Zaloguj
Duplo65

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 529$
Podziękowania: 1922
Posty: 3834
Ostrzeżenia: 2/7
ocenił na: 0
Taka notka dla kogoś, kto chciałby zacząć czytać - nie można edytować tu postów, a kilka rozdziałów jest trochę poprawionych przez moje częste mylenie kolorów oczu, a nawet i poważniejszych faktów, więc jak ktoś zechce czytać wszystko od nowa niech zacznie tutaj - www.dommroku.blogspot.com/
Podziękowania dla autora posta:
Nillay
Duplo65

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 529$
Podziękowania: 1922
Posty: 3834
Ostrzeżenia: 2/7
ocenił na: 0
Rozdział 20

--

Mała notka od autora - nie jest to 'Maski, cz. 2', ponieważ akcja dzieje się przed wydarzeniami ze wcześniejszego rozdziału. Poprawna kontynuacja będzie w rozdziale 21.

--

Nathaniel siedział w malutkim pokoiku w drewnianej chatce. Podrapał się po głowie i ziewnął, zasłaniając usta rękawem bluzy. Prychnął ustami ze znudzenia i opadł ciężko na poduszki twardego łóżka.
Chatka była jedną z ich kryjówek. Od jakiegoś czasu razem z Crystal dużo podróżowali. Głównie były to dawno niezamieszkane już domki w wioskach lub mniejszych miastach, jednak wczoraj przenieśli się do jednego w Beverly Hills. A wszystko przez Hayley Hoover.
"Hej, zobacz" mruknął Nathaniel i pokazał Crystal kolorowy wyświetlacz telefonu - "Hoover urządza imprezę w tej swojej fikuśnej willi".
Przeleciała wzrokiem po tekście i zmarszczyła brwi. Uśmiechnął się. Zawsze tak robiła, gdy nas czymś intensywnie myślała.
Jednak gdy sekundę później poinformowała go, że natychmiast jadą do Beverly Hills, nie było mu już do śmiechu.
Kilka godzin później znajdowali się w drewnianym domku na obrzeżach miasta. Jak zwykle jakieś zadupie ze słabym zasięgiem i twardymi łóżkami.
Powoli zaczynało go to męczyć. Gdy wszyscy zatrzymali się u Hoover mieli kilka dni świętego spokoju, jednak Hayley-Srayley wpadła na genialny pomysł zrobienia dużej imprezy.
A Crystal, jak zwykle, zamierzała to wykorzystać.
Sięgnął po zegarek.
A no tak, to g**no nie pokazuje godziny. Zaczął się histerycznie śmiać.
Znalazł jakiś super odlotowy zajebisty zegarek nie z tej planety, który nie pokazuje godziny.
Tęsknił za willą w Nowym Jorku. Duże pokoje, wygodne (!) łóżka i co najważniejsze - święty spokój.
Ah, spokój.
Nie twierdził, że to całe 'poszukiwanie skarbów' go nie nakręcało, jednak nie interesował się tym tak obsesyjnie jak Crystal. Za dużo niewygodnych podróży.
'Gdzie ona właściwie jest?'
A, tak. Szuka jakiegoś stroju na tę imprezę.
Przetarł knykciami oczy i spojrzał na migotający wyświetlacz telefonu.
‘Trochę jej to zajmuje’
Po kilku leniwych minutach stanęła w progu malutkiego pokoju Nathaniela, głośno stukając obcasami.
- I jak? – spytała Crystal i przerzuciła grzywkę na drugą stronę niczym księżniczka.
Spojrzał na nią.
Długie, ciemne włosy starannie wyprostowała, co było nowością, gdyż zazwyczaj spinała je na karku. Mgliste, szare oczy wydawały się jeszcze bardziej szare przez srebrną kurtkę dżinsową, którą narzuciła na smukłe ramiona. Do tego miała złotą spódniczkę sięgającą nieco powyżej kolan. Niżej założyła srebrne podkolanówki, a na nie czarne kozaki z wysokimi obcasami.
Jednym słowem: wow. Niewiarygodne, pomyślał Nathan. Niewiarygodne, co może z człowiekiem zrobić makijaż i odpowiednio dobrane ubrania. Drobnej budowy ciała Crystal wydawała się teraz kimś zupełnie innym. Jej oczy, zazwyczaj małe i szare bez żadnych ozdóbek teraz były duże, a z odpowiedniej odległości można było uznać, że są srebne niczym lód. I zimne. To idealnie pasowało do jej charakteru.
- Już skończyłeś się gapić? – zadrwiła, choć wcale jej to nie przeszkadzało.
Z kolei Nathanowi wcale a wcale nie przeszkadzał ten strój. Ba, mogła się tak ubierać częściej.
- Wyglądasz fantastycznie – powiedział głosem ociekającym sarkazmem i uśmiechnął się najszerszej, jak potrafił.
- Oh, zamknij się – powiedziała i rzuciła w niego leżącą najbliżej poduszką. Zaczął się śmiać.
Po chwili ona również.
Jej śmiech wydawał mu się dziwny. Pewnie dlatego, że ostatnio niezbyt często go słyszał.
- A jak tam uzbrojenie? Znowu pochowałaś w ubraniu dwadzieścia noży?
- Jeden w kozaki, rękawie, z tyłu spódnicy, a jeden.. – uśmiechnęła się prowokująco – Sam sprawdź, gdzie.
Położyła się obok Nathaniela i zaczęli się całować. Włożyła rękę w jego bujne, gęste włosy, a on zaczął szukać czwartego noża.
**
Luke Hoover śnił.
Znajdował się w dziwnym, pięknym zamku, prawdopodobnie na jakiejś uczcie. Ludzie (ludzie?) pili, jedli przeróżne potrawy i śmiali się z przeróżnych dowcipów.
Czuł się obco. Kobiety miały długie, niekiedy sięgające kostek suknie. Niektóre nawet były nagie. Mężczyźni nosili kolorowe szaty, choć niektórzy mieli też coś na wzór garniturów i smokingów – jednak nie do końca wyglądały one tak, jak Luke pamiętał. Były szersze i luźniejsze w wielu miejscach, do tego uszyte były z innego, lekko świecącego materiału. Dziwnie.
Luke ponownie się rozejrzał. Coś mu nie pasowało w tym miejscu. Wydawało się nierealne, takie, jak ludzie wyobrażają sobie podczas czytania książki – niby istnieje, a jednak nie. Jakby ktoś patrzył na nie przez brudne szyby.
Spojrzał na siebie. Jego podświadomość ubrała go tak, jak pamiętał i zawsze sobie wyobrażał – obdarte dżinsy, zielona koszula wojskowa i czarne buty z lekko wyblakłymi, czerwonymi sznurówkami. Jedna ze służących postawiła przed nim tacę kolorowych owoców. Przełknął ślinę i przejrzał swoją twarz w odbiciu złotej tacy.
Blond włosy lekko zakrywały mu uszy jak czapka, jednak tam, gdzie spodziewał się ujrzeć oczy znajdowały się okrągłe, puste białka. Wzdrygnął się i taca upadła mu z rąk.
Szybko ją podniósł, by nie wzbudzić podejrzeń. Odetchnął ciężko.
Kilka miejsc na prawo od niego jakaś dziewczyna coś mówiła. Starał się wychwycić słowa w gwarze szeptów i głośnych rozmów.
„Michelle… Złotowłosa… doliny Riverwind”
Zmarszczył brwi. Te słowa upewniły go w przekonaniu, że to jedna z tych dziwnych wizji, które miewał od jakiegoś czasu.
Gdy dziewczyna skończyła mówić, skinęła głową i usiadła. Teraz z kolei odezwał się barczysty mężczyzna siedzący naprzeciwko niej.
Niewiele zrozumiał, jednak zdawało mu się, że usłyszał jakieś imię. Eduardo czy coś. Pokręcił głową zrezygnowany. Stąd nic nie usłyszy. Musi podejść bliżej.
Gdy już miał wstać, nagle stało się coś dziwnego. Wszystkie potrawy ze stołu, łącznie z jego tacą z owocami zaczęły wznosić się w powietrzu.
Luke zamrugał. Wszystko kontrolował chłopak stojący po jego lewej. Na palcu miał pierścień, który wyglądał identycznie jak ten Hayley. Widział go i jego działanie jeszcze zanim stracił wzrok. Zmarszczył brwi. Spojrzał na twarz chłopaka. W jego oczach mieszała się pycha, determinacja i lekkie rozbawienie.
Po chwili wszystko leżało już na swoim miejscu. Rudowłosy chłopak z pierścieniem uśmiechał się półgębkiem, kilku gości zaczęło delikatnie klaskać. Przez ogólny hałas znowu nie dosłyszał słów, jednak po chwili złotowłosa dziewczyna zemdlała i zsunęła się z drewnianego krzesła delikatnie jak kropla deszczu spływała bezszelestnie po liściu.
Po tym zdarzeniu już bez problemu usłyszał dobrze słowa, ponieważ wszyscy umilkli.
- Zabrać ją – powiedział chłopak od pierścienia; jego rude włosy lekko zafalowały, gdy skinął głową w stronę uzbrojonych strażników stojących przy wyjściu z Sali. Ruszyli w jego stronę ciężkim krokiem i z głośnym hałasem elementów zbroi podnieśli niedbale dziewczynę. Jeden z nich, bardziej umięśniony zarzucił ją na ramię niczym worek ziemniaków i wyszedł z komnaty. Reszta zrobiła to samo.
- Wciąż nie podoba mi się ten pomysł, Raphaelu – odparł starszy mężczyzna w fioletowym garniturze. Chłopak (który najwyraźniej nazywał się Raphael) odpowiedział mu z nutą rozbawienia w głosie.
- Musimy spróbować. To już trzecia. Padają jak kaczki, Camdenie, i wszystko co robimy nic nie zmienia. Tym bardziej nie mamy nic do stracenia.
Mężczyzna schylił brodę i westchnął, po czym ruszył w stronę innych drzwi.
Nagle wszystko się urwało i w ułamek sekundy Luke znalazł się w rzeczywistości.
Ciemnej rzeczywistości.
Odgarnął kołdrę i przetarł oczy. Skarcił się w myślach.
‘Nic ci to nie da, ślepcu’.
Spróbował przywołać w myślach obraz pokoju.
Mniejsze szczegóły typu w którym kącie pokoju znajdował się odkurzacz lub gdzie dokładnie leży lampka powoli zanikały w jego pamięci niczym piasek przez palce, jednak resztę widział dobrze. Dotykiem wyczuwał ulubione ubrania lub buty. Odkąd stracił wzrok starał się jak najmniej korzystać z pomocy Hayley mimo jej nalegań i koniec końców wyszło mu to na dobre. Jednak było trudno.
Czasami się zastanawiał, jak opowie komuś swoją historię. Typu ‘Ostatnim co widziałem był zachód słońca nad srebrzystym morzem’
g**no prawda.
Ostatnie, co widział Luke to zamoczony w jego własnej krwi nóż oraz płaczące oczy siostry.
Wstał z łóżka i po omacku znalazł ubrania na krześle obok. Po kilku nieudanych próbach, typu koszula tył na przód, wygramolił się z łóżka i z głośnym ziewnięciem ruszył do drzwi. Zatrzymał się przy biurku i kliknął przycisk na zegarku elektronicznym.
‘TERAZ JEST DZIEWIĄTA DWADZIEŚCIA TRZY’ – wydukał mechaniczny głos.
‘Pewnie wszyscy jeszcze śpią’, pomyślał. Znalazł metalową klamkę i przyciągnął ją do siebie, po czym powoli wyszedł z pokoju.
Miał rację – w całym domu panowała cisza. Po wyjściu z łazienki minęła dłuższa chwil, nim znalazł kuchnię. Niemal idealnie mógł sobie wyobrazić swój pokój, łazienkę i kuchnię, jednak korzy starze wciąż stanowiły problem. Źle oceniał odległość, do tego były to duże przestrzenie, których wciąż się bał. Schody już były prostsze, choć wciąż nie mógł wyzbyć się wrażenia, że kiedyś po prostu poślizgnie się lub straci równowagę i tak to się skończy. Żałosny koniec żałosnej osoby.
Powoli otworzył lodówkę i wyjął talerz ze śniadaniem, który sobie wcześniej przygotował. Może i był żałosny, ale nie mógł znieść myśli, że młodsza siostra miałaby jeszcze robić mu śniadania lub coś tym rodzaju. Jedną z niewielu rzeczy, które mu wychodziły po utracie wzroku było gotowanie. To dziwne, bo przed wypadkiem niespecjalnie za tym przepadał. Ale było to w pewien sposób relaksujące. Dźwięk talerzy i garnków, odgłos smażenia na patelni, zapach różnych przypraw i możliwość tworzenia tego, co się chce. A później dźwięk mlaskającej z zachwytem Hayley. Tyle mu wystarczało do szczęścia. Zadziwiające, jak po jakimś czasie można docenić proste rzeczy.
Wziął się do roboty. Najpierw przygotował proste, owocowe galaretki. 6 sztuk. Odstawił je na parapet, by ostygły przed obudzeniem się reszty. Napełnił 6 krystalicznych szklanek mrożoną herbatą różnych smaków, wrzucił kilka kostek lodu i wycisnął cytrynę, a wszystko zamieszał plastikowymi rurkami.
To powinno wystarczyć. Jednak kiedy już znalazł się w kuchni, trudno mu było przestać. Pociął parę jabłek na połówki i posypał je lekko cukrem i cynamonem. Na szczęście tym razem pamiętał, gdzie jest cukier – wątpił, by Hayley ponownie chciała spróbować jabłka posypane pieprzem. Odetchnął, zadowolony z siebie. W zasadzie nie zrobił nic, czego nie potrafiłoby pięcioletnie dziecko i ciężko było nazwać to gotowaniem, był jednak zadowolony z siebie.
Napełnił czajnik i wstawił wodę na kawę, po czym ziewnął.
- Dobre jabłka – usłyszał dziewczęcy głos i urocze chrupanie. Włosy na całym ciele stanęły mu dęba.
- Od jak dawna tu jesteś? – spytał nie wiedząc, do kogo właściwie się zwraca.
- Parę chwil – chrup – Obserwowałam Cię – chrup – A te – chrup – jabłka – chrup- naprawdę są dobre.
‘PIP’, usłyszał głos czajnika.
**
Chrup, chrup.
- Jezu, zaraz zjesz wszystkie – skarcił dziewczynę Luke.
Odpowiedzią było: chrup.
Złapał się za głowę z głębokim westchnięciem.
- Kurcze, już nie ma – Alicja wydała jęk rozczarowania i złożyła ręce na piersi – Masz coś jeszcze?
- Galaretki stygną, ale pewnie znajdziesz coś w lodówce – mruknął – Czy wszystkie dziewczyny tak dużo jedzą?
Zachichotała.
- Wybacz, byłam głodna.
‘Naprawdę?’
Usłyszał kapcie Alicji człapiące do lodówki.
- Więęc – otworzyła szeroko drzwi – Zawsze z samego rana przygotowujesz śniadania? – zważyła w dłoni czerwony jogurt i zaczęła mu się przyglądać.
- Zazwyczaj tak – wzruszył ramionami – I tak nie mam nic do roboty, Hayley zazwyczaj śpi do południa.
- Oh… Hayley – Alicja zmieniła tom i zaczęła mocno ściskać plastikowe opakowanie z jogurtem.
‘BFF’ – pękło, a czerwona maź pobrudziła jej palce i spływała na podłogę.
- O, szlag – zaklęła.
- Coś się stało? – usłyszała głos Luke’a.
- Ah, nic takiego – Alicja przemyła ręce w kranie i zaczęła wycierać resztki jogurtu z podłogi – Ciężko uwierzyć, że ktoś kto nigdy nie widział świata tak sprawnie radzi sobie w kuchni – zagadnęła.
- Taa… - zakłopotany chłopak zaczął drapać się po głowie – Czyli już wiesz.
- Hayley mówiła – przełknęła ślinę, powstrzymując wymioty – Nie rozumiesz, czemu mnie okłamałeś. Pewnie zapłaciłeś też tamtym ludziom by udawali, że się nad tobą znęcają.
- Właściwie to byli aktorzy. Hayley dba o szczegóły.
- Więc w to też zamieszana jest Hayley. Oczywiście – Alicja złapała się za głowę.
- Jak już wspomniałaś o tamtej rozmowie… - zaczął Luke, jednak w połowie się zawahał. Czy powinien jej powiedzieć o śnie? Alicji ufał najbardziej z tej całej gromadki, która przyjechała. Może dlatego, że z resztą nie zamienił ani słowa.
- Taak? – spytała i wzięła do ręki waniliowy jogurt. Otworzyła wieczko i zaczęła szukać w szufladzie odpowiedniej łyżki – Co z nią?
- No.. – starał się dobrze dobrać słowa – Miałem dzisiaj sen.. coś na zasadzie wizji… Tak jak tamten z medalionem…
- Co?! – jogurt wyleciał jej z ręki i rozlał się na podłodze – Noż…
**
- Ty… widziałeś to? – spojrzała na niego z szeroko otwartymi, miętowymi oczami – Ale jak…
Streścił jej dokładnie swoją wizję.
- Wszystko to było tak jakby przez… przetłuszczone okulary. Niby wszystko widziałem, ale było to tak jakby przez mgłę. Ciężko to wyjaśnić.
- Myślisz, że ktoś mógł otruć tę dziewczynę? – Alicja pokręciła głową – To dziwne… Jak jakiś serial.
- To wszystko było takie realistyczne – Luke przeczesał ręką włosy. Alicja lekko się uśmiechnęła. Jak widać, to u nich rodzinne – Ale jednocześnie takie… dziwne. Jakbym nie widział tego bezpośrednio, tylko za pośrednictwem czegoś.
- Ale… - Alicja znowu pokręciła głową – To nie ma sensu. Ja mam medalion, a ty… - Spojrzała na jego zawstydzony, czerwony policzek – Wiedziałam! Coś mi nie pasowało w tej lasce, gdy pomagałam ci wstać z ulicy.
- Nie powinienem… Hayley… - nie widział, ale czuł na sobie ciężkie spojrzenie Alicji – Dobra…
Wziął głęboki oddech i rozprostował prawą rękę. Po chwili z szybkim ‘szuu’ w stronę jego otwartej dłoni popłynęła z prędkością światła drewniana laska. Alicja zmarszczyła brwi. Nie ‘wyczarował jej’, tylko dosłownie przyleciała do jego dłoni z pokoju obok.
Była piękna. Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, ale faktycznie nie wyglądała zwyczajnie. Przy rękojeści osadzone miała malutkie, czerwone rubiny. Wykonana była podobnie jak różdżka Ethana, jednak wydawała się mocniejsza, potężniejsza – przy tej lasce wyglądała ona jak zabawka. Wyglądała, jakby była wykonana z białego drewna, jednak miała charakterstyczny dla Przedmiotów niebieski połysk.
Luke zamachnął się nią w powietrzu i przybrał pozę Gandalfa Szarego, a drugą rękę skierował w stronę zdezorientowanej Alicji.
- Złap mnie za rękę.
Pokręciła ustami.
- Czy to jakaś forma podrywu dla niewidomych? Bo jeśli tak, to…
Prychnął z uśmiechem.
- Po prostu złap mnie za rękę.
Posłuchała i oczekiwała w napięciu. Musi się przygotować. Może to coś jak Świstoklik i musi mocno się skupić, by nie wylądować na ziemi przy lądowaniu. Może poczuje coś jak morska bryza i wyląduje w samym środku gęstej, magicznej mgły. Zacisnęła mocno powieki. A może..
- Zamierzasz otworzyć oczy te oczy czy co? – usłyszała głęboki głos Luke’a.
Otworzyła i… znalazła się w jakimś pokoju.
Żadnej mgły ani fajerwerków.
- Tak po prostu? – spytała zdziwiona.
- A czego się spodziewałaś? – odpowiedział pytaniem na pytanie i uśmiechnął się, odsłaniając białe zęby.
- Nie wiem. Jakieś to za proste – mruknęła rozczarowana. Zdała sobie sprawę, że wciąż trzyma Luke’a za rękę – Hej.. – zaczęła, nie zdążyła jednak powiedzieć nic więcej; znowu znaleźli się w kuchni.
- Rozczarowujące – mruknęła znowu.
- Właśnie przenieśliśmy się do mojego pokoju i z powrotem w mniej niż 10 sekund, a ty mówisz że to rozczarowujące?
- W erze seriali i Internetu takie rzeczy to nic wielkiego. Powinieneś bardziej poćwiczyć.
- Pft – prychnął naburmuszony, a Alicja zachichotała.
- Żartuję – szturchnęła go w ramię – Będę lecieć, bo w sumie jeszcze wcześnie. Do zobaczenia później – powiedziała i wyszła z kuchni z uśmiechem – Fajnie się z tobą gadało.
- Z tobą też – powiedział i pomachał jej.
Westchnął i znowu przeniósł się do swojego pokoju. Oparł laskę o ścianę i położył się na łóżku ze słuchawkami w uszach.
**
„TERAZ JEST DWUNASTA DZIESIĘĆ’
Zakradł się po cichu i przysunął uch odo drzwi prowadzących do kuchni.
- Dobra galaretka, Hayley – usłyszał mlaskający głos.
- Nigdy nie jadłam z morelami. Świetna.
- Ta herbata też niezła.
- Dzięki – usłyszał skromny głos tej żmii swojej siostry.
- Więc dzisiaj ta impreza, ta?
- Planowałam dzisiaj, ale…
Luke odszedł z uśmiechem na ustach.
**
- Nie wiem, czy to dobry pomysł.
Ethan przewrócił oczami.
- Wkurzy się, jak nikt jej nie obudzi na czas. Zresztą już tu jesteśmy. Zrób coś.
- Ja? To był twój pomysł.
- Tchórz – Ethan podrapał się po głowie – jesteś tchórzem, wiesz?
- Wydaje mi się, że szeptanie nad jej głową to niezbyt dobry pomysł. Dlaczego? Hmm, niech pomyślę… Znowu twój.
- Masz rację – odsunęli się trochę.
- Słyszysz ten dźwięk? – spytał po chwili ciszy Cade.
Ethan zbliżył się do śpiącej Samanthy i zmrużył oczy.
- Ta.. – delikatnie wyjął jej z uszu białą słuchawkę – słucha muzy… - Delikatnie wsadził ją do ucha – Oż cholera.
Wyjął jej telefon razem z głośnymi słuchawkami i podał Cade’owi – Uwierzysz że ona z tym spała?
Cade nerwowo podrapał się po rękawie swetra i też zbliżył słuchawkę do uszu.
- Jezus!
- Co nie?
- jak ona może spać w takim hałasie? – oddał słuchawkę Ethanowi – Nie do wiary.
- Hmm… - Ethan podrapał się po brodzie i zaczął rozglądać się po pokoju – Mam pomysł – podszedł do ogromnego głośnika – Boję się zapytać, po co Hayley ten głośnik, ale może się przydać.
Odwrócił go w stronę Samanthy i zaczął podłączać jej telefon kablem USB.
- Zwariowałeś? – skarcił go Cade – Chcesz wszystkich obudzić?
- Obawiam się, przyjacielu, że to jedyne wyjście – Ethan z poważną miną poklepał go po ramieniu. Ustawił głośność na maksimum i zatkał uszy. Cade zrobił to samo. Potem podłączył go do prądu.
Z głośnika wybuchła fala muzyki. Cade mógł nawet przysiąc, że prawie wyrwała mu ona włosy na całym ciele. Ethan zacisnął w napięciu powieki i zrobił głupią minę.
Po paru sekundach odłączył głośnik i odetchnęli.
- To było mocne.. – powiedział Cade i zaczął dyszeć, jakby właśnie przebiegł maraton.
- Nie wiem czy kiedykolwiek coś usłyszę ale zdawało mi się, że coś słyszałem – Cade złapał się za głowę – Widzisz? Mój mózg też ogłuchł.
Samantha tylko zamruczała przez sen i obróciła się do nich plecami.
- Niewiarygodne… - Ethan opadł zrezygnowany na podłogę – NIEWIARYGODNE.
- Ahh – Samantha przeciągnęła się sennie i zaczęła wąchać – Śmierdzi mi tu d**ilem – spojrzała na Ethana – CO TY TU ROBISZ?
- Aj – pisnął i wybiegł z pokoju.
***
Cade z niepokojąco wielkim guzem na głowie wyszedł na korytarz chwilkę później.
Sięgnął obolałą dłonią po telefon i przeczytał wiadomość. Uśmiechnął się i ruszył schodami w dół.
Wszedł do wielkiej Sali.
- Lał – cicho gwizdnął z zachwytu – Ogromna.
***
Co za ułomy – Samantha ziewnęła i przekręciła się na drugi bok. Zamruczała i położyła się na plecy.
- Cholera – warknęła w stronę sufitu – Gdzie jest muzyka?
Przetarła oczy. Zauważyła na podłodze biały kabel od słuchawek. Telefon podłączony był do… ogromnego głośnika skierowanego w stronę jej łóżka.
- Pewnie sprawka tych d**ili – machnęła zielonymi paznokciami i zarzuciła jedno ramię na drugie, starając się zasnąć. Nic z tego.
- Niech ja ich tylko dorwę.. – rzuciła nerwowo i szybkim ruchem wygramoliła się z łóżka. Nacisnęła czerwony guzik na niebieskim zegarku elektronicznym.
‘TERZ JEST DZIESIĄTA PIĘĆDZIESIĄT DWA’
Ziewnęła znowu i zaczęła grzebać w małym kredensie. Większość jej ubrań została w specjalnej garderobie na planie. Do wyboru miała więc jedynie ten sam strój, którzy przeżył pożar i jakieś pieprzone czary. Westchnęła. Hayley pożyczyła jej kilka podkoszulek, jednak niespecjalnie wpasowały się one w gust Samanthy. Najmroczniejszy kolor, jaki znała Hayley to pomarańcz, więc nic dziwnego.
Po chwili wahania ubrała na czerwoną bieliznę pomarańczową koszulkę (ugh) i ‘lekko’ postrzępioną skórę. Po chwili naciągnęła na nogi też ‘troszkę’ spalone dżinsy.
Stanęła przed lustrem. Jej blond zmieszane z czarno-zielonymi pasemkami włosy też potrzebowałyby lekkiego odświeżenie. Choć w sumie, pomyślała, takie lekko zaniedbane są urocze.
Sięgnęła po czarną kosmetyczkę i zaczęła się malować.
Gdy skończyła, odłączyła telefon od głośnika i schowała go do kieszeni. Zmierzwiła włosy szybkim ruchem dłoni i wyszła z pokoju ciężkim krokiem glanów.
Mijając różne zdjęcia i obrazy na korytarzu przypomniała jej się wczorajsze zdarzenie i dziwny hałas pochodzący ze studni.
‘Po co im w ogóle ta studnia’, pomyślała. Jak zapytała o to Hayley odpowiedziała jej, że co kilka dni przyjeżdżają specjalni ogrodnicy ze sprzętem i podlewają ogród, a studnia jest od niedawna nieużywana i służy wyłącznie jako ozdoba. To jeszcze bardziej zdziwiło Samanthe.
Gdyby ktoś wciąż z niej korzystał mogłaby przypuszczać, że po prostu trwają jakieś prace czy coś. Teraz wydawało się jej to jeszcze dziwniejsze.
Zatrzymała się tuż przed kuchnią z kamienną miną. Usłyszała ciche łkanie i wydmuchiwanie nosa.
- Jamie? – Samantha szybko podbiegła do przyjaciółki. - Jamie! Co się stało?
Jamie spojrzała na Samanthę czerwonymi od łez oczami. Cała dygotała.
-C.. Co t-ty tu robisz? – powiedziała nosowym głosem i przetarła oczy.
- Co się stało? – Samantha wyciągnęła paczkę chusteczek (z naklejką czaszki, ale teraz nie będzie się tym przejmować) i położyła kilka pod nosem Jamie – Wiesz co? Ochłoń trochę, a ja wstawię wodę na herbatę. Malinową. Twoją ulubioną. – Samantha uśmiechnęła się pocieszająco i ruszyła w stronę czajnika.
Jamie skinęła nerwowo głową i starała się odzyskać kontrolę nad ciałem.
Po chwili Samantha położyła przed nią parujący kubek . Malinowy aromat ogarnął całą kuchnię. Jamie mogłaby przysiąc, że wszystko stało się różowe. Chuchnęła na napój. To pewnie przez łzy.
Samantha usiadła tuż obok niej i zmusiła się do uśmiechu, choć nie wyglądało to zbyt przekonująco. Jamie starała się powstrzymać drganie wargi i powiek, jednak po chwili znowu wybuchnęła płaczem.
- Przepraszam – załkała i zaczęła wycierać różowy nos chusteczką – Ja po prostu nie mogę tak dłużej.
- Napij się herbaty – powiedziała spokojnie Samantha i dotknęła jej nadgarstka – Spokojnie.
Jamie usłuchała i przyłożyła kubek do ust drgającymi dłońmi. Różowa para wypełniła jej nozdrza boskim zapachem. Samantha odczekała parę minut i odezwała się cicho.
-Możesz mówić?
- Ja… tak myślę – zanurzyła usta w herbacie. Była odrobinę spokojniejsza, jednak Samantha wiedziała, że nie może zbytnio naciskać – Co się stało? – zaczęła ostrożnie.
- Arthur – Jamie wyszeptała – Jak on…
- Dzwonił czy coś?
- I właśnie o to chodzi, że nie. Jak on – wzięła głęboki wdech, powstrzymując łzy – Jak on mógł mi to zrobić, Sam?
- Co masz na myśli? – Samantha siorbnęła, popijając swoją herbatę.
- Po prostu odszedł. Bez słowa. Dlaczego? Dlaczego mi to zrobił?
- Sama nie wiem – Samantha mruknęła – Widziałam was razem. Wydawaliście się szczęśliwi. Pamiętasz tą wiosenną imprezę w Maroku? – zachichotała – Dave nas wkręcił. Wszyscy tańczyli i takie dam, ale nigdzie nie widziałam Arthura i ciebie. Gdy wracaliśmy do limuzyny zobaczyliśmy was – Samantha uśmiechnęła się na to wspomnienie – Leżeliście razem. Opierałaś się o jego bark i strasznie chrapałaś.
- Wiem, że ciężko w to uwierzyć – Jamie też się uśmiechnęła – Ale cały czas gadaliśmy. Prawie całą noc. Uwielbiałam z nim rozmawiać.
- Więc co się stało?
- Nie wiem. Pamiętasz tą imprezę z celebrytami w tym klubie, ‘Music Rlz’? My… pocałowaliśmy się wtedy.
- Jakie to słodkie, rzygam – Samantha udała wymiotowanie. Żałosne oblicze Jamie rozjaśnił lekki uśmiech.
- Próbowałaś do niego dzwonić?
- Próbowałam, Sam, jakieś tysiąc razy. Nigdy nie oddzwonił. – wytarła łzę z policzka – Może coś mu się stało albo ja zrobiłam coś źle? Nie wiem, nie wiem i ta niewiedza mnie dobija.
- Hej, nie obwiniaj się. To nie twoja wina. – Samantha pocieszyła ją – Jeszcze herbaty?
Nie czekając na odpowiedź ruszyła w stronę czajnika. Zazwyczaj nigdy nie rozmawiała z nikim w tak ohydnie słodki sposób. Ale to była Jamie. Jej pierwsza przyjaciółka z całej ekipy. Ona jako pierwsza wyciągnęła do niej dłoń i zaprzyjaźniła się z nią. Wesoła, wiecznie uśmiechnięta Jamie. Aż serce bolało, gdy widziało się ją w takim żałosnym stanie.
Po chwili Samantha usłyszała kroki. Do kuchni weszli uśmiechnięci Cade i Hayley.
- Serio? – Hayle zaczęła się strasznie śmiać – A potem on..
- Ekhm – Cade wskazał Hayley ruchem głowy Samanthę.
- Oh – Hayley zamilczyła – Jesteście tu? Dobrze. Mamy prawie komplet. Zwołajcie resztę.
‘PIP’, rozległ się głos z czajnika.
Podziękowania dla autora posta:
Nillay, ChBa, kardacz, XziomX
Nillay

