, które, tak się złożyło, było mi bardzo po drodze w kierunku do siedziby.
- Czyli zrobiłaś to.
- Tak. – Uśmiechnęła się na to wspomnienie i zaczęła zszywać ranę. – Znalazłam siedzibę i nie dałam się złapać. Byli pod wrażeniem. Właśnie tak wyglądał mój pierwszy dzień. Ale nie było tak kolorowo, jak się zdaje. – Złapała włosy w kucyk i obróciła się do Michelle plecami, pokazując bliznę na szyi. – Gdy wbito mi tam sztylet, krzyczałam, wiłam się z bólu i płakałam, wszystko jednocześnie. W takim amoku dobiegłam do siedziby, wariując z cierpienia przez dobre pięć minut. I tak, wiem, że zabawnie jest sobie to wyobrazić.
Michelle zaśmiała się cicho i spojrzała na Florence, czując, że wie teraz o niej o wiele więcej. Spojrzała w głąb jej czarnych oczu, które ani drgnęły, gdy zadawała jej kolejny ból przez zszywanie rany. Najwyraźniej nie robiła tego po raz pierwszy, jednak mimo to jej opanowanie robiło wielkie wrażenie. Strażniczka była bardzo piękna – mleczna skóra miała swój niepowtarzalny urok, świetnie komponując się z fioletowymi włosami. Michelle nie mogła się powstrzymać i często spoglądała na jej usta, które zdawały się mieć idealny kształt. Najbardziej jednak do gustu Michelle przypadł głos Florence, który był niezwykle lekki i kojący. Czuła się jak mała dziewczynka, której niania opowiadała po raz setny tę samą bajkę i którą ona po raz setny chętnie słuchała. Żadna z jej niań jednak nie była taka piękna.
Spróbowała podejrzeć ranę, jednak szybko zrezygnowała - nie znosiła widoku krwi. Gdy odbiegła od tego myślami, zdała sobie sprawę, że jedno pytanie wciąż nie dawało jej spokoju. Gdy Strażniczka zakończyła szycie jej rany, wreszcie odważyła się je zadać.
- Jak to się stało, że górniczka stała się tak dobra w posługiwaniu się łukiem?
- A, takie tam hobby – odpowiedziała tajemniczo i to musiało jej na razie wystarczyć. Nie wszystko na raz.
- Staraj się za bardzo nie wiercić i najlepiej leż całą noc na plecach. Drzemka na brzuchu zdecydowanie odpada, bo gdy otworzysz rany poczujesz kilkakrotnie większy ból niż wtedy, gdy one powstały – powiedziała dość głośno, upewniając się, że te słowa na pewno dotrą do jej zmęczonego mózgu, który nieustannie wyłączał się, jednak rozpaczliwie nie miała nad tym żadnej kontroli. Potrzebowała snu i to w ogromnej ilości. – Gdy coś się będzie dziać, po prostu krzycz. Lepiej nie ryzykować prób wstawania, bo jak spadniesz z łóżka… - nie dokończyła i tylko uśmiechnęła się na koniec smutno, po czym odgarnęła z czoła kosmyk fioletowych włosów, ściągnęła górną część szaty i położyła się na łóżku obok. Z obecnej pozycji Michelle widziała tylko gładkie, ale masywne różowe plecy dziewczyny. Myśląc o nich, o tym co pewnie nie raz przeszły i o swoim przyszłym losie, szybko zasnęła.
***
Gdy wstała, zdała sobie sprawę, jak bardzo poważnego dostała urazu. Zasypiając myślała o nim jak o lekkim stłuczeniu czy bolącym oku – denerwujący przez sporo czasu, jednak gdy pójdzie się spać i obudzi następnego dnia, pozostanie tylko nieprzyjemnym wspomnieniem, gdyż organizm sam najlepiej wiedział jak się wygenerować i zlikwidować ranę.
Rzeczywistość okazała się jednak dla niej okrutna.
Otworzyła oczy. W pierwszym momencie wystraszyła się, że przez noc do oberży wpadł wilk i zadawał jej podobną, drugą ranę na brzuchu, tuż obok poprzedniej. Ból stawał się nie do zniesienia i mimo opatrunków, które spajały wszystko razem, doskonale spełniając swoją rolę – nie przynosiły Michelle żadnej ulgi.
Gdy po raz drugi otworzyła oczy dostrzegła, że Florence już wstała i szykowała się do ubrania, przemywając twarz w misce wody.
- Nie macie może jakiejś czarodziejskiej morfiny czy czegoś w tym rodzaju? – zapytała nieśmiało, starając się z całych sil, by głos nie zaczął jej się łamać w połowie tego zdania.
- Zarezerwowana tylko na specjalne przypadki. Jak to mówił Raphael? Jeśli jesteś w stanie wypowiedzieć pełne zdanie i kiwnąć małym palcem, oznacza to, że organizm jest na tyle silny, by samemu się wyleczyć – odpowiedziała jej Florence, sprawiająca wrażenie niezwykle uradowanej z zaistniałej sytuacji.
- Bardzo zabawne. Raphael z dnia na dzień wydaje się być coraz to bardziej czarujący. – powiedziała Michelle, krzywiąc się przy próbie zgięcia obolałej szyi.
- Zawsze możesz z nim pogadać.
- Z jakiegoś powodu czuję, że wykończy mnie to jeszcze bardziej niż cios w biodro.
- Nie zapomnij tylko oddać mu swetra. To jego ulubiony.
Gdy obie wstały i Michelle stwierdziła, że jest zdolna do powolnego marszu (głównie dlatego, że nie miała innego wyjścia), wszyscy ruszyli w dalszą drogę. Rozpościerający się przed nimi teren powoli stawał się mniej leśny, a bardziej trawiasty; domyśliła się, że idą w głąb jakiejś doliny. Gdy w końcu nastała przerwa na zaczerpnięcie tchu, Michelle nie wytrzymała i zadała pytanie, na które zbierało jej się od dłuższego czasu.
- Czy jako Strażnicy nie mamy jakiegoś szybszego sposobu, by się tam dostać?
Raphael, cały rozpromieniony, jakby tylko czekając na taką okazję, od razu jej odpowiedział.
- Mamy. Właściwie to bardzo dużo, jak się nad tym zastanowić. Sęk w tym Michelle, że musimy zachować formę. Nigdy nie wiadomo, kiedy będziemy musieli być w gotowości. Zresztą, nie narzekaj tak, leniwa dziewczyno. To nie aż tak daleko.
Przez chwilę pomyślała, by wspomnieć, jak bardzo ryzykuje poruszając się z tak poważnymi ranami, jednak mimo, że kompletnie nie zgadzała się z jego arogancją, musiała przyznać mu rację - sama powoli zaczynała zbyt mocno narzekać. Nienawidziła u siebie tej cechy i nie chcąc pozwolić znowu wyjść jej na wolność, postanowiła resztę drogi spędzić w milczeniu, czasami spoglądając na Florence i irytując się z powodu jej uśmiechu po każdym docinku Raphaela.