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 20223$
Podziękowania: 5785
Posty: 3556
ocenił na: 0
Włożyła rękę w jego bujne, gęste włosy, a on zaczął szukać czwartego noża.

Podejrzewam, że w pierwszej kolejności też przeszukałbym to miejsce ;)

Eduardo czy coś.

Obraz

zsunęła się z drewnianego krzesła delikatnie jak kropla deszczu spływała bezszelestnie po liściu.

So poetisch. :)

Czy wszystkie dziewczyny tak dużo jedzą?

ZAZWYCZAJ. :)

Złap mnie za rękę

...na koniec mapy zabierz mnie!
Przynieś mi tęczę!
Ja z tobą znowu latać chcę!

czerwoną bieliznę

Dochodzę do wniosku, że to nie jest tylko jakieś głupie opowiadanie jakiegoś gimbusa, który nie ma przyjaciół i całe dnie przesiaduje przy kompie, tylko poważne dzieło stawiające przed czytelnikiem pytania natury egzystencjalnej. Good on you! :dobrze:

Nie do końca wszystko rozumiem, bo części zdążyłem zapomnieć, ale i tak czekam na kolejny rozdział, choć pewnie przeczytam go po jakimś miesiącu. ;)
_____
www.facebook.com/MojaDubWalka
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBI
Sygnatura•••
Podziękowania dla autora posta:
Duplo65
Duplo65

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 529$
Podziękowania: 1922
Posty: 3834
Ostrzeżenia: 2/7
ocenił na: 0
Rozdział 21
‘Maski, cz 2’
Alicja zamyśliła się.
Od rana stało się kilka dziwnych rzeczy.
Po pierwsze – wizja Luke’a. Co prawda nic nowego się nie dowiedzieli, jednak czuła, że są coraz bliżej, jakby to do czegoś prowadziło.
Po drugie – bardziej przerażające – stwierdziła, że… medalion nic jej nie robi. Pamiętała, gdy założyła go w hotelu Prim i parę godzin później znalazła się na oddziale. Nie chciała sprawiać, jednak dzisiaj rano założyła go znowu. I nic. Jakby nagle stał się zwykłym, pamiątkowym medalionem, w którym nie ma nic niezwykłego. ‘Jasne’.
Z gabinetu rodziców Hayley przenieśli się do jej pokoju. Razem z Jamie przymierzali sukienki – chłopaki zostali w gabinecie. Hayley ubrała jakąś szytą na zamówienie koloru purpury, Jamie bez przekonania wygładzała pomarańczową w tali. Jej błyszczące loki falowały jeszcze bardziej za sprawą jakiejś maszynki, którą pożyczyła jej Hoover, choć sama Jamie nie okazywała zbyt dużego entuzjazmu. ‘Wygląda pięknie’, pomyślała Alicja.
Samej Alicji pomysł imprezy nie bardzo przypadł do gustu. Głupie tańce z Hayley i jej przyjaciółmi, którzy prawdopodobnie wiele się od niej nie różnili? Ba, mogli być jeszcze gorsi. Ale nie zamierzała wchodzić z nią w dyskusję, więc starała się nie narzekać.
Hayley obróciła się na pięcie i z promiennym uśmiechem wskazała czubkami palców zielony naszyjnik zawieszony na jej opalonej szyi.
- Ładny, co nie? – pisnęła niczym nastolatka z MTV i wróciła do swojej różowej szafy.
‘Łapiecie? Nastolatka z MTV wróciła do swojej różowej szafy’, pomyślała Alicja i bezgłośnie prychnęła. ‘Ci bogacze’.
Jamie z zakłopotaniem zaczęła wiercić się na drewnianym krześle. Cały oblepiony był różowymi naklejkami gwiazdek i zwierząt. ‘Co jest z nią nie tak?’. W całym pokoju dominował róż – oblepione rysunkami i zdjęciami ściany również były pomalowane na ten kolor. Obok Alicji znajdowała się za to ogromna, pomarańczowa szafa. Na pierwszy rzut oka nie pasowała stylistycznie do różowych ścian, ale cóż – w tym pokoju nic do siebie nie pasowało. A Hayley najwidoczniej to nie przeszkadzało. W końcu ma dwie szafy w pokoju.
- Ile osób będzie na tej imprezie? – spytała Jamie.
Hayley na chwilę oderwała się od przeglądania swojego pięknego oblicza w lustrze.
- Jaka była największa i najbardziej efektowna impreza, na której byłaś? – spytała w odpowiedzi Hayley, smarując usta ognistą szminką.
- Em… - Jamie zastanowiła się, skubiąc brązowe włosy palcami – Chyba ta w Tokio. Tylko jak się nazywał ten klub… Pomóż, Alicja.
- Jakieś krzaczki – mruknęła Alicja i ziewnęła.
- Ile było tam ludzi?
- Z dwa tysiące – odparła Jamie.
- Wyobraź sobie dokładnie ten klub. Tańczący ludzie, lśniący od potu parkiet, DJ i ogromny hałas – Hayley uśmiechnęła się szalenie. Z gdzieniegdzie zielonymi włosami, mocnym makijażem i krwistą, czerwoną szminką wyglądała trochę jak Joker. – A teraz wyobraź sobie to samo, ale dwa razy więcej ludzi, dwa razy większa sala i dwa razy większy hałas – Jamie uniosła brew, ale nic nie mówiła – I teraz masz mniej więcej obraz imprezy u Hayley Hoover.
- Żartujesz – zagadnęła Alicja.
- Sama się przekonasz- Hayley wróciła do lustra z prowokującym uśmieszkiem.
- Ta sala na dole nie jest aż taka wielka – nie ustępowała Alicja.
- Kto mówi tylko o Sali? Impreza jest w całej willi i ogrodzie. Ten dom przeżył wiele imprez i gotowy jest na jeszcze więcej – odparła Hayley.
Zapadła krótka cisza. Jamie bez przekonania wyważyła w dłoni różową szczotkę do włosów.
- A tak w ogóle – Hayley przeleciała Alicję wzrokiem od stóp do głów – Co zamierzasz ubrać?
- Myślałam, by iść zwyczajnie, tak jak stoję.
- Z pewnością nie zwrócisz niczyjej uwagi.
- Z pewnością.
- Dobrze – Hayley uśmiechnęła się kpiąco i ruszyła w stronę drzwi. ‘Zgadnijcie co? Różowa klamka’ –Jeśli zmienisz zdanie, weź co chcesz z szafy. Pójdę pomóc Luke’owi – wyszła.
Jamie odgarnęła loki z czoła i odłożyła szczotkę.
- O co chodzi pomiędzy wami? – spytała cicho.
Alicja wzruszyła ramionami.
- Wolałabym już wrócić na plan, to wszystko. Wiesz może, kiedy wyjedziemy z tej stukniętej willi?
- Rozmawiałam z Ethanem. Jeśli jutro impreza, to pojutrze mamy się spotkać pod hotelem Prim. Wiesz, ten który spaliliśmy. Ten nowy producent zwołał jakąś konferencję prasową.
- Eh.. – Alicja westchnęła i zaczęła przebierać palcami w szafie Hayley.
***
- Co robisz? – spytał Cade, wchodząc do sali balowej. Minęło już kilka godzin, odkąd wszyscy wybrali sobie odpowiednie stroje. Światło wpadające do Sali przez ogromne okiennice było już słabsze, a z nieba powoli znikały chmury. ‘Ściemnia się’, pomyślał Cade.
Hayley znowu siedziała na tym samym fotelu, co wcześniej. Zamknęła oczy i zacisnęła brwi. Uniosła w górę zaciśniętą pięść, a zielony pierścień na jej palcu zapulsował energią i błysnął błękitnym światłem. Krzesło na drugim końcu Sali powoli się przewróciło i uniosło w powietrze. Czoło Hayley zaczęło drgać ze skupienia. Otworzyła dłoń i zaczęła bardzo delikatnie poruszać palcami, jakby grała w powietrzu na niewidzialnej harfie. Krzesło zrobiło kilka fikołków w powietrzu i niemal bezgłośnie wylądowało w lewym kącie pokoju zgodnie z ruchem palców dziewczyny.
- Całkiem nieźle to opanowałaś – powiedział Cade z uznaniem.
- Gdzie reszta? – spytała Hayley, trochę podenerwowanym i znużonym głosem.
- Samantha i Alicja w pokojach, a Ethan i Jamie wybrali się chyba na spacer po ogrodzie. – odparł – Nie powinna tu przyjść jakaś ekipa od wystroju? W końcu impreza już jutro.
- Mają być gdzieś za godzinę. I jutro w południe catering – mruknęła. – Chciałbyś spróbować? – pokręciła w powietrzu kółka palcem z medalionem.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł – powiedział zakłopotany Cade – Ten z kapturem mówił…
- Powiedział, że jeśli ktoś już ma jeden przedmiot nie może dotknąć drugiego, więc się nie kwalifikujesz. Chyba, że o czymś nie wiem.
- Nie, ale…
- Dobrze – wstała, położyła mu dłoń na ramieniu i wyszeptała do ucha – Naprawdę nie chcesz spróbować?
- A.. ampfl – wydukał zaczerwieniony i przełknął ślinę. Zsunąła pierścień z palca i podała mu – Tylko musisz to robić bardzo delikatnie. Bez gwałtownych ruchów – wsunęła pierścień na palec Cade i lekko się odsunęła.
Cade wziął głęboki wdech i rozluźnił mięśnie. Uniósł w górę pięść, jak wcześniej Hayley i skupił wzrok na fotelu, na którym wcześniej siedziała. Wziął kolejny wdech.
Poczuł energię pochodzącą od pierścienia. Ręka wydała mu się dziwnie ciężka, jakby cała była teraz stworzona z tej energii. Machnął nią szybko, starając się pozbyć tego uczucia.
Fotel podskoczył i ciężko opadł na kafelkową podłogę.
- Bez gwałtownych ruchów – powiedziała spokojnie Hayley i położyła mu rękę na ramieniu – Odetchnij i poczuj tę moc.
Posłuchał ją i spróbował raz jeszcze. Uniósł powoli palec z pierścieniem i fotel lekko zafalował, po czym wniósł się delikatnie w powietrze. Cade zamknął dłoń w pięść i zaczął nią powoli poruszać – fotel robił to samo.
- Chyba zaczynasz łapać – pochwaliła go.
Uśmiechnął się i otworzył dłoń. Zbyt szybko.
Fotel z ogromnym impetem uderzył w sufit i z jeszcze większym opadł na podłogę.
Z Hayley wylała się fala przekleństw.
- Uważaj trochę, co? – warknęła.
Zaczął cicho chichotać, co po chwili zmieniło się w głośniejszy śmiech. Już myślała, że zaraz walnie go w twarz, ale po chwili sama zaczęła się śmiać.
- Na szczęście sufit cały – Cade wybuchnął śmiechem – Mówiłem, że to nie był dobry pomysł – oddał jej pierścień.
***
- Powinniśmy sprawdzić przejście – powiedziała Crystal, gdy niebo zaczęło się ściemniać – Musimy mieć pewność, żę nikt i nic nam jutro nie przeszkodzi. – Zakryła się kołdrą i zaczęła szukać spódniczki w pokoju.
- Dzisiaj? – Nathan ciężko ziewnął – Jutro też jest dzień.
- Nie marudź tylko wstawaj. – wygładziła spódniczkę w pasie i zaczęła szukać bluzki – Teraz jest najlepsza okazja.
- No nie wiem – Nathan się uśmiechnął – Obawiam się, że nie dam rady wstać.
Zrozumiała aluzję i przewróciła oczami. Pochyliła się nad nim i obdarowała długim pocałunkiem.
- Lepiej?
- O wiele.
Wstała i narzuciła kurtkę na blade ramiona. Zmierzwiła włosy szybkim ruchem dłoni, starając się doprowadzić je do ładu – Idziemy.
Nathaniel zapiął pasek dżinsów i niechętnie ruszył za nią. Przed wyjściowymi drzwiami ubrał lekko już znoszone trampki i wojskowy plecak, po czym oboje wyszli.
- Trochę chłodno – mruknął. Chatka znajdowała się tuż przed ogromnym lasem. Crystal zaczęła iść w jego stronę i dała mu ręką znać, by zrobił to samo. Mruknął coś niezrozumiałego pod nosem i dołączył do niej.
- Wzięłaś sprzęt? – zwrócił się do nie. Zatrzymała się i sięgnęła w stronę lewego kozaka. Wyciągnęła dwa noże i podała mu jeden.
Z kurtki wyciągnęła linową drabinkę. Sięgnęła ręką w stronę pleców, zacisnęła usta i po chwili trzymała w dłoni dwie chemiczne latarki.
Podała mu jedną.
- Ekhm – odchrząknął.
- Co?
- Resztę noży proszę.
Przewróciła oczami i wyciągnęła kolejne dwa z drugiego buta i jeszcze jeden z pleców.
- Nie znam Cię od wczoraj, Crystal – odchrząknął znowu i wyprostował otwartą dłoń.
Bez słowa wyciągnęła kolejne dwa z kurtki i jeden z rękawa.
- Dobrze – Nathaniel szybko policzył – Osiem noży. Biorę połowę, a resztę schowaj. Mam nadzieję, że nie będziesz musiała ich użyć.
Prychnęła naburmuszona i ruszyła przodem.
Po chwilowej wędrówce w lesie doszli do skalnej jaskini. Crystal dała znak, by Nathaniel szedł przodem.
Prychnął.
- O nie nie, panie przodem – wskazał jaskinię dłonią jakby reklamował proszek do prania.
Łypnęła na niego spode łba.
Weszli do jaskini. Było podejrzanie cicho i duszno. Przeszli parę metrów i unieśli chemiczne latarki.
- Czy to nietoperz? – spytał zaniepokojony Nathaniel, wskazując czarny kształt na skalnym suficie.
Nie odpowiedziała. Przez to bał się jeszcze bardziej.
Doszli do miejsca, gdzie droga się kończyła. Urwisko. Crystal zaczepiła linową drabinę o specjalne uchwyty, które wcześniej wycięli w skale (cholerne, głośne maszyny) i upewniła się, że jest wystarczająco wytrzymała. Skinęła na niego głową, że może schodzić. Przełknął chwilę i zaczął powoli stąpać po cienkiej drabince. Dla większego bezpieczeństwa nie schodzili naraz, by nie testować wytrzymałości cienkiej liny.
Po kilku długich sekundach poczuł grunt. Odetchnął z ulgą i zakołysał drabiną, dając Crystal znak, że może schodzić. Ustawił się tuż pod nią, by w razie upadku spadła na niego. Na pewno była to lepsza perspektywa, niż te twarde, skalne podłoże.
Po około minucie zauważył zarys schodzącej dziewczyny. Z latarką w zębach zeszła z drabinki i otrzepała dłonie. Nathaniel wyjął z kieszeni dwie mocne latarki i podał jedną Crystal. Tutaj potrzebowali więcej światła.
Jaskinia, w której znajdowali się teraz była zupełnie inna. O wiele ciemniejsza i sprawiała bardziej przerażające wrażenie. Nathanielowi wydawało się nawet, że wiał zabójczo chłodny wiatr. Wytarł pot z czoła.
Skierował promień latarki na otaczające ich z dwóch stron ścian. Nie wyglądały jak zwykłe, skalne. Były raczej zbudowane z jakiegoś kryształu z błękitnym połyskiem. Niemal widział swoje odbicie. Wzdrygnął się. Ten błękitny kolor był identyczny jak jego zegarek, gdy się aktywował – zimny błękit.
Doszli do miejsca, w którym korytarz rozgałęział się na dwie ścieżki. Uniósł brwi i spojrzał pytająco na Crystal. Bez słowa wskazała lewy korytarz i nie dając mu czasu do namysłu ruszyła przodem. Westchnął.
- To miejsce mnie przeraża – wyznał.
- Prawie jesteśmy – powiedziała, choć w jej głosie było słychać napięcie.
Nathan zacisnął mocniej dłoń, w której trzymał nóż. Zaczął mu się ślizgać z powodu potu. Plecak wydał mu się jeszcze cięższy, a oddech bardziej płytki.
W końcu, po długich, żmudnych (i przerażających) minutach doszli do urwiska. Jednak tym razem sytuacja była odwrotnie – parę metrów nad nimi było wyjście.
- Świetnie, i co teraz? – spytał Nathaniel – Nie jestem jakimś pieprzonym spidermanem. Jak mamy się tam dostać?
- Przecież wycięliśmy specjalne uchwyty – Crystal zaczęła żywo gestykulować – Spójrz naprzeciwko i parę metrów w górę. Rzucisz tam linę z hakiem.
- A co, jak się nie utrzyma?
- Wtedy umrzesz. Nie mamy czasu na takie bzdety.
- Jak zawsze subtelna – pokręcił głową i ściągnął z pleców wojskowy plecak. Znalazł elastyczną linę zakończoną hakiem i powoli ją rozwinął.
- Kiedy już lina się zaczepi, dotrzesz dzięki niej na drugiej stronę i zaczepisz nogi o te wycięcia naprzeciwko. – kontynuowała Crystal – Potem rzucisz linę na krawędź studni i jeszcze raz, aż znajdziesz się u góry.
- Mówisz, jakby to było takie proste – pokręcił głową i wycelował hak z liną – Miałem tróję z WFu.
Rzucił. Trafił, jednak hak szybko się poluzował i puścił. Syknął przez zęby. Jeszcze raz.
Tym razem trafił bez problemów. Pociągnął w celu sprawdzenia, czy wystarczająco mocno.
- Może jakiś całus na pożegnanie? – wyszczerzył zęby.
- Idź już.
Mruknął rozczarowany i skoczył z liną w ręku. Puścila w połowie drogi.
- Nathan! – pisnęła Crystal i zakryła usta dłonią.
- W porządku – krzyknął. Zdążył złapać się krawędzi uchwytu palcami. Podciągnął się szybko i wypuścił wielki haust powietrza z płuc. ‘Dobrze, że odpuściłem sobie KFC’.
Zwinął linę i spróbował wycelować ją w stronę krawędzi. Dziennie światło oślepiało go. Przetarł załzawione oczy i szybko się za to skarcił, gdyż prawie stracił równowagę. Na szczęście w odpowiednim momencie złapał się skalnej ściany.
‘No dalej, Nathan, dasz radę’ pomyślał i rzucił.
Zaczepiła się. Nie był jednak pewien, czy wystarczająco mocno. Nie mógł tego sprawdzić, gdyż zleciałby w przepaść.
‘Raz kozie śmierć’.
Zacisnął powieki i skoczył. Lina prawie wyślizgnęła się z jego spoconych palców. Tym razem poszło gładko, bez żadnych problemów. Odetchnął z ulgą i zacisnął stopy na linie. Teraz musi tylko wspiąć się te parę metrów w górę. Zacisnął zęby. Ręce ślizgały mu się na linie.
‘Jeszcze kawałek, i jeszcze, jeszcze…’
Kiedy zostały mu już tylko dwa metry usłyszał coś.
‘Jesteś zajebisty’
Zamarł.
- O sorki, to mój dzwonek – usłyszał męski głos – Halo? Tak, jasne…
Nathaniel wspiął się trochę wyżej, by lepiej słyszeć.
- Co się stało, Ethan? – jakaś dziewczyna.
- Cade mówi, że mamy pomóc z dekorowaniem Sali na imprezę – powiedział chłopak zwany Ethanem – Chodź, Jamie.
Nathaniel odczekał kilka minut, aż w końcu przestał słyszeć odchodzące kroki. Wspiął się do końca i wyszedł ze starej studni.
- Czysto – krzyknął do Crystal. Znajdowała się parę metrów pod nim, jednak usłyszała jego głos dzięki echu studni. Zdjął z pleców plecak i wyciągnął drugą linę, większą. Przywiązał ją do do drewna podtrzymującego dach studzienki i rzucił ją w jej głąb. Na wszelki wypadek przewiązał ją kolejną liną. Napięła się.
‘Wspina się’
Po kilku minutach była już na górze. Otrzepała odruchowo ubrania i szepnęła mu coś do ucha. Skinął głową. Wyjął zegarek z kieszeni i nacisnął przycisk z lewej strony tarczy. Świat zaczął powoli się zatrzymywać. Lodowa mgła ogarnęła około połowę ogrodu. To była jedna z rzeczy, których nie lubił w tym zegarku – słaby zasięg i pole działania. Nie mógł zatrzymać całego świata, tylko najbliższy obszar do około 10-20 metrów. ‘Ale na razie musi wystarczyć’.
Gdy upewnił się, że wszystko na dobre się zamroziło, zaczął czujne oględziny ogrodu. W zasięgu wzroku nikogo nie widział. Sprawdził kilka krzaków. Nic. Podszedł bliżej do willi. Na balkonach czysto. W oknach też raczej nikogo nie było.
Świat znowu się ożywił. Roślinność zaczęła kołysać się pod wpływem wiatru, włosy Nathana także. Wrócił do Crystal.
- Czysto? – spytała.
- Czysto – potwierdził – Ale następnym razem musimy bardziej uważać. Mało brakowało, a zauważyłaby mnie ta dwójka, co tu spacerowała. Zresztą jak ty sobie wyobrażasz przeniknąć tu jutro niezauważalnie, jak cała willa łącznie z ogrodem będzie roić się od ludzi? – syknął Nathan.
- Wmieszamy się w tłum. Na tego typu imprezach dzieją się dziwniejsze rzeczy od dwójki nastolatków wychodzących ze studni – powiedziała.
- Co teraz? – spytał po krótkiej chwili ciszy.
- Jak to co? Wracamy – rzuciła mu linową drabinkę – Ty pierwszy.
***
- Ze studni? Jesteś pewna? – Hayley spojrzała podejrzliwie na Samanthę.
- Tak. Nie zauważyli mnie, choć mało brakowało – wydłubała z włosów liście krzaku – Chłopak i dziewczyna. Może trochę starsi od nas.
- Ale… - Hayley pokręciła głową – Czego mieliby tutaj szukać? I czy to znaczy że w studni jest jakieś przejście, tunel?
- Nie wiem. Wiem, że mieli linę. A ten chłopak… trzymał w ręku coś okrągłego. Nie zauważyłem dokładnie co, ale błyszczało jak twój pierścień. I twój medalion – spojrzała na Alicję.
- Ale… - odezwał się nagle Cade – Wyszli i od razu wrócili do środka, tak?
- Tak. Prawdopodobnie sprawdzeli przejście – Samantha popatrzyła na twarze przyjaciół – A przy okazji, Ethan, fajny dzwonek.
- Dzięki – wyszczerzył się – Ale co ty właściwie robiłaś w tym ogrodzie? Byłem tam z Jamie i…
- Nieważne – warknęła i starała się opanować purpurowe policzki.
- Czekajcie – Hayley próbowała zebrać myśli – Najpierw ściga nas jakaś psychola, a teraz ktoś jeszcze? Co mamy zrobić?
- Myślę, że oni pojawią się jeszcze na imprezie – odparła Jamie – Trudno o lepszą okazję, by nas zaskoczyć.
- Musimy być gotowi – powiedział rozsądnie Cade – Nie wiemy, czego oni chcą ani co zamierzają zrobić. Nie wiemy, czy ten ich przedmiot jest jakiś groźny. Musimy się przygotować.
- Już za późno na odwołanie imprezy – Hayley pokręciła głową – Będziemy musieli trzymać się blisko siebie i nie dać się zaskoczyć.
- Coś mi tu nie pasuje – Alicja zwróciła się w stronę Hayley – Mieszkasz w tej willi od tylu lat i nie wiedziałaś, że jest tu jakiś w studni?
- Nie do końca – wyznała Hayley – Kiedyś był tu domek jednoroczny, ale dawno niezamieszkany. Rodzice kazali go wyburzyć, by… wybudować willę.
- Czekaj – odezwał się Cade – To pasuje do naszej teorii.
- Jakiej teorii?
- Dom Alicji. Domek z wiadomości. Dom, w którym mamy kręcić. I ten dom, który został wyburzony – Cade podrapał się po brodzie – Mówiłaś, że rodzice dali ci pierścień. Alicji też. Może… może pod każdym z tym domów jest tunel, który prowadzi do Przedmiotu – Cade zaczął mówić podnieconym głosem – To możliwe? Zresztą kto by robił coś takiego?
- Nic nam nie da taka rozkmina – odezwała się Samantha – Może myślimy błędnie, może dobrze. Potrzebujemy odpowiedzi. A wydaje mi się, że oni coś wiedzą – spojrzała na Hayley – Zresztą to miałoby sens. Pamiętasz te dziwne odgłosy dochodzące ze studni? Jakoś musieli się wspinać i w ogóle. Pewnie robili specjalne uchwyty i otwory w skale, a które można zaczepić liny.
- To ma sens – Hayley spojrzała na każdego z osobna – Dobrze mieć znajomych aktorów. Pewnie mieliście bardziej zakręcone scenariusze.
- Dave miewał… specyficzne pomysły – rzekł Cade i zamknął oczy, drapiąc się po brodzie.
- Niektóre były dobre. Na przykład walka w budyniu na Mount Rushmore – dodał Ethan.
- Okej – Hayley zaczęła pocierać dłoń o dłoń – Liczyłam na spokojną, amerykańską imprezę. Ale w takim wypadku… Musimy trochę zmienić koncept.
***
Sala była pięknie wystrojona. Ze ścian i sufitu zwieszały różne ozdoby typu kolorowe serpentyny i kilka balonów. Na suficie przyklejono również błyszczące naklejki gwiazd, co razem z czarnym kolorem tworzyło niesamowity efekt. Masywne, złote żyrandole przystrojone były na planety wędrujące po gwieździstym niebie.
Ekipa od cateringu również spełniła swoje zadanie – na kilku czerwonych stolikach porozstawianych po różnych kątach Sali znajdowały się drobne potrawy i napoje. Oczywiście były one poustawiane odpowiednio tak, żeby nie przeszkadzać tańczącym. W rogach Sali stały też ogromne, imprezowe głośniki, jednak Hayley nie zamierzała używać ich w celu grania mocnej muzyki – cicha melodia miała stanowić tylko tło dla kwartetu smyczkowego, który już przygotowywał się do występu. Odziane w czerwone, jedwabne suknie kobiety ćwiczyły na niewidzialnych instrumentach w jednym z kątów Sali.
Brakowało w sumie już tylko jednej rzeczy – gości. Zamaskowana postać z tęczowymi włosami ruszyła przed siebie. Jej ognista maska idealnie pasowała do stroju – pomarańczowa katana, czarne leginsy i buty na wysokich obcasach. Tup, tup.
- Jeszcze pół godziny – powiedziała kolejna postać; miała czarną maskę z żółtymi wzorami i przybrała buntowniczą postawę. Potęgowały ją kolce zdobiące naremniki skórzanej kurtki.
- Bądźcie gotowi – powiedziała Tęczowowłosa, a jej czarne kolczyki odbiły się w świetle imprezowych reflektorów – Mogą pojawić się w każdej chwili.
- Ktoś pilnuje studni? – głos zabrała kolejna postać; jej brązowe loki lekko opadały na ramiona pomarańczowej sukni.
- Cade i Ethan. Starają się być dyskretni, tamci, kimkolwiek są, nie mogą wiedzieć, że są obserwowani. No i nie chcemy wywoływać paniki na imprezie. Może tamci sami odpuszczą gdy zobaczą, ile będzie gości. Myślę, że też nie chcą zwracać na siebie uwagi.
Pół godziny później do Sali zaczęli wchodzić pierwsi goście. W ciągu kilku minut namnożyło się ich jak mrówek. Zaczęli rozmawiać, chodzić po całej cali. Kwartet smyczkowy powoli przygotowywał się do występu. Ogromny, złoty zegarek na ścianie poruszył się. Czarne wskazówki wskazywały północ.
Tęczowłosa dała znać przyjaciołom i kazała im się rozejść. Uśmiechnęła się.
- Imprezę czas zacząć.
Podziękowania dla autora posta:
Nillay
Duplo65

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 529$
Podziękowania: 1922
Posty: 3834
Ostrzeżenia: 2/7
ocenił na: 0
www.twitter.com/DomMrokuNovel
Dom Mroku już na twitterze!
Nillay

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 20223$
Podziękowania: 5785
Posty: 3556
ocenił na: 0
chłopaki zostali w gabinecie

- CHOPOKI!
- CO, ROBERT?
- ZOSTOJEMY W GOBINECIE, EJ!
Sory, ale to tak starsznie wsiowo zabrzmiało, że aż musiałem wyśmiać xD

Hayley przeleciała Alicję

A potem będzie "Boże, Nillay, jakie Ty masz skojarzenia", "Ty tylko o jednym" lub "Jesteś ochyyyydnyyy!", co? ;)

wstała, położyła mu dłoń na ramieniu i wyszeptała do ucha – Naprawdę nie chcesz spróbować?

Albo mi się wydaje, albo ona czegoś od niego chce :co jest?:

Wydaje mi się, że Cade trochę zbyt łatwo powiązał ze sobą fakty o tych domach. Powinieneś wzbuduzić w odbiorcach większą chętnkę na odkrycie prawdy. xD
Poza tym chyba polubiłem Eathana :3
Czekam na kolejne akcje z nim :3
_____
www.facebook.com/MojaDubWalka
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBI
Sygnatura•••
Podziękowania dla autora posta:
Duplo65
Shirya

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 6945$
Podziękowania: 1473
Posty: 3612
ocenił na: 0
Po przeczytaniu Prologu oraz 4 rozdziałów muszę przyznać że jest to dosyć wciągające, jednakże znalazłem wiele różnych niedociągnięć lub zdań nie poprawnych gramatycznie i stylistycznie, ale mniejsza o to. W pierwszych rozdziałach zdenerwowało mnie zbyt szybkie przechodzenie z jednego wątku historii do drugiego, ale nieznacznie wpływa to na jakość czytania. Mam nadzieje że kolejne rozdziały będą jeszcze lepsze od poprzednich. Lecę dalej czytać.
_____
Obraz
„Koniec jest zaledwie początkiem.”

Watch: Pełna lista anime...,
Lucyfer, Shadowhunters, DC's Legends of Tomorrow

"Kokoro-ni jo-o orosi."
Sygnatura•••
Podziękowania dla autora posta:
Duplo65
Duplo65

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 529$
Podziękowania: 1922
Posty: 3834
Ostrzeżenia: 2/7
ocenił na: 0
Dom Mroku, rozdział 22
Maski, część trzecia