Po jakimś czasie zaskakująco stwierdziła, że unika interakcji z innymi członkami grupy. Spojrzała ukradkiem na potężną Zamyrę – jej zbroja wydawała metaliczny dźwięk przy każdym kroku, a niezmienna jak skała mina wciąż wpatrywała się w jeden punkt, mimo nieustannego marszu. Michelle stwierdziła, że musi to być typ charakteru, który rozbudowuje mięśnie i barykadę wokół siebie, bo ma wiele rzeczy, z którymi musi poradzić sobie sam i w których nie chce mieszać innych. Na pewno skrywała wiele historii i opowieści, których Michelle nigdy, a przynajmniej prędko, nie pozna. Przez moment nawet poczuła się smutna z tego powodu. Ale nie mogła ukryć tego, że wciąż się jej bała. Dlatego nie rozpaczała nad tym faktem dłużej.
- Zamyra? Nigdy nie mówi zbyt wiele – odpowiedział jej Deven, Strażnik Czasu, gdy podzieliła się z nim swoimi przemyśleniami. Mimo że zdążyła już przywyknąć do jego widoku przez cały ten czas, wciąż była zafascynowana starannie rozczesanymi włosami zakrywającymi jedne, a uwydatniającymi drugie, złote oko, które wyglądało jak wyrzeźbione. Był naprawdę przystojny. – I my sami nie wiemy o niej zbyt wiele. Ale jest świetną wojowniczką. Czuję, że wszystko to, co nam nie mówi, w jakiś sposób uwalniane jest podczas walki, dlatego czujemy, że ją znamy. Nie wiem, czy to ma sens.
Jej zdaniem nie miało, jednak uśmiechnęła się do chłopaka na znak wdzięczności i mogłaby przysiąc że dostrzegła wtedy, jak jego złote oko rozbłysło. Bojowy strój Devena był nienagannie czarny – nie przypominała sobie, by zauważyła na nim chociaż kawałek brudu, rośliny, cokolwiek. Skierowała wzrok dalej. Shale, kobieta w krwistoczerwonej sukni i przepięknych, pomarańczowych włosach, spojrzała jej głęboko w oczy i uśmiechnęła się. Była zniewalająca piękna i zarumieniona. Michelle ponownie szybko odwróciła wzrok. Gdy jej oczy spoczęły na czerwonych ustach Florence, która jak zwykle wyglądała nieziemsko, na chwilę zapomniała, gdzie w ogóle zmierzają. Po chwili jednak wróciła do zmysłów.
Po godzinie przed ich obliczem zaczął rysować się kształt oddalonego budynku. Z powodu braku słońca tego dnia na niebie ciężko było dostrzec coś więcej, jednak wyraźnie zbliżali się do celu. Do mistycznego Domu Mroku, o którym legend i pieśni nie było końca. Michelle odetchnęła z ulgą. W końcu poczuła, że faktycznie zrobili jakiś postęp. Wędrówka dłużyła jej się niemiłosiernie i pragnęła kąpieli, odpoczynku oraz ciepłego posiłku, który jakoś osłodziłby jej ten męczący dzień i pozwolił zapomnieć o bólu. Medalion zaczął powoli ciążyć na jej szyi, ciągnąć dziewczynę w kierunku brudnej ziemi. Mimowolnie na chwilę na niej uklękła i wzięła głęboki oddech.
- Hej! Uważaj na mój sweter!
Z grymasem złości na twarzy, który skrywał wszystkie przekleństwa jakie znała i który gotowy był się otworzyć w każdej chwili, wstała i spiorunowała Raphaela wzrokiem. On jednak wciąż sprawiał wrażenie niezwykle rozbawionego i uśmiechnął się porozumiewawczo do reszty. Zirytowana tym, oddała mu sweter i resztę drogi przemierzyła w postrzępionej sukni – nie obchodziło ją, jak wyglądała.
- Nowi zawsze są przesłodcy z tym buntem i chęcią mordu w oczach. – powiedział i ruszyli dalej. Florence spojrzała współczująco na Michelle, po czym złapała ją pod ramiona i pomogła wstać. Reszta drogi przebiegła już w ciszy.
Im bliżej znajdowali się Domu Mroku, tym bardziej niebo wydawało się zmieniać barwę. Z początku bezsłoneczne i szaro-błękitne, z czasem bardziej granatowe, aż w końcu niemal całkowicie czarne jak nocą, jednak wyraźnie było widać, że wciąż trwa dzień. Michelle pomyślała o tym, jak wspaniale byłoby to wszystko podziwiać, gdyby tylko była w lepszym stanie. Kąpiel. Posiłek. Przestrzeń, najlepiej z dala od towarzystwa Raphaela. Nie widoki.
Z czasem była w stanie dostrzec coraz więcej szczegółów – i przepiękny dom rysował się w jej wyobraźni nawet nie w jednej czwartej w tak ogromnym majestacie, w jakim znajdował się w rzeczywistości. Ogromna brama była zamknięta, więc nie dostrzegła jeszcze wnętrza, ale zabudowa i projekt domu były z najwyższej półki, jakby naprawdę powstały przy pomocy boskiej ręki. Brama była wysoka na około 50 metrów. Kryła się za tym historia, którą często przed snem opowiadał jej tata.
- Pewnego dnia bogowie zaszczycili naszą planetę swoją obecność. – mówił, gładząc się po wąsach i odpływając oczami i sercem do wspomnień. – A konkretniej to tylko dwóch z nich. Przez lata zatarło się, którzy konkretnie. Niektórzy ludzie mówią, że był to sam Najwyższy Bóg, którego imienia nikt nie zna; inni, że był to zaledwie pomniejszy bożek, który robił rutynową trasę lub przypadkiem znalazł się na naszej planecie. W każdym bądź razie – którykolwiek z Bogów by to nie był, wiesz, że są oni ogromni na wiele, wiele stóp. Gdy Bóg się zjawił, zapragnął on poczęstować się naszym jadłem i pooddychać naszym powietrzem oraz po prostu spędzić noc. Minęło wiele, wiele lat, aż pierwszy projekt Domu został ukończony; musisz jednak pamiętać, że w ich boskim czasie to był zaledwie moment. I tak właśnie powstał prototyp Domu Mroku, ogromnej świątyni, w której Bóg biesiadował i przebywał. Z czasem jednak stwierdził, że wykonaliśmy przy budowie tak dobrą robotę, że chętnie zaprosi do Domu innych przyjaznych sobie bogów. Wtedy jednak my, lud, wiedzieliśmy już, że konstrukcja z pewnością tego nie wytrzyma, także pod nieobecność boskiej postaci rozpoczęliśmy rozbudowę, poszerzając budynek niemalże pięciokrotnie. Wtedy zjawiło się łącznie pięciu bogów i ucztowali całe noce, poznając naszą kulturę oraz chełpiąc się swoimi boskimi czynami, co było zresztą bazą do powstania wielu z naszych ksiąg o ich dziejach. I wtedy historia powtórzyła się znowu – postanowiono wtedy zaprosić do naszego ogromnego domu cały panteon Najwyższych Bogów, czyli słynną dziesiątkę. I ponownie rozpoczęła się rozbudowa, która trwała dekady. Robotnicy pracowali jak szaleni, by tylko zadowolić swoich stwórców i zapewnić im dobre miejsce do spędzenia boskiego czasu. Gdy w końcu prace się zakończyły, Bogowie byli tak zadowoleni, że spędzali w ogromnym budynku całe lata. Stał się on ich drugim domem. By uczcić tradycję, że pierwotnym celem do powstania Domu było spędzenie w nim nocy, Bogowie zaczarowali przybytek tak, by atmosfera wokół niego zawsze była tajemnicza, powietrze bardziej ostre, a chmury ciemne; wtedy ktoś krzyknął: „Chwała Najwyższym Bogom oraz chwała Domu Mroku, który jest ich świątynią i największym dowodem naszej miłości wobec Stwórców’”. Nazwa ta szybko się przyjęła i dom został oficjalnie przez Bogów nazwany jako Dom Mroku. Nie ma w tej galaktyce piękniejszego i bardziej upojnego dla oczu i duszy miejsca.