- Hej, Cade.
Cade spojrzał na Ethana. Oboje stali przed tajemniczą studnią w ogrodzie przed willą. Białe, błyszczące gwiazdy oświetlały czarne niebo nad nimi. Cade poczuł rześki wiatr muskający jego włosy. Wygładził rękaw smokingu i odchrząknął, odpowiadając Ethanowi.
- Hm?
Ethan ubrany był mniej więcej tak samo, jak Cade. Zamiast smokingu wybrał jednak elegancki garnitur. Reszta stroju była podobna – długie, proste spodnie i lśniące, wypastowane czarne buty. Cade skrzywił się. Buty, mimo że dość duże, uwierały go. Czuł się dziwnie gdy pomyślał, że wcześniej należały one do (warto zauważyć-nieżyjącego) ojca Hayley. Jednak nie było to takie same uczucie, jak wtedy gdy zakładał buty na zmianę na kręgielni. To było mocniejsze, bardziej intensywne i wyczuwalne. Nosił buty martwego człowieka. I nie zginął on na łożu, przytulając żonę czy coś takiego. Z tego, co opowiadała mu Hayley zostali zamordowani z zimną krwią i nawet ich ciała nie mogły odnaleźć spokoju.
‘Zabrała je’, powiedziała mu Hayley na spacerze kilka dni temu. ‘Ta psychola zabrała ciała. Nie zdziwiłabym się, gdybym pewnej nocy obudziła się i znalazła je w czasie z doklejoną karteczką ‘wszystkiego najlepszego’.
Nie wiedział, ile w tym prawdy a ile zwykłego zmyślania, ale to była Hayley Hoover. Poznał ją kilka dni temu i kiedy już myślał, że coś o niej wie, robiła lub mówiła taką rzecz, która skutecznie dała mu do zrozumienia, że jednak nie wie nic. ‘Być może to było w niej takie fascynujące?’
- O co właściwie chodzi z tobą i Alicją? – usłyszał słowa Ethana i zadudniły mu one w uszach – To znaczy… Wcześniej byliście tacy ‘na zawsze’ i w ogóle, a teraz jest Hayley i…
- Ja… - Cade lekko odchrząknął i podrapał się po spoconej od maski twarzy. Zdjął ją na chwilę – Sam nie wiem. Chcę o tym pogadać z Alice, ale jakoś… nie było okazji. – to kłamstwo wydawało mu się w miarę wiarygodne. ‘No bo ludzie, ostatnio jesteśmy trochę zajęci ratowaniem własnego życia’. Tak, wydawało się tak wiarygodne, że powoli sam zaczynał w nie wierzyć.
- Znaczy… wiesz stary, nie chcę się wtrącać czy coś, ale to trochę dziwne widzieć Cię jednego dnia z Alicją, a drugiego z Hayley. Praktycznie bez żadnego wyjaśnienia.
Uderzenie serca. Bum, bum.
Cade wiedział, że Ethan ma rację. Sam nie wiedział, co się stało. Wydawało mu się, że z Alicją było idealnie i nie mogło być już lepiej – do czasu, gdy spotkał Hayley. Jej kolorowe włosy, błysk w tych bystrych, błękitnych oczach. Sposób, w jaki zagryzała wargę lub bawiła się włosami. Wygląda jak opis dla typowej, spokojnej dziewczyny. A jednak taka nie była. Gdy Bloody zaatakowała ich przed willą to ona w dużej mierze wzięła sprawy w swoje ręce, gdy Cade stał bezbronny i bezużyteczny. Była też śmiała, odważna. Alicja nigdy nie była taka bezpośrednia.
‘Próbuję się usprawiedliwić samemu sobie’, pomyślał beznadziejnie Cade. Zastanowił się, co o tym wszystkim może myśleć Alice. ‘Pewnie uważa mnie za dupka’, pomyślał Cade. ‘I pewnie ma rację’.
Poczuł podmuch chłodnego powietrza. Ogród w nocy wyglądał równie imponująco, co za dnia. Przypomniał sobie noc, gdy po raz pierwszy tu dotarli. Wszystko wydawało się obce i wręcz trochę przerażające. Teraz było wręcz przeciwnie – wszystko stało się dziwnie znajome.
Spojrzał na prawo od siebie. W wielkim, zielonym żywopłocie, wysokim na około 15 metrów wycięta była twarz. Wesołe oczy, pełne usta i zawadiacki uśmiech.
Westchnął.
Hayley.
‘Jesteś zajebisty’
- O, sorki – Ethan wyciągnął z kieszeni telefon – Ustawiłem sobie alarm na północ. Więc… mamy północ – kliknął coś na ekranie i schował go z powrotem.
Wszystkie rośliny w ogrodzie zaczęły się lekko kołysać pod wpływem wiatru. Po chwili zaczęli pojawiać się ludzie. Bez twarzy. Wszyscy nosili maski. Zaczęli się witać, cicho rozmawiać, przybijać piątki i klepać się po plecach.
Cade pomacał kieszeń i skinął na Ethana. Wszyscy wcześniej wzięli ze sobą średniej wielkości noże. Nie mieli zamiaru ich używać i mieli nadzieję tego nie robić, ale ostrożności nigdy za wiele. Dave zginął. Państwo Hoover również. O wiele za dużo osób.
Teraz, gdy Cade dotknął noża, zaczął go bardziej odczuwać. Czuł się jak dziecko, które biegało po domu z nożyczkami, nie wiedząc jak się je używa. To była broń, którą mógł kogoś zabić lub sam zginąć. Przełknął ślinę, hamując wymioty. Serce zaczęło mu bić szybciej i gwałtowniej.
‘Weź się w garść’, pomyślał. ‘Nie możesz wiecznie polegać na innych’.
Wziął jeszcze jeden, głęboki wdech nocnego powietrza i założył srebrną maskę.
***
Ethan spojrzał na Cade’a. Ubrał znowu swoją maskę. Była piękna – srebrny kolor z wycięciami na jego orzechowe oczy. Kolor ten pasował też do jego jasnych włosów, które niedbale przyczesane opadały mu na czoło.
Ethan rozejrzał się. Do ogrodu wciąż napływało więcej i więcej ludzi. Większość wybrała salę, tą, w której były teraz Hayley, Samantha, Alicja i Jamie, jednak tam też było ograniczenie przebywających osób i niektórzy, chcąc nie chcąc, przenieśli się do ogrodu.
W sali była raczej ta ‘elegancka’ część. Kwartet smyczkowy, tańce. Tutaj zebrali się wszyscy, którym to raczej nie odpowiadało – woleli po prostu się wyszaleć w luźniejszym stylu. Ale jedna rzecz pozostawała niezmieniona w obu tych miejscach – tu i tu, twarze wszystkich gości ukryte byłe pod wzorzystymi maskami.
Ethan wcześniej często bywał na takich imprezach. ‘Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze wszyscy razem nagrywaliśmy głupi serial, niczego nieświadomi’. Mniej więcej wiedział, czego się spodziewać. Ludzie zaczną się śmiać, niektórzy możliwe, że płakać, inni będą oblewać się alkoholem. Ale też bez przesady, pomyślał. Jest północ, mamy dość chłodne lato. Przecież nie będą wchodzić do basenu.
O.
A może jednak.
Na trawie leżały buty, spodnie i bluzki, już trochę mokre od wody z basenu, którą pluskali imprezowicze. Ethan lekko się skrzywił. Z ogromnych głośników, porozstawianych po ogrodzie wydobywała się głośna, popowa muzyka. Ekipa półnagich ludzi z basenu krzyknęła i z tego co usłyszał ‘wypili za Hayley Hoover’.
- Chyba wolałem atmosferę na imprezie w willi – powiedział Ethan. Brak odpowiedzi. – Cade?
Cade stał bez ruchu, niczym posąg. Ethan zmarszczył brwi. Miał zapytać raz jeszcze, ale się powstrzymał. Po paru sekundach zauważył ruch dłoni Cade’a – ułożył on palce w strzałkę, prostując kciuk i palec wskazujący.
To był znak.
Cade coś usłyszał.
Ethan chciał się powoli odwrócić, jednak Cade powstrzymał go syknięciem. Za nimi znajdowała się studnia, którą mieli pilnować.
- Jeśli coś usłyszycie, od razu stamtąd odejdźcie – powiedziała im wcześniej w willi Hayley – Nie mogą wiedzieć, że są obserwowani, to nasza jedyna przewaga. Wmieszajcie się w tłum.
Ethan wydął usta, chcąc coś powiedzieć, jednak Cade był szybszy.
- Hej, ty! – powiedział wesoło i podszedł do brunetki stojącej nieopodal. Zdjął maskę i serdecznie się uśmiechnął.
Ethan powoli podszedł za nim. Obyś miał dobry plan, Cade.
- Mogę zrobić sobie z tobą zdjęcie? – powiedział Cade do dziewczyny i poklepał Ethana po plecach – To nasza pierwsza taka duża impreza!
‘Całkiem nieźle to wymyślił’
- Jasne – brunetka z lekkim uśmiechem na ustach podała Ethanowi aparat i stanęła uśmiechnięta obok Cade’a. Chłopak skiną głową i odpowiednio ustawił aparat. Pstryk, pstryk.
‘Powiedz ‘ser’ – Ethan usłyszał mocny głos za swoimi plecami i poczuł na karku oddech. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, napastnik uderzył go czymś twardym w głowę. Zmrużył oczy.
- Co…
Opadł na trawę. Poczuł miękki dotyk ziemi, jednak wciąż był przytomny.
- Tak poza tym, jestem Crystal – usłyszał głos dziewczyny. Po chwili Cade również osunął się na trawę pod wpływem jej ciosu. Osoba stojąca za Ethanem kopnęła go mocno w głowę.
Zemdlał.
***
- Coś jest nie tak.
Hayley oderwała się od muzycznego występu i spojrzała na Samanthę.
- Ustaliliśmy z Ethanem sygnały co pięć minut, by sprawdzać, czy wszystko jest okej – powiedziała tamta i pokazała Hayley ekran telefonu – Nie odpowiedział na dwa ostatnie.
Hayley wstrzymała oddech. ‘Coś się stało’.
- Hm… Nie możemy iść teraz do ogrodu – powiedziała Hayley i spojrzała na Sam błękitnymi oczami – To jest ich cel, by ściągnąć nas w jedno miejsce. Wtedy łatwiej nas zaskoczą.
- Ale… - Hayley wydawało się, że przez chwilę zauważyła w oczach Samanthy coś na wzór strachu i zmartwienia, jednak zniknęło to tak nagle, jak się pojawiło – Nie możemy go tak zostawić. Prawdopodobnie mają też Cade’a.
Cade. Jej serce przez chwilę zabiło ze zdwojoną siłą. Nie mogli ryzykować. ‘Tamtym chodzi tylko o mnie’, pomyślała. Nie wiedziała, czy to prawda, ale to wydawało się jej najbardziej sensowne. To od niej się zaczęło. Ona sprowadziła tu Cade’a, Samanthę, Alicję, Jamie, Ethana.
‘Przyjechali sami’, pomyślała, ‘Ale to ja dałam im możliwość’. Wiedziała, że Cade przyprowadzi ich tu prędzej czy później. ‘Ten cholerny urok osobisty’.
Po drodze wszystko się zmieniło. Sprowadziła ich na łaskę Bloody, ale pomogli ją pokonać i oderwać się Hayley od jej woli. ‘Byłam zdrajcą. Sprowadziłam ich na pewną śmierć lub coś jeszcze gorszego, a oni mimo wszystko pozwolili mi się do nich dołączyć’.
Nie mogła narażać ich na nic więcej. A przynajmniej nie pod swoim dachem.
Zacisnęła powieki. ‘Możliwe, że Ethanowi tylko padł telefon czy coś’. Wiedziała, że to niemożliwe, bo upewnili się przed rozłączeniem, ale trzeba było czymś zająć myśli.
- Ci ludzie, znaczy tych których Samantha widziała… to chłopak i dziewczyna, ta? – odezwała się nagle Alicja. Mimo początkowych oporów ubrała złotą sukienkę w czarne wzory.
Samantha przytaknęła.
- Więc chłopak i dziewczyna powalili dwóch chłopaków? Dlaczego mnie to nie dziwi?
- Wiesz… - Samantha wydęła usta – To raczej była dziewczyna i chłopak przeciwko… przeciwko… no, przeciwko Cade’owi i Ethanowi.
- To wszystko wyjaśnia – Alicja pokiwała głową.
Hayley rozejrzała się po sali. Kobiety z kwartetu smyczkowego grały spokojną melodię, a na ich twarzach malowało się skupienie i precyzja. Hayley zauważyła też malutkie, lśniące się w imprezowym świecie kropelki potu.
Sala była pełna. Goście w maskach tańczyli i rozmawiali ze sobą. Hayley ubrała swoją. Czerwona w odcieniu ognia nadawały jej trochę wygląd lisicy. Odgarnęła włosy z czoła.
- Musimy tam iść – zdecydowała Hayley. ‘Lisica musi wyruszyć na łowy’ – Jamie i Alicja zostają. Macie mój numer, nie? Dajemy sobie sygnał co dziesięć minut. Samantha, chodź ze mną.
Sam skinęła bez słowa głową.
‘Jest najbardziej przydatna, jeśli zacznie robić się niebezpiecznie’, pomyślała Hayley. Nie wątpiła w dobre intencje Jamie i Alicji, ale mimo (nieprzydatnego) medalionu nic nie mogły zdziałać. Samantha co prawda też nie posiadała Przedmiotu, ale była szybka – zdążyła to zauważyć podczas wcześniejszej walki z Bloody. Może nie pomoże ich pokonać, ale sama również nie da się złapać. To może okazać się kluczowe – szybkość.
- Przepraszam, halo, sorki, auć przepraszam – Hayley zaczęła przepychać się pomiędzy ludźmi bez twarzy. Samantha była tuż za nią, jak jej cień.
- Ja… przepraszam – lekko odepchnęła chłopaka z pawim dziobem, później dziewczynę z przepiękną, pomarańczową tuniką. Kwartet smyczkowy zaczął grać szybciej i szybciej. Hayley poczuła ciarki na plecach i zakręciło się jej w głowie. Wspomnienia wróciły i z wielkim bólem zaczęły odtwarzać się w jej głowie.
‘Mamo! Tato!’
Syknęła i lekko pochyliła się ku podłodze.
- Hayley, wszystko w porządku? – usłyszała głos Samanthy jak przez mgłę.
‘Mamo! Co się dzieje?’
Poczuła dotyk Sam, która próbowała ją podnieść.
‘Już w porządku, kochanie. Śpij dobrze’.
Poczuła łzy, które koniecznie chciały wyjść z jej oczu, nie pozwoliła im jednak na to. Zacisnęła mocno oczy.
- Jest.. jest dobrze – wyślizgnęła się z dłoni Samanthy i wzięła głęboki oddech.
‘Mamo! Tato!’
***
Samantha wyszła z Hayley na korytarz. Oczy zaczęły ją trochę szczypać. To było nieprzyjemne uczucie, wyjść z pełnej różnych świateł imprezy do prostego koloru zwykłych, brązowych ścian.
Przeszły przez długi korytarz i wyszły przed willę. Samantha odetchnęła chłodnym, rześkim powietrzem i mogłaby przysiąc że poczuła, jak jej płuca jej za to dziękują.
‘Oh’
Hayley wskazała palcem lewą część ogrodu. To tam znajdowała się tajemnicza studnia, którą zlecili pilnować Cade’owi i Ethanowi.
Jasne, że Hayley miała rację. To może być pułapka. Ale co innego mogli zrobić? Samantha pokręciła głową. Mimo wszystko musiały iść i to sprawdzić. Czekanie jak na zbawienie w willi nic im nie da, tym bardziej, że chłopakom naprawdę mogło coś się stać.
Ruszyły w kierunku studni. Stara, kamienna studzienka wyglądała bardzo niepozornie. Samantha sprawdziła krawędzi, ostrożnie dotykając je palcami.
- Są tu – przejechała opuszkami palców po wycięciu w starej już skale – Po tym jak wczoraj zniknęli sprawdziłam studnię. Były tylko dwa wycięcia, tu – wskazała czarnym paznokciem na to po lewej stronie – i tu – wskazała to po prawej.
- Ale… - Hayley zaczęła dotykać dziwnych wycięć, za przykładem Sam – Nie wystarczy jedno? To znaczy, jeśli przykładowo rzucasz linę z hakiem, to w konkretny punkt by się zaczepiła, nie?
- Nie zawsze – Samantha pokręciła głową – chodziłam kiedyś na zajęcia ze wspinaczki. Nie można ryzykować i polegać tylko na jednym punkcie. Oni… kimkolwiek są… wycięli cztery po każdej stronie, a dodatkowo pokryli skałę dookoła czymś, że jak się w to coś trafi, tworzy się kolejne wycięcie – Samantha odpięła z ramienia skórzanej kurtki plastikowy kolec i ukłuła go w przypadkowym miejscu na skale. Pod wpływem kolca skała zaczęła się lekko kruszyć.
- Sprytne – przyznała Hayley.
- Nie tyle co sprytne, a genialne – Samantha się ożywiła i zaczęła mówić szybciej – Wspinając się do góry zahaczają hakiem o krawędź, ale nie do końca. Muszą mieć liny ze specjalnie dostosowanym hakiem, inaczej wycięcie się po prostu rozkruszy. To genialne, bo gdybyśmy chcieli zejść na dół, w głąb studni, używając zwykłych lin, spadlibyśmy w przepaść. To w pewnym sensie pułapka.
- To jak oni wrócą z powrotem? – spytała Hayley, marszcząc brwi.
- Musieli to przewidzieć, to oczywiste. Specjalnie zrobili z tego pułapkę, dla nas. Schodząc pewnie przewiązują linę przez barierkę lub coś takiego. Jedno jest pewne – Sam zrobiła dramatyczną pauzę i spojrzała na przyjaciółkę – Oni wiedzą, co robią. Nie jak ta wariatka z łukiem, która atakowała nas praktycznie na oślep, bez żadnego planu. Musimy uważać, serio.
- Nie no, ja mam dość – Hayley zaczęła głośno mówić – Urządzam imprezę, by na kilka godzin zapomnieć o tym całym g**nie, a to dopada mnie nawet we własnym domu – wzięła głęboki oddech i złapała się za włosy, starając się opanować nagły przypływ gniewu – Wszystko stało się w tym cholernym domu. Najlepiej by było, jakby po prostu spłonął! – rzuciła z furią swoją lisią maskę na trawę i kopnęła ją.
- Spokojnie – powiedziała wolno Samantha, starając się uważać na słowa, by nie zdenerwować Hayley jeszcze bardziej – Poradziliśmy sobie z Bloody, to poradzimy sobie z nimi. Nie ma się co…
- Nie! – Hayley spojrzała na nią szalonymi od gniewu oczami – Nic nie rozumiesz! To od tego się zaczęło! – podsunęła jej pod nos pierścień – Od tego pieprzonego pierścienia! Odkąd go mam zginęli moi rodzice, a Luke już nigdy nic nie zobaczy, nigdy! Zabrał mi wszystko! – krzyknęła z furią i zamachnęła się ręką; żywopłot z jej podobizną znajdujący się nieopodal zafalował pod wpływem ciosu niewidzialnej siły. Liście zaczęły zajmować się ogniem.
- Co… - Hayley spojrzała na pierścień, jakby upewniała się, że jest prawdziwy; jej błękitne oczy rozszerzyły się ze zdziwienia – Co ja właśnie zrobiłam?
- Czy ten pierścień przypadkiem nie poruszał różnych rzeczy czy coś? – Samantha z przerażeniem spojrzała na Hayley, a potem na ogień.
- Ja… tak myślałam… - Hayley spojrzała na Sam oczami wielkimi jak spodki – Nie wiem, co… Co się dzieje, do ku**y nędzy?
Ogień zatrzymał się i rośliny przestały się palić. W powietrzu wciąż jednak unosił się rozżarzony dym i popiół, oślepiając oczy dziewczyn i trując ich płuca. Samantha zaczęła kaszleć.
Rudowołosy chłopak stojący obok podbiegł do nich, trzęsąc się z podniecenia.
- To było genialne!
Hayley spojrzała na niego jak na wariata, pół sekundy później wiedziała jednak, co ma robić.
- Tak! To tylko taki teścik przed wielkim finałem. No wiesz, efekty specjalnie i takie tam… Na zakończenie imprezy patrzcie na niebo!
- Hayley! – krzyknął chłopak i uniósł pięść do góry. Ekipa z basenu mu zawtórowała. Po chwili wszyscy wypili za Hayley Hoover.
- Było blisko – spojrzała z ulgą na Samanthę i z wielkim uśmiechem otrzepała katanę z popiołu.
- Patrzeć na niebo? Fajerwerki czy coś?
Hayley wzruszyła ramionami.
- To miała być tajemnica.
Samantha prychnęła i pokręciła głową z uśmiechem na ustach.
- Już lepiej?
- A wiesz, że tak? To znaczy… kiedy użyłam pierścienia i wyszedł ten płomień czy coś, czułam jakby opuścił mnie cały gniew, wszystko, całe emocje – pokręciła głową, sama trochę niedowierzając – Nieważne. Muszę znaleźć Luke’a. Pewnie poczuł ogień i spanikował.
‘Nie możesz’, miała ochotę krzyknąć Samantha. ‘Złapią cię albo mnie. Nie możemy się rozdzielić’. Ale przypomniała sobie jej twarz, gdy zaczęła krzyczeć, kłócić się ze światem o sprawiedliwość, której nigdy nie miała. Gdy w jej oczach mieszały się iskierki gniewu i niewyobrażalnie dużego żalu. Luke to ostatnia rzecz, jaka jej została. Spojrzała na Hayley. Uśmiechnięta, rumiana twarz, kolorowe włosy powiewające na letnim wietrze. Jak ona to wytrzymuje? Jak wytrzymuje to wszystko bez łez, bez ani jednego momentu słabości, w którym po prostu by się poddała? Oczywiście, ogarnął ją gniew, ale od tego czasu minęły może z dwie minuty i całkowicie wróciła do siebie, do bycia sobą, do bycia wesołą Hayley. Gdyby była Hayley, prawdopodobnie zaszyłaby się na drugim końcu kontynentu z dużą ilością muzyki. A każdej nocy płakałaby za stratą.
A jednak nigdy nie widziała na policzku Hayley Hoover łez.
Samantha skinęła głową.
- Jestem tuż za tobą.
Hayley przelotnie się uśmiechnęła i ruszyła przodem. Samantha zauważyła w jej dłoni srebrzysty nóż.
‘Racja. Dała je nam na wszelki wypadek’
Wyciągnęła swój i niepewnie zważyła go w dłoni. Bała się, czy odważy się go użyć. Przypomniała sobie film, w którym mężczyzna wbił nóż w krtań ofiary i uśmiechnął się, z opryskami krwi na twarzy. Czy byłaby zdolna do czegoś takiego?
Przełknęła ślinę. ‘Chyba lepiej o tym nie myśleć’.
Ruszyła za Hayley w stronę basenu. Luke’a nie było wśród ekipy imprezowiczów z basenu. Hayley podeszła bliżej i wzięła dwie puszki piwa ze skrzynki na trawie. Otworzyła swoje i coś powiedziała, na co ludzie krzyknęli ‘WIWAT HAYLEY HOOVER’.
Rzuciła drugą puszkę Samancie.
- No co? – spytała, gdy tamta zmierzyła ją zdziwionym spojrzeniem – W końcu to moje urodziny, nie?
‘Ma rację’. Samantha niemal o tym zapomniała w tym całym zamieszaniu. Otworzyła puszkę z cichym ‘psst’ i wzięła ją do lewej ręki; w prawej trzymała nóż. Zbliżyła puszkę do ust i poczuła orzeźwiający, gorzki smak. Hayley opróżniła swoją puszkę w kilka sekund i z głośnym beknięciem rzuciła ją za siebie, po czym podrapała się po głowie i ziewnęła.
Samantha napiła się ponownie, jednak przez strach czuła, jak napój ciąży jej na żołądku. Przełknęła ślinę ze zmarszczonym nosem. Wdech. Wydech.
Usłyszała cichy szelest.
- Pst, Hayley.
- He?
- Słyszałaś to? – szepnęła Samantha.
- Hee? – Hayley zmarszczyła brwi i zmrużyła oczy.
- Nieważne – Samantha odruchowo znowu przełknęła ślinę i ruszyła za Hayley szybkim, nerwowym krokiem. Palce świerzbiły ją od trzymania pół-pełnej puszki i noża. Spojrzała na niebo. Księżyc w nowiu błyszczał pięknym białym światłem. Mimowolnie ziewnęła i zakryła usta dłonią.
Znowu usłyszała dziwny szelest jednak tym razem udała, że nic nie słyszała. Odetchnęła pełną piersią. Zbliżały się powoli do willi. Samantha zatrzymała się i zamarła.
- Jedno słowo, a poderżnę Ci gardło – usłyszała szept. Dziewczęcy głos. Dziewczyna złapała ją za dłoń z nożem i przycisnęła ostrze sztyletu do jej gardła.
Samantha płytko odetchnęła i zacisnęła zęby.
- Grzeczna dziewczynka – usłyszała pochwałę i zaczęła drżeć.
Teraz.
Odepchnęła szybko dziewczynę od siebie i chlusnęła jej piwem w twarz.
- Ty suko! – dziewczyna zacisnęła powieki i złapała ją za włosy. Teraz Samantha mogła się jej przyjrzeć. Była drobnej budowy, ale twarz zdradzała, że była w podobnym wieku lub starsza od Sam. Miała na sobie srebrną katanę i błyszczącą, złotą spódnicę, która odsłaniała jej blade nogi, zakończone czarnymi kozakami na wysokich obcasach. Z jej małej dłoni wyślizgnął się sztylet w kształcie łuku o czerwonej rękojeści i opadł na trawę. Samantha szybko do podniosła.
- Sam? – usłyszała głos Hayley. Pół sekundy później biegła już w jej stronę z gotowością.
Oblana piwem dziewczyna starała się zmniejszyć ból powiek, jednak gdy zobaczyła biegnącą dziewczynę w jej stronę rzuciła się na Samanthę. Tamta zamachnęła się niedbale sztyletem, jednak czerwono oka dziewczyna była szybsza. Zrobiła szybki unik i ponownie zaatakowała. Po chwili jednak uniosła się w powietrze i z ciężkim oddechem wylądowała na ziemi, szybko oddychając.
Pierścień Hayley błysnął niebieskim światłem, oświetlając intensywnie najbliższy obszar. Hayley położyła nogę na plecach dziewczyny, uniemożliwiając jej ruch.
- Kim jesteś? – skierowała pięść z pierścieniem w jej ciemne włosy.
- Mam mówić z nosem przy ziemi? Tak Hayley Hoover traktuje swoich gości? – syknęła tamta i splunęła na trawę.
Hayley przez chwilę się zawahała. Wygląda znajomo…
- Hayley, uważaj! – krzyknęła panicznym głosem Sam. Dziewczyna złapała Hayley za pięść i silnym ruchem pociągnęła ją do siebie, blokując nogi Hayley swoimi własnymi. Tęczowłosa z ciężkim hukiem wyglądała plecami na trawie. Jej piersi zafalowały przez szybko wdychane powietrze. Wdech, wydech.
Dziewczyna przycisnęła swoje uda do ud Hayley, blokując jej nogi. Rozpaczliwie próbowała się wyrwać, jednak bez skutku.
Dziewczyna położyła się na niej, całkowicie blokując jej tors. Hayley zaczęła szybko łapać powietrze, jednak czuła jak zaczęła je tracić jak piasek przez palce.
- Sam – powiedziała tak głośno, jak tylko była w stanie, czyli niezbyt – idź do willi. Zajmij się Jamie i Alicją, znajdź Luke’a. Proszę.
Samantha spojrzała na nią, na szaloną dziewczynę i puściła się biegiem do willi, nie patrząc pod nogi.
Dziewczyna zaczęła głaskać kolorowe włosy Hayley nożem o zakrwawionym ostrzu. Uśmiechnęła się szeroko.
- Mamy dużo do obgadania, Hoover.
***
- Co on właściwie robi?
Ethan wzruszył ramionami na tyle, na ile pozwalały mu na to skrępowane ręce. Po tym, jak dziewczyna (Crystal?) ich porwała, jakiś ciemnowłosy chłopak poszedł z nimi do willi. Mieli spokojnie przeprowadzić go do środka. Teraz byli na drugim piętrze, przywiązani do barierki na balkonie. Jednak w sprytny sposób – byli przywiązani na leżąco, by nikt ich przypadkiem nie dostrzegł z ogrodu.
‘Wyglądamy jak po kacu’, pomyślał Cade.
Z kolei chłopak, który ich przywiązał znajdował się na dachu willi, na który dostał się ze strychu. Hayley raczej nie spodoba się fakt, że po drodze wyważył kilka par drzwi.
- Może zrozumiał swój błąd? Może sumienie za porwanie nas tak go dręczy, że skoczy z dachu? – podsunął Ethan – Widziałem taki film.
- Raczej wątpię – mruknął Cade.
‘Czego oni chcą?’. Z początku myślał, że chcieli w jakiś sposób odebrać im Przedmioty, ale nie mieli na to sposobu. ‘Jeśli osoba posiadająca Przedmiot dotknie inny, zostaną one ponownie porozrzucane po całym obszarze Ameryki jakaś kosmiczną siłą’. Tak powiedział im Zakapturzony. A przynajmniej coś podobnego. Mieli zebrać ich tyle ile mogą, tego chciał. A ta dwójka? Może mieli takie same zamiary, ale było ich tylko dwóch, a co najmniej jeden Przedmiot już posiadali. Chyba że znaleźli sposób, by to ominąć. W obu przypadkach wychodziło na to samo: mogli chcieć zabić Ethana, Hayley lub Alicję, by przejąć ich Przedmioty. Cade jednak obawiał się, że zaczną właśnie od tęczowłosej dziewczyny.
- Starałem się tylko przełamać napięcie – naburmuszył się Ethan – Może montuje jakąś bombę.
Cade postarał się przesunąć głowę bliżej barierki, by mieć widok na dach.
- Widzisz coś? – usłyszał głos Ethana.
- Nie – syknął – Tylko kilka okien. Cholera. Wziąłeś tą różdżkę?
- Mam w tylnej kieszeni – mruknął Ethan – Ale tak mnie związał, że w życiu tam nie dosięgnę.
- Postaraj się jakoś obrócić – w głowie Cade’a zaświtał plan – Jak tylko możesz, mimo związanych nóg.
Ethan skinął lekko głową i z wysiłkiem zaczął walczyć z linami.
Cade’owi zaburczało w brzuchu. ‘Obraca się jak kebab na grillu’
Wyrzucił z głowy ten obraz. Rozejrzał się na tyle, na ile pozwalała mu niewygodna pozycja. ‘Jeśli obrócę się trochę w prawo, mogę zaczepić nogi o barierkę i…’
Spróbował poruszyć ciałem mimo skrępowanych kostek. Zaczepił je o barierkę balkonu i zaczął mocno ciągnąć, starając się rozerwać węzły.
‘No dalej…’
- Ah – syknął. ‘To nic nie da. To jakieś gumowe liny’. – Wytrzymaj tak jeszcze trochę – powiedział do Ethana. ‘Myśl Cade, myśl…’
Odepchnął się od barierki z całej siły i wylądował plecami na plecach Ethana.
‘Dobra…’
Przysunął się trochę bliżej spodni i starał się wymacać różdżkę w tylnej kieszeni. Czuł, jak na nadgarstkach robią mu się pręgi od ucisku naciągniętych lin. Zagryzł wargę, ignorując ból.
‘Jest’
- Jest – powiedział Cade i chwycił delikatnie różdżkę związanymi ze sobą dłońmi – Przechylę się teraz trochę do przodu, a ty odwróć się jak wcześniej i chwyć ją.
Zgodnie z zapowiedzią przechylił się z różdżką. Ethan obrócił się i złapał ją, ciężko dysząc.
- Mam – sapnął z wysiłku. Na jego czole tańczyły srebrne kropelki potu.
- Spróbuj wystrzelić jakąś racę, nie wiem, jakiś sygnał – Cade ciężko odetchnął i wrócił do wcześniejszej pozycji, przynosząc ulgę ściśniętym linami dłoniom.
- Okej… - Ethan zaczął powoli zginać się do przodu, trzymając różdżkę małymi palcami. ‘Spokojnie…’
Nagle rozległ się hałaśliwy dźwięk dzwonku telefonu Cade’a.
- Szlag! – syknął Ethan i różdżka wyślizgnęła mu się z dłoni; wypadła przez barierkę balkonu na dół, na trawę – Cade!
- Sory, to mój dzwonek. Pewnie reszta próbuje się dodzwonić – spróbował sięgnąć do kieszeni związanymi rękoma, jednak z marnym skutkiem.
- Chyba musimy poczekać aż to wszystko się skończy i ktoś po nas przyjdzie – Ethan westchnął – Pośpiewajmy coś.
***
Samantha czuła serce bijące w jej piersi. Ta wariatka… O co tutaj chodzi? Samantha nie sądziła, że sprawy zajdą tak daleko. Spodziewała się, że przyjdą, może nawet coś powiedzą, doleją wódkę do ponczu czy coś w tym rodzaju.
Głupia.
Już dawno powinna zdać sobie sprawę, że takie rzeczy nie nastąpią. To poważniejsze, o tak, o wiele poważniejsze, bardziej rzeczywiste i brutalne. Obserwowanie takich rzeczy w telewizji to coś zupełnie innego, niż poczuć to naprawdę.
Była tak blisko. Ta wariatka była tak blisko i tak mało brakowało, żeby to zrobiła. Żeby wbiła jej nóż gdziekolwiek by tego chciała, a potem zaniosła się histerycznym śmiechem. ‘Hayley nie zawsze będzie w pobliżu’, pomyślała z przerażeniem. Mroźne powietrze wypełniło jej nozdrza i zmroziło dygoczące ze strachu zęby.
‘To nie może się dziać’, pomyślała ponownie, przerażona. ‘Ja, Samantha Casless, boję się’.
Dotknęła mroźnymi opuszkami palców krtani i wypuściła ciepłe powietrze, tworząc mały kłębek w powietrzu.
‘Nie jest trochę za zimno jak na lipiec?’. Oblizała wargi i próbowała naciągnąć kurtkę bardziej na szyję, by się ogrzać. Złapała się za ramiona i cicho mruknęła.
Powietrze świstem wyszło z jej płuc. Nagle zauważyła coś na ciemnozielonej trawie.
‘Co…’
Podniosła dziwnie wyglądający patyk. Był zaskakująco gładki w dotyku i… wyglądał znajomo.
‘To różdżka Ethana’, pomyślała z przejęciem. ‘On tu był’. Rozejrzała się dookoła. To oczywiste. Jej wzrok spoczął na ogromnym budynku tuż przed nią. ‘Cade i Ethan są w willi’.
Nie miała na to jednak czasu. Musi znaleźć Luke’a i chronić Jamie i Alicję, które niczego nieświadome prawdopodobnie tańczą i opowiadają sobie śmieszne historie. Zakuło ją w sercu na myśl, że ktoś mógłby zaatakować Jamie. Kochaną, słodką Jamie z uroczo kręconymi włosami.
Spojrzała na schodki prowadzące do willi.
‘Zajmij się Jamie i Alicją, znajdź Luke’a. Proszę’
Skinęła sama do siebie głową. Oczywiście, to powinna być pierwsza rzecz, jaką powinna zrobić. Nie mogłaby sobie wybaczyć, gdyby ktoś skrzywdził Jamie lub Alicję.
Ale…
Schowała różdżkę za pasek obdartych dżinsów, jednak zawahała się. Poczuła bijące w jej piersi przestraszone serce.
- Samantha?
Usłyszała cichy, niemal łkający głos i odwróciła się. Wzięła wielki haust powietrza z przerażenia.
***
Nathaniel otarł spocone ze zmęczenia czoło.
Znajdował się na pokrytym czerwonymi dachówkami dachu willi Hoover. Średniej wielkości, kamienny komin znajdował się po prawej stronie dachu od Nathaniela. Wyciągnął z kieszeni bluzy małe ładunki wyglądające trochę jak petardy. Były wielkości zwykłych, małych petard które rzucają dzieci podczas Sylwestra. Miały czerwone główki jak pinezki i malutki lont, gotowy do podpalenia. Z kieszeni dresowych spodni wyciągnął za to mały minutnik wielkości średniego telefonu. Zaczął łączyć ze sobą odpowiednie kable minutnika z ładunkami z lekkim znużeniem i irytacją.
- Dlaczego zawsze ja muszę to robić – mruknął niezadowolony, naciskając odpowiednie przyciski na obudowie minutnika – Crystal jak zwykle najlepszymi rzeczami zajmuje się sama…
Przymocował ładunki do fajerwerków, które wcześniej kazała tu przynieść Hayley na ‘wielki finał’. Miały one zostać wystrzelone na zakończenie imprezy o drugiej w nocy. Odłożył minutnik na komin, po czym ziewnął.
‘Trochę tu zimno’, pomyślał i zapiął zamek białej bluzy do szyi. Odgarnął z czoła grzywkę włosów, które kleiły mu się do czoła przez dużą ilość potu.
‘Plan był prosty’, pomyślał i przypomniał sobie głos Crystal, gdy mu go wyjaśniała – ‘Gdy ja będę zajmować się tymi bachorami, nie daj się żadnemu z nich zbliżyć do willi.’
- Jasne – powiedział sam do siebie cierpko i kucnął, patrząc w dół – Wyglądam jak pieprzony Batman.
Wyjął z kieszeni zegarek o błękitnej tarczy i rozejrzał się. Tuż przed wejściem do willi stała jakaś dziewczyna. Niewiele widział przez nocne światło (a raczej jego brak), ale nie mógł ryzykować. Wstał i z głośnym ziewnięciem przeciągnął się, prostując stawy. Grunt pod jego nogami wydawał się niepewny. Przełknął ślinę
‘Dasz radę, Nathey’ pomyślał i cofnął się od krawędzi dachu. Gdy znalazł się około pięć metrów od niej, rozbiegł się i skoczył. Zacisnął zegarek mocniej w dłoni. Odczuł chwilowy atak paniki, jednak szybko on minął. Nacisnął przycisk na tarczy zegara w locie i wziął głęboki oddech gdy poczuł, jak świat zaczyna zwalniać. Impet, z jakim nieubłagalnie spadał w stronę ziemi znacznie osłabł, a wszystko dookoła zaczęła pokrywać błękitna mgła. Poczuł się jak orzeł, lecący nad całym światem z niewiarygodną swobodą.
Po chwili lekko jak piórko wylądował na trawie. Przyznał sobie w duchu że mimo, jak taki skok był niedorzeczny i niebezpieczny, było to wspaniałe uczucie. Żaden film lub książka nie mogły oddać tego nawet w połowie.
‘Nie ma czasu na zachwyty’, pomyślał i rozejrzał się by dokładnie wiedzieć, gdzie wylądował. Znajdował się obok wielkiej głowy Luke’a ‘wyrzeźbionej’ w około 10-metrowym żywopłocie. Po drugiej stronie ogrodu był taki sam z głową Hayley. Znajdował się około 50 metrów od willi. Zaczął się cicho skradać choć wiedział, że biała bluza jest dość mocno widoczna na czarnym tle nocy. Skarcił się w duchu. ‘Dlaczego o tym nie pomyślałem?’. Na szczęście większość imprezowiczów była pijana lub mieli lepsze rzeczy do roboty, na przykład picie. Pod tym względem nie zawiódł się na Hayley.
Wyciągnął zza pazuchy nóż i trzymał go mocno w ręku, skradając się przez krzaki. Dziewczyna coraz wyraźniej rysowała się przed jego oczami. Miała włosy kombinacji kolorów czerni, żółci i zieleni i kurtkę z ozdobnymi kolcami. Przypomniał sobie. Samantha. Samantha Castless. Z tego co wiedział nie miała żadnego Przedmiotu, więc powinno pójść gładko.
Gdy znalazł się w odległości około 10 metrów, zatrzymał się i zaczął ją obserwować. Nagle pochyliła się i podniosła coś z ziemi. Ze swojej pozycji nie wiedział jednak, co. Zważył nóż w dłoni i niepewnie wstał. ‘Crystal wiedziałaby, co robić’, pomyślał zrezygnowany. Zawsze dopadały go wątpliwości w takich chwilach. Zwykły atak był zbyt ryzykowny – mogłaby zacząć krzyczeć i zwrócić na siebie uwagę. Niby Crystal zajęła się Hayley i tymi dwoma chłopakami (frajerzy), ale wciąż są te dwie dziewczyny w willi i ten ślepy, Luke.
Właśnie, Luke. Jego skupiony wzrok zatrzymał się na przechodzącym obok blondynie w białym garniturze i lśniących, czarnych butach.
‘Idealnie’
Powoli wstał i zakradł się od tyłu do chłopaka. Tamten poruszał się niepewnym krokiem – jego stopy błądziły po ziemi jak po rozżarzonym węglu, jakby choćby jeden niepewny krok mógłby kosztować go życie.
Upewnił się, że nikogo nie ma w pobliżu i przycisnął ostrze sztyletu do tchawicy ślepca, uniemożliwiając mu wydanie jakiegokolwiek dźwięku. Szarpnął kołnierz białego garnituru, przyciskając ucho chłopaka do ust Nathaniela.
- Ani słowa, inaczej nie zobaczysz już siostrzyczki – syknął i rozluźnił uchwyt. Luke od razu się uspokoił. Phi, rodzeństwa. Tak łatwo nimi manipulować. Jednak były to zbyt pochopne wnioski – Luke, korzystając z chwilowej swobody szybko próbował się wyrwać co Nathaniel szybko mu uniemożliwił, lewą ręką szarpiąc go za włosy, a prawą głaskając jego szyję nożem. Po bladej skórze spłynęło kilka kropel gorącej krwi.
Luke zamarł.
- Grzeczny chłopczyk – Nathaniel, trzymając go jak zakładnika zaczął powoli iść w stronę Samanthy. Gdy był tuż za nią, kopnął Luke’a w łydkę, zmuszając go do głosu. Tamten zaczął dygotać na całym ciele, nie rozumiejąc. Wtedy Nathaniel kopnął go znowu. Po chwili jednak zrozumiał, że Luke jest ślepy i nie widzi stojącej przed nim dziewczyny. Poczuł lekkie współczucie, ale skarcił się – nie czas teraz na to.
Szepnął mu do ucha, że stoi przed nimi Samantha i Luke wykrztusił jej imię przerażonym głosem.
Dziewczyna odwróciła się. Miała na sobie czarną kurtkę z kolcami i obcisłe, lekko już zdarte dżinsy. Na jej twarzy pojawił się wyraz przerażenia i strachu. Prezentowała się całkiem nieźle, jednak szybko usunął tą myśl z głowy i uśmiechnął się szalenie.
- Zostaw go – wycedziła dziewczyna, nie patrząc Nathanielowi w oczy – On nie ma z tym nic wspólnego.
- Czy ja wiem – Nathan cmoknął z niesmakiem – Mogę go teraz zabić. Ciebie też, jeśli będziesz sprawiać kłopoty – by udowodnić wartość swoich słów, pociągnął Luke’a mocniej za włosy, na co chłopak krzyknął.
Samantha przymknęła na chwilę oczy. Warga jej dygotała, jednak nic nie powiedziała. ‘Walczy ze sobą’, uświadomił sobie Nathaniel.
- Myślę, że twojej dziewczynie by się to nie spodobało – powiedziała po dłuższej chwili namysłu.
Zmrużył oczy. Sprytna dziewczyna.
- Nie jesteście aż takimi idiotami, by zabijać nas tutaj – rozłożyła ramiona, starając się ogarnąć nimi cały obszar ogrodu – Dałoby wam to tylko niepotrzebny rozgłos. Dziewczyna ci zapomniała o tym wspomnieć?
‘Ma rację’, uświadomił sobie. Istotnie, Crystal mówiła dokładnie to samo. Stracił całą przewagę, jaką dawała mu sytuacja. Nim zdążył się jednak dłużej zastanowić, gdyż nagle Luke zamachnął się z całej siły i trafił Nathana w skroń jakąś… drewnianą laską? Zdał sobie sprawę, że nie zauważył jej wcześniej.
Poczuł piekielny ból w czaszce i opadł na trawę. Biała postać zaczęła szybko się oddalać, biegnąc na oślep. Wbiegł szybko do willi, szczęśliwie orientując się w terenie mimo braku wzroku. A Samantha…
Samantha stała nad nim. Kopnęła go w plecy glanem i zawył z bólu.
- Wiesz, niegrzeczne dziewczyny jak ty zasługują na klapsa – wydukał, jednak szybko po tym pożałował, gdy kopnęła go znowu, tym razem poniżej pasa.
- Teraz pójdziesz ze mną – powiedziała niepewnym głosem, jednak starała się, by brzmiał on twardo – Pójdziemy do twojej szurniętej laski i oboje stąd spieprzycie tak szybko, jak to tylko możliwe.
Nie odpowiedział. Ostatkiem sił sięgnął do kieszeni ręką, w której nie było już noża. Wymacał tarczę zegara. Nacisnął przycisk i szalenie się uśmiechnął.
‘Zabawa dopiero się zaczyna’
***
- Alice?
Alicja odwróciła się. Razem z Jamie znajdowały się w sali balowej. Kobiety w czerwonych sukniach zaczęły uśmiechać się pod wpływem oklasków zachwyconych gości, w tym Alicji. Spojrzała na koleżankę.
- Mam złe przeczucia – wyjaśniła Jamie, bawiąc się włosami w ten sam uroczy sposób, w jaki robiła to zawsze – lekkie kręcenie loków nawijających włosy na palce – Długo nie dali żadnego znaku.
- Musimy czekać – powiedziała Alicja, niezbyt przekonana i poklepała Jamie po plecach przyjaznym gestem – Nie możemy wychodzić, tylko tu jesteśmy bezpieczne. Na zewnątrz byłybyśmy łatwym celem. Zresztą poszła ich czwórka, powinni sobie poradzić z dwójką tamtych, kimkolwiek oni są.
- Zapominasz, że są z nimi Cade i Ethan – powiedziała Jamie siląc się na lekki ton, w rzeczywistości jednak martwiła się tak samo jak przyjaciółka.
Alicja spojrzała na wielki zegar zawieszony na różowej ścianie. Wybiła pierwsza w nocy. Ziewnęła mocno.
Dotknęła tarczy medalionu na szyi. Wszyscy byli zbyt zajęci swoimi sprawami by zauważyć, że założyła go znowu. Swobodnie zwisał na jej opalonej szyi.
- Ciężko uwierzyć, że jutro wszystko będzie już normalnie. To znaczy, dzisiaj – odparła Jamie.
Alicja spojrzała na nią zmęczonym wzrokiem.
- Co masz na myśli?
- No wiesz, powrót na plan, ta cała konferencja prasowa. A potem wkuwanie dialogów, ciągłe krzyczenie ‘cięcie!’ czy ‘akcja!’
- Taaak… - Alicja lekko się uśmiechnęła – Zdaje się, że z tego wszystkiego zgubiłam nasze scenariusze.
Jamie odwzajemniła uśmiech. Mimo wszystko Alicji się pomysł wrócenia do normalności. Najwyższy czas. Sądziła, że nie zniesie już towarzystwa Hayley ani sekundę dłużej. Ani jej głupiej willi.
Nagle rozbrzmiała muzyka. Czarujący dźwięk skrzypiec działał relaksacyjnie i uspokajająco. Alicja poczuła się, jakby ktoś zdjął z jej ramion ogromny ciężar i zaczął masować spięte plecy. Zaczęła powoli kiwać głową.
Jeden z wynajętych przez Hayley kelnerów ukłonił się lekko przed nią i Jamie, podsuwając im pod nos srebrzystą tacę z malutkimi kieliszkami. Wzięły je z wdzięcznością, a kelner odkorkował wielką, zieloną butelkę szampana i zaczął napełniać kielichy w dłoniach dziewczyn. Podziękowały, stuknęły swoje kieliszki na zdrowie i zaczęły pić.
Ktoś nagle szybko wbiegł do sali, jednak dość niezdarnie. Przewrócił dwóch kelnerów, cicho mamrocząc ‘przepraszam’ i ‘wystawcie rachunek na moją siostrę’, a wylany alkohol wylał się na jego blond włosy jak żel. Jego garnitur też już coraz mniej przypominał biały kolor.
- Alicja? Jamie?! – krzyknął rozpaczliwie, nie kierując głowy w żadnym konkretnym kierunku. Niektórzy patrzyli na niego jak na wariata, jednak szybko wrócili do swoich spraw. Alicja szturchnęła Jamie i wskazała chłopaka kieliszkiem – Czy to nie Luke?
Jamie skinęła niepewnie głową. Podeszły szybko do blondyna, stukając obcasami. Rzeczywiście był to Luke.
- Luke? Co się stało? – spytała Alicja, ściskając lekko jego nadgarstek lepiący się od lepkiego alkoholu. Szybko odwrócił głowę w jej stronę, wyczuwając ruch i zaczął tonąc w natłoku własnych słów.
- On.. złapał mnie, próbował zaatakować Samanthę – wyseplenił i szybko przełknął ślinę – Nie możecie wychodzić z willi. Oni tu są. Prawdopodobnie złapali też Hayley, Cade’a i Ethana.
- Co? – spytała Jamie, zatykając uszy przed dość głośną już muzyką.
- Chodźmy na górę - zaproponowała Alicja, wskazując schody. Jamie skinęła głową. Alicja złapała Luke’a za rękę i zaczęła prowadzić.
- Przepraszam – powiedziała, przepychając się w grupie gości. Po jakiejś minucie w końcu udało im się dotrzeć do kolorowych schodów. Gdy znaleźli się na górze, wszyscy troje odetchnęli z wielką ulgą.
- Opowiedz wszystko po kolei – poleciła Alicja, podwijając sukienkę i siadając na schodach. Jamie zrobiła to samo. Luke wciąż był zdyszany i zmęczony po biegu, więc również usiadł.
- Co dokładnie się stało? – spytała Jamie.
- To był chłopak. Nie powiem wam jak wyglądał, wiecie, ale wziął mnie pod nóż i… chyba chciał gdzieś zabrać, nie jestem pewien. Po chwili trafiliśmy na Samanthę. Zaczęli chwilę rozmawiać.
- O czym? – przerwała mu Alicja, patrząc na niego podejrzliwie.
- Nie wiem, nie pamiętam dokładnie. Ogólnie zaczęła się jakoś z nim droczyć i mu dogadywać.
- Cała Sam – podsumowała Jamie.
- I potem co? Jak uciekłeś? – spytała zniecierpliwiona Alicja.
- Gdy tak gadali, skorzystałem z okazji i walnąłem go laską – powiedział, podnosząc laskę w lewej dłoni – Potem szybko przybiegłem go was.
Jamie i Alicja zamrugały. Nie zauważyły jej wcześniej.
- Nieźle! – krzyknęła Alicja i przybiła z Lukiem piątkę.
- Ale jak uciekłeś… to co stało się z Samanthą? Mówiłeś, że się na nią natknęliście.
- Wybacz, ale byłem zbyt zajęty ratowaniem swojej ślepej d**y – warknął sarkastycznie, rozdrażniony – A jak myślisz? Jak mogłem ZAUWAŻYĆ, co się z nią stało?
Jamie przewróciła oczami. Nie widział tego.
- Okeeej… - Alicja zaczęła powoli mówić – Chodźmy do kuchni. Pewnie chce Ci się trochę pić po tej całej sytuacji.
- Dobry pomysł – mruknął, wciąż nerwowy i ruszyli długim korytarzem. Alicja nagle zmarszczyła brwi i zaczęła błądzić wzrokiem po ścianach, nasłuchując. – Słyszeliście to?
Luke i Jamie pokręcili głowami. Alicja jednak nie dawała za wygraną.
- Jestem pewna, że coś słyszałam.
- Pewnie muzykę z dołu – odparła sennie Jamie.
- Też to teraz słyszę – zaalarmował Luke, idąc za źródłem dźwięku. – To brzmi jak piosenka.
- Może dzwoni telefon w którymś z pokoi? – podsunęła Jamie, niezbyt przekonana do własnego pomysłu.
- Może, ale… - Alicja szła za Lukiem. Zatrzymał się przed pokojem, w którym nigdy nie byli.
- Otwarte. Wchodzimy? – spytał niepewnie Luke.
- Wchodzimy – zdecydowała i splotła jego palce ze swoimi. Uśmiechnął się przelotnie, czują nagły przypływ odwagi. Otworzyli drzwi z głośnym stęknięciem. Teraz dźwięk był jeszcze wyraźniejszy i intensywniejszy.
‘Wlazł kotek na płotek i mrugaaa…’
Jamie zapaliła światło w pokoju i ruszyła za przyjaciółmi w stronę balkonu. Zauważyli.. czyjąś nogę leżącą na posadzce za szybą.
- Czy tam jest jakiś trup? – powiedziała przestraszona Jamie.
- Nie wiem. Wiem jedynie, że drzwi są zamknięte – syknął Luke, usilnie starając się przekręcić białą klamkę. Bez skutku. Złapał laskę jak kij bejsbolowy i walnął nią z całej siły w szklane drzwi od balkonu. Szkło rozpadło się na setki malutkich kawałków. Sięgnął dłonią w świeżo zrobioną dziurę i otworzył drzwi od środka.
Jamie i Alicja patrzyły na to ze zmieszanymi minami, ale nic nie powiedziały. Weszli na balkon.
‘Taka to piosenka…’ usta Ethana nagle się zamknęły. Razem z Cade’m leżeli, obwiązani linami przywiązanymi do barierki.
Alicja zilustrowała Luke’owi sytuację i tamten zmarszczył brwi.
- Kto was przywiązał?
- Jakiś chłopak w białej bluzie – powiedział lekko zmęczonym głosem Cade, prostując w stronę Alicji i Jamie związane nadgarstki – Pomocy?
***
Hayley wierciła się, próbując się uwolnić, nic to jednak nie dało.
Ciemnowłosa dziewczyna przygniatała ją całym swoim ciałem z potworną satysfakcją, jakby właśnie wygrała na loterii. Jej małe, szare oczy wpatrywały się w nią bacznie.
- Pomocy! – krzyknęła Hayley, patrząc z nadzieją na grupkę imprezowiczów w basenie obok.
- Nic ci to nie da – odparła Crystal znudzonym głosem – Pewnie myślą, że się całujemy.
Hayley westchnęła beznadziejnie i wywróciła oczami.
- Czego chcesz, Crystal?