Oczy Michelle zaszkliły się, uwalniając spełnione dziecięce marzenie na powierzchnię. Serce zaczęło bić jej tak mocno, że wystraszyła się, że zaraz wyleci przez ranę nad brzuchem, rozrywając szwy. Jej ojciec widział i był w tym miejscu, a teraz zobaczyła i zaraz znajdzie się wewnątrz ona. Cała ta walka, wędrówka, przelana krew miały swój sens , i ten sens znajdował się właśnie tuż przed nią. Przestała czuć grunt pod nogami, a medalion na szyi mienił się błękitnym światłem jak nigdy dotąd. Zapragnęła go dotknąć, poczuć, jak przez jej palce przepływa ogromna moc, którą wytworzyły emocje, zwłaszcza radość i podekscytowanie. Gdy jednak to zrobiła, syknęła z bólu; poparzył ją.
- Okej, może nie oprowadzałem zbyt wiele nowych przed tobą, ale to chyba najdziwniejsza reakcja na Dom Mroku, jakiej byłem świadkiem. – zażartował Raphael, dostrzegając jednak niewyraźny wyraz twarzy dziewczyny spoważniał. – Wszystko w porządku?
Odburknęła coś twierdząco i odwróciła wzrok. Nie chciała pozwolić, by taka drobnostka zepsuła jej wrażenia związane z Domem. Medalion natychmiastowo powrócił do swojego poprzedniego, zimnego, metalicznego stanu. Nawet tego nie zauważyła.
Brama Domu Mroku, ogromna, przyozdobiona wszystkimi najpiękniejszymi klejnotami jakie znajdowały się na tej planecie, stała przed nimi otworem. Mieniła się wieloma kolorami, jednak zdecydowanie dominował brąz oraz wszelkie jego odcienie. Była wykonana niezwykle schludnie – mimo wielu błyskotek, byłe one uporządkowane równomiernie i w proste kształty, przez co żaden kolor znacząco nie wyróżniał się od pozostałych. W jednym rzędzie z bramą znajdowały się dwie, duże wieże, kompletnie czarne i owiane tajemniczą atmosferą. Michelle wiedziała, że były to wieże strażnicze – zarówno do pilnowania, by do Domu Mroku nie wszedł nikt podejrzany, jak i po prostu do obserwowania okolicy. Mimo bycia świętym miejscem, nie każdy miał do niego wstęp – słyszała kiedyś historię o rzezimieszku, który bez zastanowienia włamał się do środka i zaczął wynosić święte relikwia oraz młodsze kobiety. Rozgniewał tym bogów w niesamowity sposób i rzucili na niego jeden z najgorszych czarów – głód, lecz niemożność przełknięcia jedzenia. Ból, lecz brak sposobności jego ukojenia. Pragnienie dotyku, lecz brak czucia w ciele w trakcie dotykania innej osoby. Nikt nie wiedział, co się z nim stało – chodziły pogłoski, że wciąż kręcił się po okolicy i błagał każdego, kogo spotkał o śmierć, jednak zgodnie z zasadami klątwy nie mógł tego daru otrzymać. Zmroziło ją w żyłach, gdy przypominała sobie tę opowieść.
Gdy młodzi strażnicy z wieży dostrzegli zbliżającą się grupkę, natychmiast rozpoczęli szybką modlitwę i pokłonili się Strażnikom, po czym zachęcająco wskazali otwarte wrota. Mimo uśmiechu na twarzy, byli niezwykle zestresowani – nikt nie chciał w żaden sposób, nawet przypadkiem urazić najważniejsze osobistości na planecie. Byli prawie jak Bogowie, lecz Bogowie nie chodzili wśród nich z potężnymi przedmiotami i niezwykłą mocą. Dlatego niektórzy obawiali się Strażników nawet bardziej.
Raphael odmachał im z wdzięcznością i wpuścił wpierw do środka wszystkie kobiety, w tym Michelle, po czym z męską połową Strażników sam udał się do wnętrza Domu. Drzwi z hukiem zamknęły się, gdy próg przekroczył ostatni z nich.
- Boże, on nam odmachał. – powiedział starszy strażnik, gdy znajdowali się oni już poza polem widzenia.
- I co z tego? - odpowiedział młodszy z nich.
- Uwierz mi, kolego – wyjąkał odpowiedź ten pierwszy – Nic dobrego nigdy się nie dzieje, gdy Bóg macha, a Strażnicy to prawie jak bogowie. Słyszałem taką legendę z innej planety, że raz gdy ich Bóg machnął, to całe morze się rozstąpiło.
***
Postawienie pierwszego kroku w Domu Mroku było magicznym przeżyciem – i to nie przez wszystkie zaklęcia, które go chroniły. Michelle momentalnie poczuła się, jakby weszła do ogromnej, mydlanej bańki, niewzruszonej na troski zewnętrznego świata. Nie dało się tego opisać w żaden sposób. Jej broda zbliżyła się do ziemi, a policzki zaróżowiały, gdy stopniowo ogarniała całym wzrokiem główne pomieszczenie. A raczej – starała się, gdyż Dom Mroku był taki ogromny, że nie dało się tego zrobić w zaledwie kilka sekund. Wstrzymała oddech, by uspokoić swoje drżące ciało.
Sala główna wyglądała jak połączenie wielu pomieszczeń w jedno – zarówno kolorystycznie, jak i przestrzennie. Sklepienie Domu Mroku, oddalone od ich głów o wiele metrów, przedstawiało przeróżne malunki bitewne na tle rozgwieżdżonego nieba. Wyglądało to naprawdę nieziemsko, gdyż gwiazdy błyszczały jak prawdziwe, a głębia granatowego nieba pochłaniała oczy każdego, kto spoczął na niej wzrokiem. Do uzyskania tego efektu użyta była magia – ale nawet i bez niej sklepienie robiło piorunujące wrażenie jako architektoniczna konstrukcja. Z trudem spojrzała gdzie indziej.