- O – jej oczy nagle wydały się większe i bardziej szare, niż zazwyczaj – Jednak pamiętasz.
- Trudno zapomnieć – Hayley splunęła na trawę prowokująco – Tylko ty mogłaś wpaść na taki pomysł, jak zaatakowanie mnie na własnej imprezie.
Crystal nie spodobała się ta zaczepka. Przycisnęła łokieć do piersi Hayley, uniemożliwiając jej zaczerpnięcie oddechu. Hayley nie dawała jej jednak tej satysfakcji i przeczekała bolesną chwilę w milczeniu, przez chwilę słysząc tylko bicie własnego serca. Gdy Crystal puściła, zaczęła szybko oddychać.
- Jesteś okropna. Nie dość, że pieprzysz się z własnym bratem, to jeszcze dobierasz się do mnie – wysapała Hayley, jednak szybko tego pożałowała. Crystal sięgnęła po nóż i przejechała delikatnie jego ostrzem po policzku Hayley. Chwyciła ją za końcówki włosów i szybkim ruchem odcięła garść włosów, napawając się pełnym bólu krzykiem dziewczyny.
- Ani słowa, Hoover – powiedziała, trzymając jej kolorowe włosy pomiędzy palcami jak zdobycz – To ja teraz mówię.
Hayley chwilę walczyła ze sobą, jednak nic nie powiedziała. Zagryzła wargę tak mocno, że po chwili poczuła słodki smak własnej krwi.
- Nie zrozumiałyśmy się – Crystal pochyliła się nad Hayley – nie chcę Cię skrzywdzić. Przynajmniej nie teraz. Po prostu słuchaj.
Hayley zaczęło trochę brakować powietrza, jednak wciąż się nie odzywała. Guziki jej własnej katany zaczęły wbijać się w jej piersi z wielkim bólem przez napierający na nią ciężar Crystal.
- Po prostu chcemy was ostrzec, to wszystko. Dajcie sobie spokój z tą całą dziecinadą. Wiemy, że Kaptur wysłał was, by szukać tych całych… Przedmiotów. – Crystal cicho jęknęła. Robiło jej się trochę niewygodnie, leżąc na ciele Hayley – Po prostu się to nam nie podoba. A dobrze wiesz, co możemy zrobić, gdy coś nam się nie podoba. Rozumiesz? – spytała, zsuwając się trochę z dziewczyny, by tamta mogła mówić.
- W zasadzie jedno – Hayley przełknęła ślinę – Na cholerę ten tunel w studni i skąd się tam wziął?
- Był tam już wcześniej. Nie powiem ci więcej. Odpuść i przekaż to swoim koleżkom. Inaczej może stać się coś znacznie gorszego.
Hayley nie odzywała się już. Wiedziała, że tym razem nie dowie się niczego pożytecznego. Rozejrzała się i starała obmyślić strategię, jak zakończyć to spotkanie. Gadki Crystal zaczynały ją nudzić. Spojrzała z obrzydzeniem na pasmo swoich włosów, które Crystal trzymała w dłoni z szyderczym uśmiechem. Oblizała ślinę z ust.
Teraz.
Poderwała głowę i ramiona z ziemi z całej siły, jaką zgromadziła i powaliła Crystal na trawę. Tamta próbowała się opierać, jednak Hayley przygwoździła ją do ziemi z taką samą siłą, jak ona wcześniej ją. Zdzieliła ją pięścią w policzek i drugą pięścią w głowę, przyciskając kłującą część pierścienia do jej czoła. Crystal krzyknęła z furią i wyciągnęła z rękawa nóż, którym zamachnęła się i trafiła Hayley w obojczyk. Pod imprezową kataną poczuła krew.
- To koniec, Hoover – syknęła Crystal, przygotowując się do ostatniego, zabójczego ciosu.
***
Samantha zamarła z otwartymi ustami. Znowu poczuła ten nieprzyjemny, mocny chłód.
‘Nie, nie teraz…’
Spojrzała z furią na Nathaniela, wyobrażając sobie, jakby na tej jego perfekcyjnie czystej i białej bluzie wyglądała krew. Podniosła nogę z zamiarem kopnięcia go, jednak było już za późno.
Świat stanął. Była posągiem z lodu, jak wszyscy dookoła. Nic nie czuła, ale widziała. Nathaniel wyszczerzył zęby z kieszonkowym, błękitnym zegarem w ręku. Wciągnął mroźne powietrze przez zęby i podniósł nóż, który wcześniej upuścił, po czym podszedł do Samanthy. Odepchnął ją z całej siły i runęła na trawę jak figura z kamienia, po czym Nathaniel przycisnął na zegarku pewien przycisk, powodując rozbłysk błękitnego światła.
Samantha szybko otworzyła oczy i próbowała wstać, jednak pochylał się nad nią Nathaniel. Syknęła. Miał nóż.
- Szkoda byłoby zniszczyć taką piękną buźkę – zamruczał, szczypiąc jej policzki szorstkimi palcami – Crystal prawdopodobnie właśnie… hmm, rozmawia z Hayley, ale tobie też mogę powiedzieć sekret. Chcesz usłyszeć sekret? – spytał, bawiąc się jej włosami.
- Łapy, kuźwa, przy sobie – warknęła Samanatha i szybko kopnęła chłopaka w plecy, zmuszając go do zgięcia się a potem poprawiła mu, niemal miażdżąc jego czaszkę glanem.
Szybko wstała. Chwilowo zyskała trochę czasu jednak nie wątpiła, że chłopak zaraz zaatakuje ją ponownie. Ujęła różdżkę twardo w dłoni, która dygotała ze strachu i zmęczenia. Przypomniała sobie, jak Ethan użył jej w trakcie walki przed willą kilka dni temu. Jak strzelały z niej kolorowe pociski niczym z karabinu. Przypomniała sobie wszystkie filmy i książki czarodziejach, jakie znała. Przybrała pozę, która wydawała jej się odpowiednia – szeroko rozstawione nogi, jakby szykowała się do szpagatu i wyprostowane plecy.
‘No dalej…’
Nathaniel pokiwał krzywo głową.
‘Powoli odzyskuje siły’, pomyślała przerażona. Chłopak znajdował się kilka metrów więcej i wiedziała, że nie ma sensu uciekać dalej. ‘No dalej…’
Skupiła się i zacisnęła powieki. Nathan już wstał. Zaczął otrzepywać ubrania, po czym ruszył w jej stronę lekkim krokiem, pod wpływem bólu głowy.
‘O Boże, o Boże, O Boże…’
Nagle z różdżki wystrzelił przezroczysty, zakręcony kształt. Była to pętla, kręcąca się w powietrzu niczym podkręcona piłka. Trafiła Nathaniela w szyję i z wielkim ‘co jest?’ na twarzy poleciał do tyłu, lądując na plecach z wielkim krzykiem bólu.
‘Nieźle!’, pomyślała. Jednak po chwili wyraz jej twarzy się zmienił. Spojrzała na różdżkę i na swoje dłonie, wyobrażając sobie krew. ‘Czy ja go właśnie…’
Myliła się. W ciemności po chwili znowu pojawił się biały kształt na tle zielonych krzaków. Wymierzyła różdżkę, jednak tym razem był szybszy i zwinnie unikał jej pocisków, skacząc w krzaki lub rośliny po ogrodzie. Po paru sekundach odgarnęła z czoła włosy i pot, po czym westchnęła.
‘Jest szybki’, pomyślała. ‘I zbliża się’
Schowała różdżkę za pasek dżinsów, kręcąc zrezygnowana głową. ‘Teraz mi się nie przyda. Teraz liczy się szybkośc’. Wyciągnęła nóż. Jego ostrze lekko świeciło w słabym świetle księżyca. Wzięła głęboki oddech.
Nathaniel wciąż się zbliżał. Wyplunął kawałek kwiatu z ust i otarł usta pięścią. Gdy znalazł się w odległości około 10 metrów od Samanthy, zaczął szybko biec. Głowa wciąż bolała go po upadku, starał się jednak zlikwidować pulsujący ból i utrzymać względną równowagę.
Odgarnął kosmyk gęstych włosów z czoła, wypuszczając głośno powietrze. Rzucił się w jej stronę, jednak zdążyła szybko odskoczyć. Z przerażeniem stwierdziła, że wskoczyła w krzak. Wpadła w pułapkę.
Włosy przykryły jej całą twarz i poczuła ich końcówki pomiędzy zębami. W ustach poczuła też liście. Wypluła je szybko i wyciągnęła nóż, po czym starała się szybko wstać, by uciec przed ewentualnym atakiem, jednak Nathaniel był szybszy. Zaszedł ją od tyłu i nacisnął przycisk na tarczy zegara, jednak nie puścił go, co spowodowało tylko lekkie zwolnienie czasu. Kopnął Samanthę w łydkę i zsunęła się ona na trawę w zwolnionym tempie.
Puścił przycisk i wszystko wróciło do normalnego stanu. Przyłożył nóż do krtani Samanthy, która leżała obolała na ziemi.
Wzięła głęboki oddech. Możliwe, że jej ostatni.
***
Hayley zakręciło się w głowie. Jedyne, co było w zasięgu jej wzroku była Crystal, jej srebrzysta ubranie i szalone, szare oczy wpatrujące się w nią jak z zwierzynę. Gdy lekko odchyliła głowę, mogła zobaczyć kawałek ciemnozielonej trawy. To było wszystko.
Czuła dziwną pustkę, jakby coś było nie tak. ‘Czy tak wygląda śmierć?’, pomyślała dziwnie spokojna. ‘Czy tak czuli się moi rodzice na chwilę przed tym, gdy podcięto im gardło? Czy tak czuł się Luke, ostatni raz widząc świat?
Zamknęła oczy. Nie chciała by ostatnią rzeczą, jaką zobaczy była jej własna krew, rozbryzgująca się na całe jej ograniczone pole widzenia. Poczuła, jak jej pierścień lekko pulsuje. Mimo, że jeszcze godzinę temu czuła, jakby był częścią jej, wszystko się zmieniło.
‘Wtedy świecił na czerwono. Czerwono jak krew’, wspominała. Wywołała ogień, niemal doprowadzając do pożaru całego ogrodu, a może i nawet willi. Nieświadomie. Nie czuła się już tak pewnie, trzymając go na własnym palcu.
To jednak nie miało teraz znaczenia. Musi działać szybko. ‘Nie mogę pozwolić, by Luke został sam. On mnie potrzebuje’
Poczuła bicie własnego serca, które niemal wyskoczyła z jej piersi. ‘On mnie potrzebuje’
- To koniec, Hoover – usłyszała słowa Crystal, które zadudniły w jej zakutych kolczykami uszach.
‘Nie. On mnie potrzebuje…’
Zacisnęła zęby i powtórzyła to w myślach jeszcze raz, i jeszcze. Była to dla niej motywacja, przyśpiewka dodająca sił.
Crystal zaciskała nogi Hayley swoimi, tak samo brzuch i klatkę piersiową. Łokciem unieszkodliwiła jej rękę z pierścieniem, przyciskając ją do trawy. Lewa była względnie wolna, gdyż Crystal trzymała nóż i nie miała jak ją zablokować, jednak w tej pozycji Hayley nie mogła nią nigdzie sięgnąć. Twarz lub broń Crystal były za wysoko. Nagle w głowie Hayley Hoover zaświtał plan.
- Nie sądzę – powiedziała z mocą i oparła się lewą ręką o trawę, starając się uwolnić nogi. Crystal zakołysała się pod wpływem nagłego ruchu dziewczyny, a ostrze jej noża wbiło się w ziemię tuż obok ucha Hayley. Nie było to jednak teraz ważne. Miała wolne nogi! Szybko wstała, nie dając Crystal więcej czasu do namysłu nad tym, co przed chwilą się stało i powaliła ją kopniakiem w szczękę.
- A niby gry video są bezużyteczne – mruknęła sama do siebie z lekkim zadowoleniem Hayley, otrzepując ubrania. Crystal zaczęła pluć krwią, leżąc obok Hayley. Jej ciało zaczęło drgać.
- Wiesz – przemówiła Hayley, która odzyskała już pewność siebie i swoją charakterystyczną nutkę humoru w głosie – To całe całowanie się z tobą było niezłe, aż mi gorąco, ale muszę spadać – powiedziała, wysłała jej całusa i odeszła kawałek. Uśmiechnęła się, gdy po chwili usłyszała głos dziewczyny.
- To nie koniec, Hoover – powiedziała, wstając z małej kałuży krwi, jednak na jej twarzy nie było już szyderczego uśmiechu.
- Zabawne – zachichotała Hayley i spojrzała na nią z wyższością – Przed chwilą, gdy trzymałaś nóż przy mojej szyi, mówiłaś coś odwrotnego.
- Wrócimy. Możesz być pewna. Wtedy twoich przyjaciół nie będzie już w pobliżu. Może nawet nimi zajmiemy się najpierw.
Ciężko było brać na poważnie słowa plującej krwią wariatki, niemniej jednak Hayley zaniepokoiła się. Znowu wróciła do niej wydarzenia, których nie mogła usunąć z pamięci. Zabicie rodziców, okaleczenie Luke’a. Była wtedy kompletnie sama, bezbronna.
Teraz jednak się to zmieniło. Był tu Cade, z tą swoją irytującą obsesją na temat swetrów. Była Jamie ze swoimi uroczymi, kręconymi włosami. Był Ethan, który rozśmieszał ich nawet w najgorszej sytuacji. Była Samantha, mocna i silna towarzyszka. Była nawet Alicja. I Luke, jej brat Luke, którym musiała się opiekować i chronić go, tak jak on ją.
Spojrzała na Crystal z szerokim uśmiechem. Uniosła pięść prawej dłoni. Pierścień zapulsował kolejno błękitnym i zielonym światłem, oświetlając jej brudną od krwi twarz.
- Co do… - zdezorientowana dziewczyna zaczęła unosić się w powietrzu. Hayley do niej mrugnęła i skierowała pięść w stronę ogromnego basenu.
- Nie! – krzyknęła Crystal rozpaczliwie i z wielkim pluskiem tam wpadła. Woda dosięgła nawet Hayley.
- Pa! – pomachała jej i zaczęła biec.
***
Samantha sapała ze zmęczenia, a ostrze noża łaskotało jej szyję.
- Nie powinienem Cię zabijać – powiedział Nathaniel – Właściwie to jestem pewien, że Crystal by mnie zabiła, gdybym to zrobił. To znaczy… To dziwnie zabrzmiało. Nieważne. Ale pokusa jest duża, nie sądzisz?
Samantha tylko westchnęła ze zmęczenia. Czuła się już znużona tymi wszystkimi ‘wielkimi gadkami’. ‘Jeśli chcesz mnie zabić, po prostu to zrób’, pomyślała, jednak mimo wszystko nie powiedziała tego na głos. Nathan wydał się jej o wiele słabszy i mniej zdecydowany, niż dziewczyna którą zaatakowała wcześniej Hayley i Samanthę. ‘Czyli Crystal’. Tak, to miało sens.
Ze zdziwieniem stwierdziła, że również ogarnął ja spokój. Opuściła ją wola walki i przeżycia za wszelką cenę. Czuła się, jakby ze znużeniem oglądała setny raz ten sam film, gdzie zwroty akcji nie wywołują już ciarek na plecach, tylko ziewanie i senność.
‘Dokładnie tym to się wszystko stało – nudnym filmem’. Nathan patrzył na nią zagadkowo, jakby czegoś oczekiwał.
- Masz nawet ładne włosy – powiedział całkiem zwyczajnie, jakby próbował ją zaprosić na wiosenny bal – Przynajmniej nie dostaję oczopląsu, jak przy tych Hayley. Żółć, czerń, zieleń. Zieleń to taki relaksujący kolor…
‘Serio, koleś, co jest z tobą nie tak?’ Nie wiedziała, czy to zwykłe zmęczenie spowodowane późną porą czy może ciekawość, ale nie zamierzała nic robić. Była ciekawa, jak sprawy potoczą się same. Ciemnowłosy chłopak nie wyglądał jej na zimnokrwistego mordercę. Wiedziała, że ryzykuje takim myśleniem i w każdej chwili może umrzeć, ale…
- Dlaczego ze mną nie rozmawiasz? – spytał Nathaniel, niemal z pretensją w głosie. – Śmierć w bólach, krzykach jest przereklamowana. I jeśli masz zamiar pytać to tak, chyba Cię zabiję. Ale nie musimy robić tego tak banalnie. Jak i tak zginiesz, to powiedz coś o sobie. Może kiedyś napiszę książkę – zaśmiał się dziwnie spokojnie.
‘Jest albo psychopatą – pomyślała Samantha – albo kompletnym idiotą’. Niemniej działało to na jej korzyść. Choć poczuła się trochę rozczarowana faktem, że jej potencjalny zabójca był taki beznadziejny.
Nagle Samantha usłyszała głośny plusk. Basen był po drugiej stronie ogrodu i przez drzewa i rośliny nie było go stąd widać, jednak odgłos ten usłyszało chyba całe Beverly Hills. Nathaniel również się obruszył. Zaczął instynktownie obracać głową, luzując chwyt noża przy szyi Sam.
To była jej szansa, ale… pomyślała o jego spokoju i opanowaniu w każdej chwili .’Jest na to za sprytny. I jeszcze jest ten zegarek’. Jednak byłaby głupcem, gdyby nie spróbowała. Szybkim ruchem uniosła dłoń, starając się trafić Nathaniela w twarz, jednak zgodnie ze swoimi podejrzeniami, chłopak tylko się zaśmiał. Szybko uniknął ciosu i docisnął głowę Samanthy mocniej do ziemi. Spodziewała się tego. Oblizała usta.
- Na co ty czekasz? Puść mnie, albo zabij. Chcesz buziaka czy co? – zakpiła, on jednak tylko pokręcił głową z niesmakiem.
- Obawiam się, że to też by się za bardzo nie spodobało Crystal.
‘Zaraz dostanę szału’, pomyślała. ‘Skąd ty się urwałeś?’ Musiała jednak przyznać, że był zwinny i szybki. Crystal rzucała się w morderczym szale, on jednak przykładał się bardzo do każdego ruchu.
Nagle jednak stało się coś dziwnego. Nathaniel zaczął unosić się w powietrzu, podnoszony niewidzialną siłą. Samantha zauważyła zaskoczene na jego twarzy. ‘Tego się nie spodziewałeś, co? Choć w sumie ja też nie’
Zamrugała szybko oślepiona nagłym, zielonym blaskiem. Mignął mocno jeszcze raz, aż w końcu Samantha zauważyła rysującą się w oddali sylwetkę Hayley. Wszystko wstała i pobiegła w jej stronę.
- Nic ci nie jest? – spytała Hayley, na co Samantha energicznie pokiwała głową. Obie skupiły wzrok na lewitującej w powietrzu postaci.
- Twoja siostra pływa sobie w basenie i myślę, że nie chciałbyś do niej dołączyć. Odejdź, Nathan.
Nathaniel, po usłyszeniu słów Hayley zamrugał pytająco i spróbował przybrać leżącą pozę w powietrzu. Gdy mu się udało uniósł dłonie w poddańczym geście.
- Poczekam na nią.
Hayley pokręciła ze znużeniem głową, jakby dziesiąty raz usłyszała ten sam żart i machnęła ręką, a Nathaniel ciężko wylądował na ziemi.
- To nie koniec, suki – wszyscy trzej usłyszeli znajomy głos. Crystal szła w ich kierunku parskając, by pozbyć się wody z ust. Jej kurtka i spódnica były kompletnie przesiąknięte wodą, która kropelkami kapała na trawę. Cały jej makijaż na twarzy rozmazał się, powodując przerażający widok. Jej szare oczy były ledwie widoczne w ogromnej ilości czarnego tuszu dookoła oczu, a jej szminka na ustach rozcieńczona wodą stworzyła niemal idealne koło na dolnej połowie twarzy dziewczyny. Cały ten widok skojarzył się Hayley z klaunem i zaniosła się głośnym śmiechem. Samantha nieśmiało jej zawtórowała. Nawet Nathan zaczął się śmiać. Jego gęste włosy były pełne ziemi i trawy.
Crystal syknęła ze złości i wykrzywiła swoje świeżo umyte przez wodę zęby. Hayley, która śmiała się dobrą minutę wyciągnęła z kieszeni telefon i zrobiła zdjęcie, ledwie powstrzymując chichot.
- Ok, tweetnij – zaczęła szybko klikać coś na ekranie i schowała go po chwili do kieszeni. Wciąż lekko się śmiała, jednak odchrząknęła poważnie.
- Dobra, koniec tego dobrego – machnęła ręką z pierścieniem, brutalnie przysuwając do siebie leżącego na ziemi Nathaniela. Stęknął z bólu i złapał się za kark – Gdzie są Cade i Ethan?
Wskazał jej balkon, gdzie znajdowały się już trzy osoby zmagając się z węzłami – Już ich znaleźli – wychrypiał.
- Dobrze. Możecie odejść – powiedziała spokojnym głosem Hayley i uniosła Nathana w powietrze, po czym cisnęła nim w stronę mokrej dziewczyny. Niezdarnie wstali i Crystal wyciągnęła plecak z pobliskich krzaków, po czym rzuciła go bratu. Zaczął wypakowywać niezbędny sprzęt, idąc w stronę studni.
- Nigdy więcej się tu nie pokazujcie – warknęła Hayley w stronę Crystal, która wpatrywała się w nią złowrogo.
- Wrócimy, możesz być pewna. O, i nie zapomnij patrzeć na niebo o drugiej.
Hayley zmarszczyła ze zdumieniem brwi, nie odezwała się jednak ani słowem. Gdy postaci Nathaniela i Crystal zniknęły w studni, spojrzała na balkon, a potem na Samanthę.
- Chodź. Trzeba pomóc tym gamoniom.
***
Cade spojrzał na wielki zegar w owalnej, imprezowej Sali.
1:50
Przełknął lekko ślinę i poruszył nadgarstkiem. Miło było robić to swobodnie po około godzinie bycia związanym w niewygodnej pozycji.
Gdy Jamie i Alicja ich rozwiązały, spotkali się z Hayley i Samanthą w sali balowej, by chociaż chwilę poczuć się jak na normalnej, zwyczajnej imprezie. Wszyscy tego potrzebowali. Z tego co opowiedziały jemu i Ethanowi, Hayley i Sam miały za sobą ciężkie godziny. Gdy Cade zauważył zmęczoną i z postrzępionymi ubraniami Hayley pierwsze co zrobił, to szybko ją przytulił. Zrobiła zmieszaną minę, jednak nie zaprotestowała. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo się o nią martwił przez cały ten czas.
Jednak to, co się stało, wydarzyło się na oczach wielu ludzi. Cade był trochę zaniepokojony tym faktem, jednak Hayley przekonała go, że nie ma się o co martwić. Większość imprezowiczów była mocno wstawiona i nie pamiętali własnego imienia. Dla udowodnienia swoich słów podeszła do najbliższego chłopaka i głośno spytała ‘Widzicie?’ gdy odpowiedział, że nazywa się Mayley Roover.
Cade rozejrzał się po sali. Imprezowiczów wciąż było sporo, choć nie tak dużo, jak na początku. Kobiety z kwartetu smyczkowego powoli przygotowywały się do zakończenia i grały spokojną melodię na skrzypcach. Jamie rozmawiała z Alicją, a Samantha i Ethan popijali drinki, rozglądając się dookoła i słuchając relaksacyjnej muzyki. Nie zauważył Hayley i rozejrzał się zdezorientowany. Zauważył jej sylwetkę na kolorowych schodach prowadzących do góry. Uśmiechała się nieśmiało i skinęła, by poszedł za nią. Posłuchał od razu.
Poprowadziła go na najwyższe piętro, tuż pod dachem. Udał ziewnięcie, by ukryć swoje zmęczenie. Przeszli jeszcze kawałek korytarzem. Zdał sobie sprawę, że nigdy tu nie był. Ściany były zielone, a podłoga czarna, wyłożona kafelkami. Jak zwykle, wystrój w tym konkretnym miejscu nie pasował do reszty domu.
Hayley szła lekkim krokiem, cicho stukając butami na średnich obcasach. Gdy doszli do celu, Hayley przekręciła klamkę i weszli. Zamarł. Był to ogromny balkon.
- Piękny – wydukał. Balkon był wielkości średniego pokoju ze srebrnym, lśniącym czystością parkietem.
- Widok jest jeszcze lepszy – powiedziała Hayley, a jej tęczowe włosy powiewały na nocnym wietrze. Kochał je. Kochał patrzeć na ich płynny, lekki ruch, gdy mieszały się wszystkie barwy.
Podszedł do barierki. Była koloru czegoś na pograniczu żółci i brązu. Ale Hayley miała rację – widok był jeszcze piękniejszy. Z tego punktu można było ogarnąć wzrokiem cały ogród, a nawet więcej. Cade widział rysujące się w oddali Beverly Hills, które nocą prezentowało się wspaniale. Różnej wielkości budynki emanowały białym, oślepiającym światłem. Cade uśmiechnął się na ten piękny widok.
Rozejrzał się jeszcze raz po balkonie i pokiwał głową z uznaniem.
- Cóż, tutaj to mógłbym być przywiązany.
Hayley zaśmiała się, odsłaniając śnieżnobiałe zęby. Cade zauważył na nich kawałki ziemi, prawdopodobnie pozostałości po walce, nie chciał jednak niszczyć sobie tego wrażenia. Zdezorientowana ciekawskim wzrokiem zaczęła dłubać paznokciem w zębach.
- Co się tak… ou – spojrzała na mokrą grudkę ziemi i zaśmiała się – Ta, to raczej niezbyt romantyczne.
Cade zrobił krzywą minę i pokręcił głową, co zaowocowało kolejnym, słodkim śmiechem dziewczyny. Przysunął na barierce swoją dłoń do jej dłoni. Spojrzała na niego niepewnie, on jednak już się nie zastanawiał. Przysunął swoje usta do jej ust i pocałował tak, jak nigdy dotąd nie całował Alicji. Jej usta smakowały jak poranna herbata i kwaśne słodycze. Oparł dłonie o jej ramiona, a ona objęła jego szyję delikatnymi dłońmi, łaskocząc go paznokciami.
Nagle na zewnątrz wystrzeliły fajerwerki. Zszokowani, oderwali się od siebie i spojrzeli na przepiękne, kolorowe kształty na niebie. Hayley, pamiętając tajemnicze słowa Crystal, zaczęła wypatrywać czegoś szczególnego.
Nagle rozległ się ogromny huk, gdy jednocześnie wystrzeliło kilka fajerwerków niczym seria pocisków z karabinu. Ułożyły się one we wzorzyste litery, które z kolei układały się w czytelne słowa.
- To jeszcze nie koniec. Wrócimy – przeczytała Hayley, lekko mrużąc oczy by odczytać wymyślną czcionkę. Spojrzała z rozbawieniem na Cade’a.
- Pieprzyć to – powiedziała i znowu go objęła, po czym uroczyła długim, namiętnym pocałunkiem.
Podziękowania dla autora posta:
Nillay
Nillay

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 20223$
Podziękowania: 5785
Posty: 3556
ocenił na: 0
W porównaniu z pierwszymi rozdziałami, te ostatnie prezentują się bardzo dobrze. Wciąż są jakieś mankamenty, powtórzenia, czy coś, ale ogólnie to się Duplo wyrabia ; )

Co do samego rozdziału - dużo akcji skumulowanej w ciągu jednej nocy, podobało mi się. xD
Ogólnie wydaje mi się, że Nathan - mimo iż jest szybki, silny, etc. - jest strasznie nieporadny. xD
Crystal nosi tu spodnie. Wgl. to to jest jakieś kazirodztwo, c'nie? Hayley mówiła, że są rodzeństwem XD
Ostro, siostro xD I tak ich lubię. xD

Trochę rani mnie fakt, że Cade tak wystawia Alice, ale Duplo ma słabość do Hayley, więc inaczej być nie może. :/
Czekam na kolejny ; )
_____
www.facebook.com/MojaDubWalka
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING DUBBING
DUBBING DUBBING DUBBING DUBBI
Sygnatura•••
Podziękowania dla autora posta:
Duplo65
Duplo65

Płeć:
Dołączył:
Punkty: 529$
Podziękowania: 1922
Posty: 3834
Ostrzeżenia: 2/7
ocenił na: 0
Rozdział 23

'Strażnicy'