Na samych bokach sali Michelle dostrzegła wiele posągów i rzeźb przedstawiających bogów, ale także i wybitnych Strażników – rozpoznała tam kilku dawnych idoli, pod którymi klęczeli mieszkańcy, wyznając im cześć i składając ofiary z drobnych przedmiotów. W tym świecie nie uznawano ofiar ze zwierząt – największym darem, jaki można było podarować bogom, był przedmiot niezwykle ważny dla osoby go ofiarującej. Tym samym dostrzegła, jak pewna starsza kobieta pali już dawno zeschnięte wianki z kwiatów oraz łańcuszki. Nie każdy miał wstęp do Domu Mroku – było to miejsce święte, ale czasem ze względu na dobre intencje wybierano prostych ludzi z ludu, by mogli dostąpić tego zaszczytu. Tym samym poza specjalnie wyspecjalizowanymi kapłanami, w Domu było też dużo zwyczajnych ludzi. Michelle niezwykle uradował ten widok i cieszyła się w głębi serca razem z nimi. Wszyscy byli równi w oczach Bogów – ludzie nawet bardziej od Strażników, gdyż ich istnienie miało na celu ochronę ich za wszelką cenę. Radość na ich twarzach była zawsze najcenniejszą nagrodą.
I ta sama radość rozpromieniła ich oblicza również i teraz, gdy dostrzegli nowo przybyłych Strażników. Wszyscy uklękli jak jeden mąż; wszyscy poza jednym chłopcem, który podszedł do Michelle, wpatrując się w nią jak ducha.
- Jest pani piękna – powiedział z błyskiem w małych, mieniących się jak diamenty oczach.
- To prawda – powiedział inny chłopiec, w tym samym wieku co jego poprzednik. Przytulił się do kolan Michelle, co wprawiło ją w lekkie zakłopotanie. Podziękowała, zarumieniona i pogłaskała ich nieśmiało po miękkich włosach uśmiechając się tak szeroko, że na moment ich serca przestały bić. Po chwili odbiegli z zamiarem pochwalenia się kolegom, jakie właśnie spotkało ich szczęście.
- Adoratorów to masz na pęczki – powiedział kpiąco Rapheal, odprowadzając chłopców wzrokiem – Ale w sumie, to ci zazdroszczę. Za jakieś… dziesięć do piętnastu lat mogą być z nich nieźli kochankowie.
- Jesteś chory – powiedziała Michelle, ignorując jego wybuch śmiechu po tych słowach.
- Daruj sobie te żarciki, Raphealu – odezwał się najstarszy ze Strażników, zaskakując wszystkich dookoła swoim głosem. Był to Camden, który podejrzanie nie odzywał się całą drogę. Ludzie, jak i sami Strażnicy upierali się, że wszyscy byli sobie równi, ale jeśli tak – to Camden był najrówniejszy z nich wszystkich. Nie było tajemnicą, że to on trzymał całą organizację w ryzach, odkąd tylko do niej wstąpił. Jego głos dorównywał postawie – był bardzo głęboki i męski, a także donośny, przez co szybko rozniósł się po całym Domu Mroku. Camden, Strażnik Mieczu. Żywa legenda. Mimo wieku, nie można było nazwać go starym – stara osoba zazwyczaj kojarzyła się z bezradnością, niemocą i spowolnionymi ruchami. Camdenowi daleko było do którejkolwiek z tych cech. Jego długie, proste srebrne włosy falowały przy ramionach niczym grzywa przy każdym słowie, które wypowiadał.
Michelle usłyszała jego głos po raz pierwszy od pamiętnej uczty, na której została otruta, i z trudem przyszło jej ukrycie uczucia strachu mieszanego z podekscytowaniem. Włosy na karku stanęły jej dęba – nawet Rapheal przybrał poważną minę, kiwając głową niczym szczeniak z podkulonym ogonem.
Po chwili Camden znowu przemówił:
- Lepiej chodźmy dalej. Za nami długa droga i wszyscy potrzebujemy odpowiedniego odpoczynku, a nie wymieniania się nieuprzejmościami.
Po czym wysunął się przed szereg i zaczął iść w stronę ogromnych schodów które, jak domyślała się Michelle, prowadziły do komnat – na pierwszym poziomie nie było żadnych drzwi i sprawiało ono wrażenie jednego, wielkiego holu pełnego ludzi i pomniejszych budowli.
- Ten to dopiero ma wejście – wyszeptała do Michelle Florence. Zareagowała na to szerokim i szczerym uśmiechem; był to pierwszy raz, gdy odezwała się do niej od momentu opuszczenia oberży i stęskniła się za kojącym głosem koleżanki. I nie tylko za nim.
Gdy jednak wszyscy powoli przemieszczali się w stronę schodów za swoim przywódcą, Michelle nie była tym zainteresowana. Jej uwagę przyciągnęło coś innego – kobieta klęcząca przy jednym z posągów obok wejścia. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak zwykła, biedna mieszkanka, może żebraczka; ale Michelle nie musiała patrzeć drugi raz by zauważyć, że to nieprawda. Ona to wiedziała. Wyczuła. W jakiś sposób wyczuła, że nie jest to zwyczajna osoba oddająca cześć bogu. Podeszła do niej, na przekór oddalającej się grupy Strażników. Uśmiechnęła się szeroko do nieznajomej.
- Mi.. Michelle – usiłował za nią krzyknąć Rapheal, ale szybko zdał sobie sprawę, że nie ma to większego sensu i poszedł za dziewczyną z grymasem niezadowolenia na twarzy.
- Michelle. Michelle Glowstar. Strażniczka – powiedziała kobieta tak szybko, jak tylko Michelle znalazła się w jej polu widzenia. Miała długie, pomarańczowe włosy, które były bardzo zadbane mimo wieku kobiety. Jej twarz pełna była zmarszczek i odbarwień, ale miała przepiękny, babciny uśmiech, który przywodził na myśl wspomnienia o domu. Ubrana była w zwykłe, potargane szaty; jej ręce pełne były jednak różnych przepasek, wisiorków i korali. Oczy kobiety zdawały się być puste – mimo przepięknych, dużych źrenic, jej spojrzenie było podejrzanie sztuczne – w porównaniu do reszty ciała, oczy wyglądały jak domalowane farbami.
- Skąd wie pani, kim jestem? – zapytała Michelle niczym w transie, wciąż szeroko się uśmiechając. Kobieta robiła na niej ogromne wrażenia i nie była nawet w pełni pewna, dlaczego. Czuła się jak nastoletnia fanka rozmawiająca po raz pierwszy ze swoim idolem.
- Wiem dużo rzeczy, skarbie. Oni – wskazała na pomnik, o który się opierała – oni chcą, bym wiedziała dużo rzeczy. I umożliwiają mi to. Dają mi dostęp do informacji, których twoja piękna główka nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić.
Wbrew wypowiedzianym słowom, nie była to obraza i Michelle to wyczuła; staruszka miała po prostu osobliwy sposób mówienia.
- Czy to znaczy, że jest pani jakąś mistrzynią, albo… albo uczoną?
Nowo poznana kobieta zaśmiała się serdecznie, jednak odrobinę za głośno.
- Michelle, odejdź od niej – powiedział Rapheal, który nagle znalazł się tuż obok młodej Strażniczki i dotknął jej ramienia – To jedna z tych starych wariatek, co przepowiadają przyszłość a wiedzą jedynie tyle, ile pokażą jej fusy w kawie.
- Rapheal. Rapheal bez nazwiska. Strażnik – kobieta kontynuowała, kompletnie niewzruszona jego obelgami – Najbardziej arogancki ze wszystkich, co zresztą widać, gdyż tylko arogancka osoba uznałaby mój dar za ‘widzenie przyszłości’. To, co robię, to odpowiednie postrzeganie rzeczywistości i interpretowanie jej. Moje spojrzenie sięga o wiele wyżej, dalej i szerzej, niż myślisz – a to dlatego, że taka jest wola samych Bogów. Właśnie tutaj, w przenajświętszym Domu Mroku, do którego wędrowałam siedemdziesiąt dni i siedemdziesiąt nocy, widzę najwięcej. Widzę dusze wszystkich tu zgromadzonych. Widzę także twoją, dziecko – powiedziała, wskazując na Michelle i unosząc do góry pełną biżuterii rękę – Widzę twoją przepotężną moc, o jakiej nie śniło się nikomu wcześniej. Moc o tak potężnym potencjale, że uwolnienie go nie będzie łatwe. Nie chcesz wiedzieć, co czeka cię na nowej drodze życia, piękna Michelle Glowstar? Z czym będziesz musiała się zmierzyć? Dotknij mojego czoła, dziecko, a powiem ci wszystko, każde słowa oraz opiszę każdy obraz, jaki przedstawią mi Bogowie.
- Nie rób tego. Takich wariatek jest tu od grona, do tego bywają milsze – powiedział Rapheal, uśmiechając się do nowej, starszej znajomej; odwzajemniła uśmiech – Chodźmy. Camden i reszta czekają. A uwierz mi, Camden nie jest osobą, która lubi czekać na innych.
Michele zawahała się. Wiedziała, że Rapheal ma rację – tak zwane wyrocznie nie były nowością i najczęściej były to zwyczajne oszustki, które przeżywały z dnia na dzień, naciągając ludzi na coraz bardziej naiwne sztuczki. Z drugiej strony – kobieta wcale nie wyglądała na jedną z nich. Była zbyt szczera i mądra oraz otaczała ją przyjazna aura, przez którą Michelle momentalnie wierzyła w każde jej słowo i nie mogła tego kontrolować. Kompletnie padła ofiarą jej uroku.
- Jak ma pani na imię?
- Tam, skąd pochodzę, imiona nie mają znaczenia. W moich stronach byłam znana jako Szmaragdowe Dłonie; przydomek ten nadała mi jedna z wieśniaczek, która uważała, że mój dotyk był tak przyjemny, jak ściskanie drogiego klejnotu.
- Okej, dobra, przyznaję – szajbuski, z którymi zazwyczaj się mierzę, nie mają aż tak dużego ego i zakręconych imion – Rapheal wiedział już jednak, że nie odwlecze Michelle od zrobienia tego, co chce, więc nie odzywał się więcej.
Michelle sięgnęła powoli dłonią i spoczęła ją na czole Szmaragdowych Dłoni. Było ono bardzo ciepłe i przez chwilę chciała cofnąć rękę, ale powstrzymała się. Zamknęła oczy i zacisnęła usta w oczekiwaniu.
- Widzę. Widzę już wszystko. Oh… nie są to zbyt miłe obrazy.
Michelle cofnęła dłoń i popatrzyła przerażona na Rapheala, który wciąż pozostawał niewzruszony. Kobieta mówiła dalej.
- Michelle Glowstar… widzę tutaj dużo. Widzę, jaka byłaś. Widzę, jak jako mała dziewczynka biegasz po trawie, bawiąc się z ojcem. Widzę, jak podrzuca cię w powietrze i szepce do ucha miłe słówka, które pamiętasz do dziś. Widzę iskierki w twoich oczach, gdy opowiada ci tę samą historię noc za nocą, a ty nadal słuchasz jej z zapartym tchem. Widzę twoją odwagę – jest jak osobna osoba, która towarzyszy ci od urodzenia. Widzę, jak pomaga ci przetrwać śmierć ojca. Jak trzyma cię za rękę i obejmuje, a także wyciera łzy z policzków.
Źrenice Michelle znacznie rozszerzyły się, gdy usłyszała te słowa. Kobieta miała rację we wszystkim – bała się każdego kolejnego wyrazu, jaki wyjdzie z jej ust. Stwierdziła w duchu, że Rapheal słuszniej ą ostrzegł (mimo, że stwierdziła to niechętnie) i zapragnęła opuścić pomieszczenie, ale wiedziała, że nie może już tego zrobić. Szmaragdowe Dłonie kontynuowała swój wywód głosem bardzo wyraźnym, akcentując każde słowo.
- Widzę cię taką, jaką jesteś teraz. Silna, młoda kobieta, która została Strażniczką jak jej ojciec i każdej nocy rozmawia z nim by przekonać samą siebie, że jest dumny, iż jego mała córeczka poszła w jego ślady. Widzę nieśmiałą, dzielną, waleczną i zakochaną dziewczynę, która boi się każdego kolejnego niepewnego kroku, jaki stawia na świecie. Odwaga towarzyszy jej już coraz mniej; jest przyćmiewana przez inne, silne emocje przychodzące z wiekiem.
Zarumieniła się, słysząc te słowa i za wszelką cenę starała się uniknąć wzroku Rapheala, który także nagle wydawał się niezwykle zaintrygowany wywodem, jak to sam określił, starej wariatki.
- I w końcu widzę, jaka będziesz. Widzę, jak pomagasz temu, któremu nie można pomóc i robisz coś niewybaczalnego, coś, czego twój mały umysł nie jest w stanie pojąć. Nie jest w stanie pojąć, jaki to wielki błąd i jakie sprowadzi na ciebie brzemię. Widzę, jak bezwstydnie kosztujesz zakazanego owocu, ignorując wszelkie święte prawa. Jesteś głupią, głupią dziewczyną. Posiadasz zbyt wielką moc, z którą sobie nie poradzisz – która wyjdzie na zewnątrz, odprawiając taniec chwały i glorii na porannym niebie. Taniec chwały i glorii, jakiego świat jeszcze nie widział. Taniec chwały i glorii przepotężnej Michelle Glowstar, jedynej takiej w swoim czasie.
Szmaragdowe Dłonie uśmiechnęła się lekko, wymawiając ostatnie słowa. Na twarzy Michelle buzowały wszelkie emocje – szok, zdezorientowanie i wstyd. Chwilę później przybrała ona purpurowy kolor, a medalion na szyi zapłonął przepotężną mocą, która była dla niej zbyt duża. Tak jakby przepowiednia go uruchomiła – była to dla niej zbyt wiele. Poczuła palący metal na szyi.
- Michelle? Wszystko w porządku? Michelle?
Krzyki Rapheala były ostatnią rzeczą, jaką usłyszała. Zemdlała, osuwając się powoli na starannie wymytą, świętą podłogę.
***
Gdy otworzyła sklejone powieki, znajdowała się już gdzie indziej. Przejechała ręką po łożu – było ono miękkie niczym aksamit. Nigdy nie spała na czymś takim – wiejskie życie przyzwyczaiło ją do twardego łóżka i częstego bólu karku. Jedyny obraz, jaki miała przed sobą po otwarciu oczu, był sufit i znajdujący się na nim ogromny, złoty żyrandol, który oślepiał ją swoim blaskiem.
Nie była już na pierwszym poziomie Domu Mroku – domyśliła się, że zabrali ją do umiejscowionych o wiele wyżej komnat. Zaczęła masować bolącą głowę i syknęła z bólu, gdy dotknęła medalionu na szyi – był wciąż tak gorący, że wypalił jej niewielkie znamię na szyi. Nie martwiła się teraz tym jednak.
- Ostatnie często zdarza ci się mdleć – usłyszała głos należący do mężczyzny; jeden z niewielu głosów, jakiego w ostatnim czasie miała już serdecznie dość.
- Długo patrzysz, jak śpię?
- Było to bardzo kuszące, ale nie. Zemdlałaś, więc czym prędzej zaprowadziłem cię do najbliższej komnaty i posłałem po uzdrowiciela. Myślę, że należy mi się jakaś wdzięczność, Zakochana Strażniczko – powiedział Rapheal, a jego słowa niczym farba pomalowały policzki Michelle na płomienny róż.
- O czym ty mówisz? – zapytała z bijącym sercem.
- Jak wiele pamiętasz? Pamiętasz, jak weszliśmy do Domu Mroku?
Mruknęła potwierdzająco. Pamiętała samo wejście, ale reszta była w jej głowie nieskładna i nie mogła wychwycić żadnych konkretnych szczegółów tego, co działo się potem. Ziewnęła.
- Tak. Ale niewiele więcej – rozejrzała się dookoła – Gdzie jest reszta?
- Na pewno nie pamiętasz nic więcej? Żadnych… staruszek? Szmaragdowych Palców?
- Co ty pleciesz? Nie. Czy to dobrze? Co się stało?
- Nic wielkiego. Jakaś stara zielarka rozbiła się tuż przed głównymi drzwiami i nawdychałaś się oparów. To w połączeniu z ekscytacją… padłaś na ziemię jak sztywna.
Przyjęła tę informację ze spokojem.
- Co ja mam na sobie? – Michelle naciągnęła kołnierz swetra by upewnić się, że jest znajomy.
- Ah, tak. Pomyślałem, że może być ci zimno, więc dałem ci znowu swój sweter. Nie ma za co.
- Sam mi go założyłeś?
- Nie, moja służąca to zrobiła. Błagam Cię, Michelle. To Dom Mroku, nie Hotel Mroku.
Zdegustowana pokręciła głową i wstała z łóżka płynnym ruchem. Czuła się już dobrze – cokolwiek powaliło ją na nogi, odpuściło. Przeleciała cały pokój wzrokiem – była to zwyczajna, średniej wielkości komnata z dużym łóżkiem, zauważonym już przez nią wcześniej żyrandolem i prostymi, jasnymi ścianami. Poza tym znajdowało się tu także komoda oraz duża, dębowa szafa. Skierowała spojrzenie w stronę okna – skryte było pod przepięknymi, błyszczącymi jak klejnoty firankami. Podeszła do jednej z nich i odkryła, że była niezwykle lekka w dotyku.
Gdy bawiła się jej wykończeniem, spojrzała na Rapheala zirytowana.
- Coś jeszcze?
- Spałaś dobre kilka godzin. W Sali głównej rozpoczęła się już biesiada powitalna. Radziłbym udać ci się tam niezwłocznie – reszta chce z tobą porozmawiać, zwłaszcza Camden. A Camden…
- Tak, tak. Nie lubi czekać.
Rapheal zmarszczył brwi, zdezorientowany.
- To zapamiętałaś?
- Jakoś wryło mi się w pamięć – odpowiedziała mu beznamiętnie.
- W każdym razie… - kontynuował – W szafie jest kilka sukni. Są do twojego użytku, tak samo jak zawartości szuflad; wiesz, przeróżne błyskotki czy takie tam pierdoły. Wystrój się ładnie na biesiadę, bo będzie tam także sporo ludzi z dworu chcących zobaczyć na własne oczy nową Strażniczkę. No i wyobrażam sobie, że miło byłoby wyskoczyć już z tej żółtej, podziurawionej ścierki. Impreza trwa całą noc, więc nie musisz się śpieszyć, jeśli potrzebujesz jeszcze odpocząć.
- Całą noc? Jest już noc?
Odsłoniła firankę i faktycznie, na dworze panowała już pora nocna. Niebo czarne było tak samo, jak i za dnia (atmosfera dookoła Domu), ale zmrok był wyczuwalny w krajobrazie dookoła. Ogród przed Domem Mroku był pusty, tak samo jak jedna z wież strażniczych, do której sięgała wzrokiem. Odwróciła się do Rapheala i przewróciła oczami.
- Coś jeszcze, mistrzu?
- W zasadzie, to tak. Jest ktoś, kto koniecznie chciał cię zobaczyć tuż po przebudzeniu, także… pozostawię was samych.
Uśmiechnął się (jak zwykle – nieszczerze) i opuścił pośpiesznie pomieszczenie. W jego miejsce w progu stanęła nagle Florence.
- Cześć.
Serce Michelle od razu zabiło sto razy szybciej, niemal wyrywając się z piersi. Strażniczka o fioletowych włosach wyglądała przepięknie – odświeżyła się i jej mleczna skóra błyszczała jeszcze bardziej, a nowo pomalowane czerwone usta kusiły skuteczniej. Włosy zwisały lekko do ramion, jak zwykle, ale tym razem były starannie uczesane i wyprostowane. Ich zapach unosił się w powietrzu i poczuła się, jakby przez jej żyły przepłynął pierwszej jakości narkotyk – czym prędzej chciała więcej. Uśmiechała się szczerze, ale niepełno i lekko nieśmiało, co kojarzyło jej się z kapryśną, nastoletnią dziewczyną. Uznała to za niezwykle urocze.
- Jak się czujesz? – spytała Florence, momentalnie uspokajając jej serce swoim magicznym głosem.
- Jest… Wszystko jest już w porządku. Zasłabłam po ciężkiej wędrówce, to wszystko.
- Naprawdę? Rapheal mówił, że po drodze postanowiłaś spróbować towaru pewnej…
- Rapheal mówi różne rzeczy – ucięła spekulacje Michelle, śmiejąc się nerwowo.
- O! I znowu masz jego sweter! Jak uroczo z jego strony! – powiedziała Florence sarkastycznie i obie się zaśmiały. Podeszła do Michelle tak blisko, że ich twarze oddalone były zaledwie o kilka centymetrów, i złapała sweter między palce – Jest bardzo… miękki w dotyku.
- To prawda – policzki Michelle płonęły; odsunęła się nerwowo – Chciałabym cię o coś zapytać, Florence. Czy ktoś z was, Strażników… Czy wy… łączycie się w pary?
Sama była zszokowana tym, jak nagle wyskoczyła z tą kwestią. Zastanawiała się nad tym już wcześniej, ale planowała wpleść to do rozmowy o wiele bardziej subtelnie. Florence wyczuła jej gapę.
- Skąd takie pytanie?
- Ciekawość! – odpowiedziała jej szybko, jeszcze zanim zdążyła dokończyć – Zwykła ciekawość! Słyszałam kiedyś, że jest to zabronione.
- Bo jest. I to bardzo surowo. Nie mamy wiele zasad, ale zakaz intymnych kontaktów między nami, Strażnikami to jedna z nich, możliwe że najważniejsza. Przeklęci są ci, co legną razem. Każdy o tym wie – powiedziała to i nachyliła się nad dziewczyną, resztę szepcząc jej do ucha – Ale podobno zakazany owoc smakuje najlepiej.
Zakazany owoc. Na dźwięk tych wypowiedzianych słów Michelle zamarła w bezruchu. Była pewna, że już gdzieś je słyszała, i to całkiem niedawno.
- Za… Zapomnij że pytałam – wydukała pośpiesznie, jednak usta Florence wciąż znajdowały się przy jej uchu – Powinnam była to wiedzieć. Wybacz moją ciekawość. Hehe, głupia dziewczyna ze wsi.
- Uważam, że ciekawość to nic złego. Sama bywam ciekawa wielu rzeczy – wypowiedziała te słowa bardzo wolno, a z każdym kolejnym akcentowała je coraz bardziej. Michelle odsunęła się szybko i ruszyła w kierunku szafy.
- Muszę znaleźć suknię na biesiadę. Pomożesz mi coś wybrać?
Przejrzały kilka z nich. W większości były one z naprawdę głębokim dekoltem i wycinanymi plecami – kompletnie nie w jej stylu. Gdy znalazła idealną, spojrzała na Florence wymownie.
- Jasne, jasne, poczekam na zewnątrz.
Gdy wyszła, Michelle odetchnęła z głęboką ulgą. Nie wiedziała, co w nią wstąpiło – zachowywała się kompletnie inaczej, niż pamiętnego wieczoru w oberży. Florence była teraz zdecydowanie śmielsza i pewniejsza siebie i Michelle nie wiedziała,, jak ma to odebrać. Dziewczyna onieśmielała ją pod każdym względem – tak, że jej ciało, ciało które towarzyszyło jej już tyle lat, przestawało być posłuszne i zaczynało ją zdradzać.
Gdy ubierała suknię, wciąż męczyły ją te dwa tajemnicze słowa – zakazany owoc. Ich wydźwięk był tak znajomy, iż wariowała z niewiedzy i bezradności. ‘Na pewno gdzieś je już słyszałam’. Nie mogła jednak sobie przypomnieć, gdzie.
- Nie potrzebujesz może pomocy z zapięciem? – usłyszała głos zza ściany i cichy chichot. Nie odpowiedziała. Gdy falbanki sukni układały się nienagannie na wysokości bioder, wygładziła je jeszcze dla pewności i przejrzała się w wiszącym na szafie lustrze.
Suknia była koloru turkusowego – jednego, zdaniem Michelle, najprzyjemniejszego dla oczu kolorów. Nie była zbyt długa, ale wystarczająco, by czuła się bezpiecznie przykryta bez obawy nabawienia się wstydu. Uznała, że barwa pięknie komponowała się z jej długimi, zakręconymi blond włosami, które nie straciły swojego blasku nawet przez wydarzenia poprzednich dni. Zawsze była z nich dumna. Uśmiechnęła się nieśmiało, gdy Florence ponownie weszła do komnaty.
- Wyglądasz… Wow.
Nie powiedziała nic więcej, ale to krótkie słowo w jej ustach było wystarczającym dowodem uznania.
- A gdzie twoja suknia? – spytała Michelle.
- Nie zwykłam nosić sukni – odpowiedziała jej; faktycznie, miała na sobie prostą, białą koszulę i sięgającą kolan spódnicę. Całość dopełniały piękne, czarne pantofle z zamszowego materiału.
- Chodźmy już – odezwała się znowu i złapała Michelle za dłoń, po czym opuściły komnatę i ruszyły w stronę ogromnych schodów. Po drodze słychać było już dźwięki biesiady – potężne, gardłowe śmiechu mężczyzn, delikatne chichoty zawstydzonych kobiet oraz pobrzękiwanie butelek pełnych różnych alkoholi. Grała też muzyka, lecz bardzo delikatnie i zatracała się w dźwięku wytwarzanym przez całe towarzystwo.
Schody w dół ciągnęły się długo – Dom Mroku był wysokim na wiele metrów budynkiem, a salę balową i komnaty dzieliło wiele kamiennych stopni. Mimo lekkiego uczucia schodzenia ze schodów, gdy Michelle w końcu stanęła na ostatnim z nich poczuła, że chyba znowu zemdleje.
Sala balowa nie robiła aż takiego dużego wrażenia, jakby można było się spodziewać – było to zwyczajne, ogromne pomieszczenie pełne wielu lamp i z ładnie wykończoną podłogą, ale nic poza tym. Klimat zdecydowanie bardziej tworzyli jej goście – było ich naprawdę sporo, ale dało się odczuć, że była to biesiada zamknięta; ludzie zachowywali się kulturalnie i wszyscy trzymali się w małych kręgach, tworząc elitę dworu. Nie było tu miejsca dla zwykłych prostaczków – mimo ogromnej miłości, jaką Bogowie darzyli swoich poddanych, ci najbiedniejsi z nich nigdy nie byli zapraszani na tego rodzaju uroczystości.
‘Sama jeszcze niedawno byłam jedną z nich’, pomyślała, myśląc o biednych ludziach koczujących pod Domem. Nie zamartwiała się jednak długo – Florence szybko zaprowadziła ją do reszty Strażników, którzy w tej chwili zebrani byli dookoła wazy z ponczem.
Wszyscy byli odpowiednio wystrojeni do okazji – choć widać było, że wystroili się od niechcenia. Żaden ze Strażników by tego nie przyznał, ale ich także zmęczył trening i długa wędrówka. Jakby nie patrzeć, wciąż posiadali te same nogi i płuca co reszta śmiertelników. Przez to wszystko, ich stroje nie zrobiły na Michelle zbyt dużego wrażenia i nie zwróciła na nie większej uwagi. Shale ubrała się kolorystycznie do koloru włosów, zdobiąc ciało prostą, czerwoną szatą; Devena w ciemnym płaszczu wciąż spowijała atmosfera mroku, a najjaśniejszym punktem całej biesiady były zdecydowanie kreacje Zamyry i Camdena. Para najstarszych Strażników miała niezwykle wyczucie stylu – Zamyra zamieniła lśniącą zbroję na białą suknię z prostym krojem, który świetnie zaznaczał jej piękne włosy i plecy, Camden za to postawił na wzorzystą koszulę w zimowych barwach. Oboje wyglądali wprost olśniewająco. Przeszło jej przez myśl, że pewnie są parą, ale przypomniała sobie słowa Florence o zakazie intymnych kontaktów między Strażnikami. Ta kwestia nie dawała jej spokoju.
- Dziękujemy serdecznie za twoje miłe słowa, Strażniczko Michelle – odpowiedział Camden, gdy Michelle wychwaliła ich stroje. Chwilę później podał Michelle potężny kufel żółtego napoju – Czy wszystko jest już w porządku? Mamy posłać po kolejnego medyka?
- Nie będzie już takiej potrzeby – poncz był wyśmienity; łapał świetną równowagę między kwasowością i goryczą, a słodkim, letnim posmakiem, który piło się lekko niczym świeżo wyciśnięty sok owocowy – Bardzo dziękuję za waszą troskę i pomoc. Nie wiem, co bym bez niej zrobiła.
- Niepotrzebne dzięki. W końcu jesteś teraz jedną z nas. Czy zechcesz towarzyszyć mi w tańcu?
Ochoczo się zgodziła. Camden poruszał się z niezwykłą lekkością i gracją, jak na swój wiek – taniec był bardzo żwawy i energetyczny. Była to szybka piosenka grana przez okolicznych grajków, stojących na samym środku sali. Była pewna, że słyszała dźwięk lutni, ale nie skupiła się na tyle, by rozpoznać resztę użytych instrumentów.
- Chciałem z tobą porozmawiać, gdyż chcę mieć pewność, że na pewno rozumiesz, czym jest Dom Mroku. Nie jest to zwykły kościół czy świątynia do oddawania czci – ani, tym bardziej, przeznaczona dla nas siedziba z wpadająca w ucho nazwą – zaśmiał się z własnego żartu – To niezwykłe miejsce. Jedyne takie w całej galaktyce. Bogowie wybrali własną naszą planetę, naszą ziemię i naszych ludzi, dając nam możliwość zbudowania tego cudu. Jestem pewien, że sama poczułaś w swoich żyłach jego moc w momencie przekroczenia progu.
Skinęła głową na potwierdzenie.
- Nie będę cię okłamywał, drogie dziecko. Bycie Strażnikiem nie jest łatwe. Chciałbym, by było tak usłane różami, jak przedstawiają to w opowieściach, ale tak nie jest. Musimy dokonywać wyborów, które często kłócą się z naszymi poglądami – ponieważ nikt inny nie zrobi tego za nas. Oczekuje się od nas sprawiedliwości i siły wykraczającej poza nasze możliwości. Ale postępowanie tą drogą nie jest także tylko i wyłącznie trudnością – wiesz, jaka jest najważniejsza cecha, jaką musisz zapamiętać, by wytrwać i zostać zapamiętana w dziejach jako dobra Strażniczka?
Nie wiedziała. Czy chodziło o odwagę? Odwagę do walki, nawet kiedy sytuacja jest beznadziejna? Czy może bardziej o intelekt, by zapobiec jak największej ilości sporów dzięki bystrym wyjściom z sytuacji? Strażnicy musieli posiadać wiele cech służących za przykład dla innych i ciężko było wybrać jedną z nich. Być może miał także na myśli waleczność – odwaga i intelekt zdadzą się na nic, jeśli Strażnik nie będzie w stanie udowodnić swoich umiejętności na polu bitwy. Pokręciła przeczącą głową, po czym udzielił jej odpowiedzi:
- Pokora. Pokora wobec woli boskiej i przestrzeganie ich zasad. Jesteśmy niczym więcej, jak tylko boskimi pośrednikami, a pokora to najlepszy sposób na przypomnienie o tym ludziom. Wyroki boskie są wszystkim – źle dzieje się z tymi, którzy idą im na przekór. Dlatego to jest najważniejsza lekcja, jaką musisz zapamiętać i przyswoić. Słowo boskie jest święte i stanowi prawo. Jeśli kiedykolwiek przyjdzie ci się do głowy, że jesteś mądrzejsza od nich i zasady cię nie dotyczą, wróć myślami do tej rozmowy. Tu chodzi tylko i wyłącznie o twoje dobro, młoda Strażniczko. Rozumiesz, o czym mówię?
- Oczywiście – odpowiedziała bez większych emocji.
- Dobrze. Jutro, po solidnym odpoczynku, kontynuujesz szkolenie. Już poinformowałem o tym Rapheala.
- Czy koniecznie musi prowadzić je…
- Oh, wybacz mi moja droga, lecz widzę że Zamyra porwała się z motyką na słońce, dolewając tyle ponczu w połączeniu z naszym słynnym, mocnym winem. Potrzebuje mojej pomocy.
- … Rapheal – dokończyła niemrawo, gdy Camden już się oddalił. Westchnęła głęboko i ponownie przechyliła kufel w stronę ust. Poncz bardzo jej zasmakował – osłodził słowa Camdena, który były dla niej bardzo gorzkie. ‘Zakazany owoc’. Odszukała wzrokiem Florence.
- O czym rozmawialiście?
- Typowe zrzędzenie na powitanie – odpowiedziała Michelle i obie zachichotały.
- Jak się bawisz do tej pory, Michelle Glowstar? – zapytała Florence ponętnie z iskierkami w czarnych oczach.
- Świetnie, ale czuję, że mogę jeszcze lepiej – Michelle złapała ją za rękę i oddaliły się w górę schodów. Gdy ponownie znalazły się w komnacie, Michelle złapała kosmyk włosów dziewczyny między palce i pogładziła go delikatnie.
- Twoje włosy są przepiękne. Cała jesteś przepiękna.
- No proszę, ktoś tu wypił zdecydowanie za dużo ponczu – zaśmiała się Florence, lecz nie odsunęła się.
Nie była to prawda. Michelle nie była pod wpływem alkoholu – jedynie pod wpływem swoich pragnień, które przejęły nad nią kompletną kontrolę. Nie mogła już dłużej się powstrzymać.
‘Zakazany owoc’
- Chcę to zrobić, odkąd tylko cię ujrzałam – powiedziała Michelle i, wciąż błądząc dłonią we włosach, połączyła swoje jasne, kremowe usta z intensywnie czerwonymi ustami Florence. Strażniczka była od niej nieznacznie wyższa, więc wymagało to płynnego ruchu stanięcia na czubkach palców. Smakowała jak krew, pot i cukier.
I gdy już myślała, że właśnie niewiarygodnie się ośmieszyła i jej przepiękna sekunda dobiegła końca, Florence oddała pocałunek.
Podziękowania dla autora posta:
Nillay
Nillay

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 20223$
Podziękowania: 5785
Posty: 3556
ocenił na: 0
onegdaj

To słowo.

najlepiej z dala od towarzystwa Raphaela.

Pewnie i tak na końcu będą razem. xD

Uważam, że ciekawość to nic złego. Sama bywam ciekawa wielu rzeczy – wypowiedziała te słowa bardzo wolno, a z każdym kolejnym akcentowała je coraz bardziej. Michelle odsunęła się szybko i ruszyła w kierunku szafy.

Albo z nią. Tak, czy tak zgrzeszy.

Oh, jednak zgrzeszyła xD Teraz czeka ją kara.

W sumie nie za wiele cytatów, bo się za bardzo wciągnąłem w czytanie. Wyczuwam trójkąt. Tę część historii chyba wolę najbardziej. :D

Do zobaczenia za rok, gdy dodasz kolejny rozdział! :) :) :)
_____
www.facebook.com/MojaDubWalka
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBI
Sygnatura•••
Podziękowania dla autora posta:
Duplo65