Michelle gwałtownie otworzyła oczy, jednak było to bezcelowe. Przez krótką chwilę wydawało jej się, że oślepła, jednak poczuła fetor i lekki ruch czarnej chusty, która ktoś obwiązał jej wokół twarzy, zakrywając oczy.
Przez lekkie, rytmiczne kołysanie Michelle pomyślała z przerażeniem, że znajduje się na morzu, jednak to nie było to – poczuła silny ucisk na kolanach i udach, a po chwili usłyszała nawet odgłos towarzyszący ruchowi skórzanych butów i ciężkiej, płytowej zbroi. Ktoś ją niósł.
Skrzywiła się, trochę przez smród chusty, a trochę przez własną, beznadziejną pozycję. Ktoś niósł ją jak worek kartofli, jak zabawkę, przerzucając sobie Michelle przez ramię i ściskając ją żelaznym uchwytem za nogi.
‘Co się właściwie stało?’ Ostatnie, co pamiętała to uczta w zamku Strażników Przedmiotów i brawurowy występ przystojnego Raphaela, Strażnika Pierścienia. W ustach wciąż czuła słodki smak barwnego owocu, którego spróbowała dzięki…
‘Niemożliwe. Odurzyli mnie’, uświadomiła sobie z odrazą. ‘Jestem teraz jedną z nich, Strażniczką, Strażniczką Medalionu. Jak mogli to zrobić?’ Mimo niewygodnej pozycji, w jakiej ktoś ją niósł, mogła poruszać rękoma. Po chwili z ulgą wymacała medalion, który ciężko zwisał z jej szyi i poruszał się z każdym krokiem osoby, która ją niosła.
‘Zemdlałam. Odurzyli mnie’. Mimo kilkakrotnego powtarzania tego w myślach wciąż wydawało jej się to niewiarygodne i aroganckie. ‘Może to tylko próba. Test’. Jej blond włosy przez pozycję głowy drażniły jej powieki, łaskotały również nos i wargi. ‘Mama zawsze mówiła, żebym je ścięła’, pomyślała i zesmutniała na myśl o matce. Jest tak daleko stąd...
Syknęła, gdy odkryła, że jej ciepły oddech nie mógł się wydostać przez chustę. Poczuła go na policzkach i żołądek przypomniał jej wszystko, co dzisiaj jadła. Powstrzymała wymioty i postanowiła zająć myśli czymś innym.
Michelle wiele słyszała o tym, jak Strażnicy testowali swoich rekrutów. Sama przeszła wiele takich testów. By zostać chociaż branym pod uwagę do roli Strażnika i Władcy Przedmiotu, trzeba przejść wiele wyczerpujących fizycznie i psychicznie prób. Musiała nauczyć się walki bronią białą, jak również opanować sztukę obrony korzystając ze wszystkich dostępnych środków. Była wyszkolona w walce mieczem, sztyletem, włócznią a nawet zwykłym, prymitywnym nożem do krojenia mięsa. W dzieciństwie ojciec nauczył ją również korzystać z łuku, co okazało się dla niej bardzo przydatne w przyszłości. Pewnego razu trenerzy wypuścili wszystkich uczestników treningu na Strażnika do Bitewnego Lasu, miejsca, gdzie było więcej połamanych mieczy, strzał i krwi niż drzew. Był to las, w którym Strażnicy wygrali ogrom bitew i odparli ataki tysięcy przeciwników. Bitewny Las budził grozę we wszystkich, którzy postawili w nim swoją stopę. Nawet sami Strażnicy niechętnie patrzyli na owoc brutalnych, dawnych wojen. Uczniowie, w tym Michelle zostali wpuszczeni do las bez broni ani jakiegokolwiek prowiantu – wszystko musieli zapewnić sobie sami. Nie pomagał im w tym fakt, że Bitewny Las był zamieszkany przez niewielką ilość zwierząt. Każdy z nich otrzymał brązowy, miedziany pieniążek z liczbą od 1 do 20 (tylko tylu uczestników brało udział w tym teście), a zadaniem każdego z uczestników było chronienie własnej monety i zdobycie reszty, podstępem lub uczciwym pojedynkiem. Test ten sprawdzał zarówno inteligencję, sprawność fizyczną oraz umiejętność posługiwania się bronią. Michelle, która ostatecznie tę próbę wygrała, wcale nie szło łatwo. Swoją monetę straciła już pierwszego dnia i niemal została odsunięta od testu. Udało jej się jednak wystrugać ostrymi kamieniami dość niezdarny, lecz celny i wytrzymały łuk. Odrobina cierpliwości wystarczyła, by Michelle znalazła odpowiedni sposób na podejście i pokonanie swoich konkurentów. Jako, że była jedynaczką, pomagała ojcu w polowaniu na zwierzynę odkąd skończyła dziesięć lat. To nauczyło ją takich rzeczy jak stwierdzenie pory dnia po położeniu słońca, rozpalenie ogniska ze znikomą ilością chrustu czy skradanie się do czujnych zwierząt. Właśnie tak Michelle zaczęła myśleć o innych uczestnikach – jak o płochliwej zwierzynie. Stąpaj cicho i wsłuchuj się w dźwięku lasu, oddychaj głęboko i ostrożnie, ale pewnie stąpaj po ziemi. Stań się zwierzęciem, by złapać zwierzę. To były złote zasady, dzięki którym rodzina Michelle rzadko szła spać o pustych brzuchach. I tak właśnie zaczęła robić podczas próby. Połowę uczestników okradła bez problem, reszta jednak stanowiła mniejszy lub większy kłopot. Koniec końców Michelle Glowstar, z tuzinem sińców i zadrapań, wygrała.
Została Strażnikiem jak niegdyś jej, już nieżywy, ojciec. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że była to rzecz, która będzie napawać ją dumą do końca życia.
Teraz jednak sytuacja była inna. Częściowo zwisała głową w dół i została porwana. Spróbowała pomyśleć o tym wszystkim jak o próbie. Mogła uciec lub potulnie jak baranek czekać, aż potężny mężczyzna rzuci ją na ziemię (a przynajmniej miała nadzieję, że to zrobi) i obwieści koniec podróży. Ta druga opcja nie bardzo jej odpowiadała, więc zastanowiła się nad ucieczką. Czuła, że była w stanie to zrobić, jednak co dalej? Nie wiedziała, czy noszona jest pojedynczego mężczyznę bez orszaku, czy jednak jest to większa grupa niebezpiecznych mięśni i mieczy. Wsłuchała się w rytmiczne kroki. Brzmiały równomiernie i nie potrafiła stwierdzić, czy są to kroki dwóch, czterech czy stu stóp.
Wciąż była ubrana w szatę wyjściową, nie miała więc broni. Uśmiechnęła się. Oczywiście, że inne dziewczyny wybierając się na przyjęcie myślą tylko o kolorze swojej sukni i różnych bzdetach typu jak jeść posiłek, by wyglądać przy tym jak najbardziej elegancko, jednak nie Michelle. Uśmiechnęła się na myśl ukrytego noża w ciasnym gorsecie sukienki. Najwyraźniej nikt jej nie przeszukał, lub zrobił to niedokładnie.
Dobrze, powiedziała sobie w duchu. A więc ucieczka. Zaczęła szybko kiwać głową pod chustą i ściśniętymi silną ręką nogami. Nosząca ją osoba nie zdradziła się jednak i tylko wzmocniła uścisk. Michelle mimowolnie jęknęła z bólu.
Dosyć.
Delikatnym, ale silnym ruchem dłoni odepchnęła od siebie niosące ją ręce i kopnęła mężczyznę obcasem buta w twarz. Pod wpływem nagłego bólu puścił ją i Michelle upadła niezdarnie na ziemię. Instynktownie, gdyż chusta wciąż zakrywała jej oczy przeturlała się na bok i szybko wymacała rękojeść ukrytego noża. Wciąż pozostając w ruchu, by nikt jej nie zaskoczył rozdarła chustę na twarzy ostrym ostrzem i wyciągnęła przed siebie dłoń z nożem. Oczy napiekły ją od dziennego światła, szybko jednak oceniła sytuację.
W jej stronę zaczęło zmierzać pięciu, skrywających ciało pod stalową zbroją mężczyzn. Jeden coś wykrzyknął, zanim jednak zdążyła zrobić, co takiego, tuż obok jej ucha przecięła powietrze głowina lśniącego od słonecznego światła miecza. Szybko uskoczyła do tyłu, jednak nie zauważyła ostrej skały, która rozcięła dolną część jej sięgającej do łydek sukienki. Syknęła i szybkim ruchem porwała zaczepiony fragment – z dolnej części została tylko postrzępiona spódniczka. Poczuła chłód na odsłoniętych nogach.
Czynność ta zajęła jej jednak zbyt dużo cennego czasu. Inny mężczyzna kopnął ją tak mocno w brzuch, że zawyła z bólu. Udało jej się jednak wstać.
Sytuacja była beznadziejna. Jej nóż w porównaniu z mieczami przeciwników wyglądał niczym tępa igła i była narażona na atak z każdej ze stron przez miękką sukienkę, którą ich miecze mogły rozpruć tak łatwo, jak nóż wchodzi w masło. Mogłabym obezwładnić dwóch, pomyślała Michelle. Może nawet trzech. Ale nie pięciu.
Wszystkie szkolenia i treningi nie przyzwyczaiły jej jednak do dawania za wygraną. Odtwarzając w pamięci wszystkie ciosy i chwyty, jakich nauczyła się w ciągu kilku ostatnich lat, ruszyła do ataku.
Z ulgą zauważyła, że mężczyźni nieczęsto walczyli razem i drużynowy pojedynek wychodził im po prostu niezdarnie. Nie potrafili zsynchronizować swoich ruchów tak, by zaatakować Michelle równocześnie, co było bardzo jej na rękę. Zacisnęła nóżw zębach; na razie nie będzie jej potrzebny.
Rozpoczęła walkę od poznania ruchów i ciosów wroga, a także instynktownych nawyków, które wykonywali mimowolnie. Jeden z nich, któremu spod hełmu wystawały kruczoczarne włosy za ciężko obnosił się z bronią. Jego ciosy nie były szybkie, tylko powolne i niezbyt precyzyjne. Owszem, Michelle miałaby spory kłopot, gdyby w końcu ją trafił, była jednak zwinna i unikała jego miecza z dziecinną łatwością. Po jednym z takich ociężałych ciosów, gdy niemal trafił ją w skroń, przez dobre pięć sekund musiał zaczerpnąć powietrza. Wtedy powaliła go na ziemię kopnięciem błękitnego pantofla a zanim zdążył wstać, dziewczyna dzierżyła lekko w dłoni jego miecz. Zdzieliła go nim w plecy i jeszcze raz kopnęła, by upewnić się, że nie będzie jej już przeszkadzał.
Inny mężczyzna odrzucił swoją kopię na ziemię i z nienawistnym spojrzeniem szarych oczu rzucił się na nią szorstkimi jak papier ścierny dłońmi. Zamrugała, zdezorientowana, gdy z całej siły ścisnął jej kark. Poczuła, jak wbija w niego swoje zielono-żółte pazury – ściągnął nawet rękawiczki, by poczuć na swoich palcach jej krew. Syknęła i na oślep zaatakowała odsłonięte dłonie oprycha mieczem. Przeraźliwy jęk zarzynanej świni upewnił ją, że trafiła. Kopnęła go jeszcze z półobrotu w krocze, po czym zsunął się, obolały i upokorzony, na ziemię. Podniosła jego miecz – teraz miała oręż w obu dłoniach.
‘Zatańczmy!’
Gdy wymachiwała tak stalowymi mieczami, poczuła jak medalion zawieszony na jej szyi zaczyna pulsować błękitnym światłem. Nie była pewna, czy wynikało to z podniecenia walką czy może z innej, nieznanej jej siły. Poczuła w mięśniach dziwną rzecz – jakby ktoś wcisnął jej strzykawkę z adrenaliną. Siekała wrogów z jeszcze większą zwinnością i szybkością, niż przed momentem. Uchyliła się przed atakiem barczystego mężczyzny i zaatakowała go dwoma mieczami jednocześnie – pierwszym w skroń, a drugim w kolano. Opadł ciężko na ziemię.
Zostało dwóch. Z furią zaatakowali ją z dwóch stron, biorąc lekcję z porażek kolegów. Poczuła piekielny ból w plecach i w barku, któremu towarzyszył odgłos rozpruwanej, żółtej sukienki. Straciła równowagę i wylądowała plecami w świeżo powstałym po deszczu błocie. Gdy ledwo udało jej się wstać zdała sobie sprawę, że nie dzierży już dwóch mieczy, tylko jeden. Wyciągnęła z ust nóż i zablokowała nagły cios wroga, po czym kopnęła go w metalowy hełm na głowie tak mocno, że po chwili toczył się on po ziemi. W odsłonięte gardło przeciwnika wbiła nóż i patrzyła z oszołomioną miną na strumień krwi, który wywołała.
‘Co ja zrobiłam…’
Popatrzyła na swoje ręce i narzędzie zbrodni, po czym opuszkami palców dotknęła medalionu. Był tak gorący, że cicho jęknęła z bólu. Emanował mocnym, błękitnym światłem tak bardzo, że oświetlał teren dookoła Michelle.
Popatrzyła na ostatniego wroga. Spojrzał na cztery ciała, pokonane i leżące bezwładnie na ziemi i uciekł w las, potykając się przy tym. Był oszołomiony brutalnością dziewczyny. Jak ona sama.
Właśnie, las. Dopiero teraz miała okazję lepiej rozejrzeć się po okolicy. Znajdowała się na żółtej ścieżce, a z dwóch stron rozpościerał się zielony las. Był to jeden z królewskich lasów, które cechowały się żywo zielonymi i mocnymi liśćmi.
Michelle podeszła do najbliższego drzewa i dotknęła go z fascynacją. Wspomnienia otworzyły się tuż przed jej oczami. Pamiętała, jak przyszła do tego lasu z ojcem, który wówczas był jednym ze Strażników. Miała sześć lat i była pełną energii dziewczynką, która dotykała wszystko i zachwycała się całym światem. Wspinała się na drzewa i śmiała dźwięcznym, lekko melodyjnym głosem. Śpiewała, śmiała się i biegała – robiła to wszystko jednocześnie. Ojciec chichotał spod brody, która otaczała jego usta idealnym, złotym kołem. ‘Edward Złotousty’, pomyślała Michelle. ‘Tak go zwali’.
Przypomniała sobie, gdy podczas wspinaczki złapała za łamliwą gałąź i zaczęła spadać w kierunku ziemi. Krzyczała i wiła się w powietrzu przerażona, jednak niepotrzebnie. Gdy otworzyła przestraszone oczy, zdała sobie sprawę, że lewituje w powietrzu. To jej ojciec, Strażnik Pierścienia, uratował ją przed upadkiem. Spokojny, ze skrytą twarzą w buszu długich włosów i brody stał pewnie na trawie, mierząc pierścień w stronę dziewczynki. Przypomniała sobie tą samą postawę Raphaela z pierścieniem i poczuła smutek. Po śmierci Edwarda, jej ojca, to właśnie miedziany chłopak został Strażnikiem Pierścienia. Wygląda, jakby był w moim wieku, jednak w rezultacie jest starszy – pomyślała Michelle. Wieść o śmierci ojca przekazała jej matka, gdy dziewczynka miała zaledwie dwanaście wiosen. Od tamtej chwili minęły już cztery, długie lata, w ciągu których Michelle całkowicie oddała się treningowi i ćwiczeniom. Jednak nigdy już nie mogła zapomnieć.
Spojrzała na swoją sukienkę. Teraz przypominała raczej postrzępioną szmatkę do wycierania podłogi, niż strój wyjściowy. Miała wiele dziur od ostrych mieczy i cała była upaćkana w błocie, do którego wpadła Michelle podczas walki. Błoto dostało się także do jej włosów. Spróbowała wydłubać je palcami, nic to jednak nie dało. Pogorszyła tylko sytuację, gdyż teraz nawet jej palce były całe w brązowej mazi.
Zastanowiła się, co zrobić dalej. Znajdowała się daleko od siedziby Strażników czy chociaż jakiegoś miasta, do tego nie była pewna, w którą stronę iść. Z każdej strony widziała tylko więcej drzew i błota. Spróbowała znaleźć na ziemi jakieś ślady mężczyzn, którzy ją nieśli by wrócić po nich do zamku, nie znalazła jednak nic. Byli bardzo ostrożni i wiedzieli, że muszą unikać takich rzeczy jak błoto, by nie zrobić śladów. Ich skórzane buty były tak czyste, zarówno podeszwy jak i górna część, jakby ktoś przed momentem je wypastował. Syknęła ze złości.
Po chwili zauważyła, że w jej stronę zbliża się grupka osób. Wychodzili z każdej strony lasu i przez chwilę Michelle pomyślała, że to kolejni wrogowi. Wyciągnęła przed siebie jeden z mieczy i zamachnęła się nim by uświadomić intruzów, że nie jest bezbronna. Jej źrenice rozszerzyły się, gdy zdała sobie sprawę, kim są nadchodzący ludzie.
Otoczyli ją, tworząc idealne koło. Michelle przyjrzała im się uważnie. Pierwszy z nich, śniady, wysoki i szczupły mężczyzna z zaczesanymi do tyłu śnieżnymi włosami sterczącymi na każdą stroną przyglądał się jej uważnie spod zimnych, niebieskich oczu. Miał na sobie niebieską szatę wyjściową w srebrne wzory, jednak Michelle spostrzegła, że pod nią ubrał lekką, ochronną zbroję. Poczuła chłód przez same patrzenie w jego oczy. Lyron, Strażnik Różdżki.
Kolejną osobą była kobieta. Miała krótkie, sięgające zaledwie do ramion fioletowe włosy oraz czarne oczy i Michelle poczuła się, jakby patrzyła w samą ciemność. Miała białą cerę, co nadawało jej oczom jeszcze mocniejszy efekt grozy. Jej pomalowane na mocno czerwony kolor usta lekko drgały, gdy wpatrywała się w dziewczynę. Na oko była mniej więcej w wieku Raphaela, jednak Michelle wiedziała, że jest nieznacznie starsza. Ubrana była w zwyczajną, zieloną koszulę na ramiączkach i szarą spódnicę sięgającą kolan. Na plecach miała zawieszony kołczan strzał. Florence, Strażniczka Łuku.
Następny był mężczyzna, któremu czoło i jedno oko zasłaniała czarna, starannie uczesana czupryna. Michelle z fascynacją wpatrywała się w jego złote oko, które wyglądało, jakby ktoś wylał płynne złoto na białą kartkę papieru. Miał ubrany czarny, bojowy strój, na który składały się: czarny pas z kieszonkami na noże do rzucania, czarny napierśnik i pochwa z mieczem zawieszona na plecach. Deven, Strażnik Zegarka Czasu.
Kolejna kobieta za to nie miała żadnej broni ani bitewnego ubrania. Miała na sobie sukienkę koloru krwistej czerwieni, co idealnie dopełniało jej pomarańczowe włosy i wyglądała jak żywy płomień ognia. Miała przyjazną, rumianą twarz z mocno zaznaczonymi rysami i delikatny, złoty makijaż na rzęsach, co tylko umacniało wizerunek ognia. Shale, Strażniczka Maski.
Kolejnym osobnikiem był silnie zbudowany osobnik z włosami sięgającymi barczystych i umięśnionych ramion. Jego włosy były srebrne niczym moneta, jednak było widać, że są to włosy należącego do starego, doświadczonego w boju mężczyzny, który najlepsze czasy ma już za sobą. Mimo to nie sprawiał mniejszego wrażenia, niż przed laty – jego postawa kojarzyła się Michelle z posągami, które zawsze mijała na rynku w swoim miasteczku. Wyglądał jak silna i twarda skała, twarz miał jednak przyjazną i zobaczyła przez lekkie, jednak intensywne zmarszczki, że się uśmiecha. Spojrzała na brązową pochwę z mieczem przyczepioną do paska jego skórzanych spodni sięgających do kolan i zadrżała. Camden, Strażnik Miecza, a zarazem Król Strażników.
Następna kobieta była znacznie starsza, niż swoje poprzedniczki. Miała złote, kręcone włosy sięgające talii – każdy, kto na nie spojrzał, nie mógł prędko oderwać od nich ciekawskiego i zafascynowanego wzroku. Jej oczy były koloru czystego, morskiego morza wzburzonego przez fale. Michelle poczuła, jak tonie w nich i szybko zamrugała, by pozbyć się tego wrażenia. Kobieta miała na sobie strój bojowy koloru błękitu i długą spódnicę sięgającą kostek. Pomimo wieku wciąż robiła wrażenia na mężczyznach, a mijające lata wcale nie pogorszyły jej umiejętności walki. Zamyra, Strażniczka Teleportującej Laski.
Kolejnym mężczyzna był trochę starszy od reszty i niższy – w porównaniu z wysokim Camdenem wyglądał jak karzeł. Miał na sobie beżowy garnitur z długim, szarym krawatem. Michelle spojrzała w jego oczy starego człowieka – podkrążone, zaczerwienione od krwi, jednak bystre i przenikliwe. Miały limonowy odcień tak mocny, że Michelle poczuła, jakby patrzyła w samo serce tego owocu. Na głowie pozostały już tylko nieliczne, siwe włosy – reszta została odebrana przez starość. Mimo swojego wieku mężczyzna miał silne, długie nogi, które utrzymywały jego postać i mimo wzrostu sprawiał mocne wrażenie jak każdy Strażnik. Willem, Strażnik Pucharu Zdrowia.
Ostatnia już kobieta w tym kręgu miała długie, proste czarne włosy i skórę tak rumianą, że wyglądała niemal jak jasny róż. Miała prostą, biała przewiewną szatę, która otulała jej ciało jak firanka okno. Miała też głębokie, fiołkowe oczy i uśmiechała się szeroko, odsłaniając białe zęby. Cassandra, Strażniczka Księgi Mądrości.
I ostatni, zamykający krąg był on. Nagi tors tym razem zakrył zieloną szatą z żółtymi wzorami, co idealnie podkreślało jego zielone oczy. Miał tą samą postawę, co wcześniej – gotowego do rozlewu krwi Strażnika, a zarazem uśmiechniętego, przystojnego chłopca. Jego miedziane włosy były lekko wzburzone, jakby dopiero co wstał z łóżka, a pierścień, niedbale zawieszony na palcu, migotał zielonym i błękitnym światłem. Raphael, Strażnik Pierścienia.
Michelle jeszcze raz z niepokojem spojrzała na twarze wszystkich obecnych. Nie była pewna, co zaraz nastąpi. Wszyscy tracili głowę przy Strażnikach. W dużej mierze przez ich postawę, a także potężne Przedmioty. Spojrzała na Raphaela. Uśmiechnął się, po czym udał ziewnięcie i zapytał:
- Co zajęło Ci tak długo?
***
Gdy Ethan, Cade, Alicja, Jamie i Samantha musieli rano wstać, by pojawić się na konferencji prasowej, byli zgodni co do jednego: nigdy więcej nie będą pić.
Ethan, jako kierowca oczywiście tego nie robił, jednak przez wydarzenia zeszłej nocy był bardzo zmęczony i skończyło się na tym, że wszyscy zgodnie zadzwonili do swojego starego szofera, Steve’a, który często przewoził ich pijanych z jednego miejsca na drugie. Jazda zajęła kilka mozolnych godzin, podczas których Ethan i Samantha dwa razy wymiotowali, udało im się jednak dotrzeć na miejsce.
Wyszli z limuzyny, w której wciąż było czuć alkohol i zawartość ludzkiego żołądka. Zgodnie ziewnęli i spojrzeli przed siebie – stali na chodniku, a przed nimi znajdował się spalony hotel Prim. Straży pożarnej udało się przyjechać dość szybko po incydencie przyjaciół, więc hotel nie był spalony całkiem, spowodowali jednak wiele istotnych szkód. Aktualnie trwała przebudowa – Cade dostrzegł dźwig, z pomocą którego grupka ubranych na czerwono mężczyzn krzyczała na siebie nawzajem i popijali kawę, sterując ogromną maszyną. Wstawiali nowe fundamenty i już za kilka miesięcy hotel powinien odzyskać dawną świetność.
Alicja, Cade, Jamie, Samantha i Ethan ruszyli w stronę hotelu w ciemnych, zakrywających im pijane oczy okularach przeciwsłonecznych. Jamie powstrzymała szybko odruch wymiotny, zatrzymując się na chwilę, kilka sekund później jednak dołączyła do przyjaciół. Przez zamroczenie dopiero teraz zauważyli tłum ludzi stojących przed spalonym hotelem. Cade spojrzał na zegarek w komórce. Godzina… sto dwudziesta trzecia? Nie, to nie miało sensu.
Tłum ludzi ruszył w stronę młodych aktorów. Około tuzin z nich miało duże mikrofony z logami różnych stacji telewizyjnych i magazynów oraz nienaganną, potraktowaną żelem fryzurę – reporterzy. Reszta, około trzydziestu nastolatek zaczęło piszczeć, gdy rozpoznały twarze swoich ulubionych gwiazd. Ethan szybko zamknął oczy i ścisnął powieki palcami.
- Stary, co ty robisz? – spytał go Cade.
- A, racja… - pokiwał głową ledwo przytomny Ethan i przeniósł palce na uszy. Cade pokiwał głową z uznaniem i zrobił to samo.
- Cade, o bój boże, Cade Anderson, Cade Anderson!!! Podpiszesz mi się na… o nie, nie wzięłam żadnej kartki! Czekaj, Cade! Masz, podpisz mi się na klatce piersiowej! – jakaś na oko szesnastoletnia dziewczyna lekko rozchyliła dekolt i podała Cade’owi długopis. Chłopak nie zaprotestował i zaczął pisać. Alicja przewróciła oczami. Po chwili fala fanów dopadła ich wszystkich i zaczęli szybko pisać, by zaspokoić zwierzęta.
- Nie możemy dopuścić, by znowu porwali nam ubrania – powiedziała ze zgrozą Alicja do Jamie i zaczęli szybko pisać i uśmiechać się serdecznie do nastolatek. Po chwili Ethan i Samantha poczuli pod brodami plastik mikrofonu. Teraz pytania.
- Czy możemy liczyć na więcej romantycznych relacji pomiędzy Cadem a Alicją w kolejnym sezonie? Czy będą jakieś nowe romanse? Czy możemy spodziewać się nowych postaci? Czy pojawi się może… - nawałnica pytań uderzyła ich równie gwałtownie, jak nagły powiew letniego wiatru. Zaczęli odpowiadać na pytania, starając się ukryć kac i zamroczenie. Właśnie stanęli przed najtrudniejszą misją w swoim życiu.
Nie minęły dwie minuty, nim zaczęli chichotać bez powodu i bawić się okularami na nosach. Z jeszcze większego upokorzenia wybawił ich nagły, męski głos.
- Hej, dajcie żyć moim aktorom! – powiedział wesoły głos mężczyzny po czterdziestce w czarnym smokingu, który właśnie wysiadł z limuzyny. Miał długie, siwe bokobrody i Ethanowi skojarzył się ze Sknerusem McKwaczem z Kaczora Donalda. Patrzył na Cade’a, Alicję, Samanthę, Jamie i Ethana wesołymi, piwnymi oczami. Gestem dłoni pokazał reporterom i fankom, że konferencja skończona, a sam machnięciem ręki zaprosił przyjaciół do samochodu, uśmiechając się szeroko.
Mężczyzna pościskał im dłonie, przedstawiając się.
- Morty Powell, nowy producent i reżyser, witam, witam. Słyszałem, co stało się z moim poprzednikiem, Davem i bardzo mi jest przykro. Dave był dobrym człowiekiem. Trochę świrniętym, jednak serce miał ze złota – powiedział, jednak szybko zmienił temat – Więc, pijani gwiazdorzy rozmawiają z prasą. Sami prosicie się o niepotrzebny rozgłos.
- To.. to to nie było planowane to – powiedział Cade i uścisnął Morty’ego, ku zażenowaniu reszty grupy – My tylko… to…
- Taaak – Morty podrapał się po bocznej brodzie i uwolnił się z rąk Cade’a – Wchodźcie do samochodu. Może choć trochę wytrzeźwiejecie po drodze.
Posłuchali go i wsiedli, rozpychając się ze względu na ciasne siedzenia. Gdy szofer ruszył, sceneria na zewnątrz powoli zaczęła się zmieniać. Wyjeżdżali z miasta.
- Najpierw pojedziecie do nowego hotelu – powiedział Morty – kazałem moim ludziom sprowadzić tam wszystkie wasze rzeczy. Tam, gdzie będziemy kręcić nie ma hotelów, w pobliżu nie ma nawet żadnego kiosku, więc zatrzymamy się w hotelu Arte po drugiej stronie miasta. Do tej małej wioski na zdjęcia… chyba nazywała się Poland… będziemy musieli dojeżdżać – zakończył rozmowę i sięgnął coś leżącego na przednim siedzeniu.
- ‘Pijackie upokorzenie młodych celebrytów’?! – Samantha z furią zaczęła przerzucać strony w gazecie – Jak to możliwe?! Rozmawialiśmy z nimi zaledwie kilka minut temu!
- Potęga mediów – powiedział Morty i zaśmiał się – O, chyba jesteśmy już na miejscu.
Wysiedli z limuzyny i skierowali swoje kroki w stronę nowego hotelu. W dużym stopniu przypominał on Prim, w którym zatrzymywali się niedawno – sprawiał ogromne wrażenie i posiadał wiele okien. ‘W sumie jak każdy hotel’, pomyślał Cade. ‘W czym one się od siebie różnią?” Widzieli w swoim życiu już ich tak wiele, że ciężko było im spamiętać wszystkie nazwy.
Weszli do hotelu, po czym Morty przywitał portiera i zaprowadził przyjaciół do ich pokoi na trzecim piętrze. Otrzymali kluczyki i z wielką ulgą położyli się na ogromnych, miękkich łóżkach.
Kilka godzin później Cade’a obudził dźwięk telefonu. Przetarł oczy i spojrzał na ekran.
‘Kocham Cię’ – brzmiała wiadomość od numeru Hayley Hoover, tęczowłosej bogaczki z Beverly Hills. Uśmiechnął się i wystukał odpowiedź.
‘Ja Ciebie też’
***
- Zaliczyłaś pierwszą próbę – mówił dalej Raphael, bawiąc się pierścieniem na palcu – Gotowa na następną?
Michelle wcale nie była gotowa – nie po tej wyczerpującej walce, którą z ledwością udało jej się wygrać. Spojrzała na swój medalion i postrzępioną sukienkę, po czym odezwała się do Strażnika.
- Dlaczego mnie otruliście?
Raphael nie spuszczał wzroku ze swojego pierścienia, uśmiechnął się jednak pod nosem.
- Próba, Michelle. Element zaskoczenia, zaskoczenie Cię w momencie, w którym w ogóle się tego nie spodziewałaś. Musieliśmy sprawdzić, co zrobisz – powiedział i spojrzał na nią mocnymi, zielonymi oczami. Nie mogła oderwać od nich wzroku, tak samo jak podczas uczty w zamku i jeszcze wcześniej, gdy obserwowała go podczas swojej ceremonii otrzymania Przedmiotu. Wszystkie troski w tym momencie zniknęły.
- Przydałaby Ci się teraz nowa sukienka – powiedział i zadowolony z własnego żartu, popatrzył z nadzieją na resztę Strażników. Stali jak mur, a ich wargi nawet nie drgnęły – Widzisz? Stoją jak słupy. Zero poczucia humoru.
Milczący i skupieni na Michelle Strażnicy sprawiali jeszcze bardziej przerażające wrażenie, niż wcześniej. Przełknęła ślinę – ich wzrok wbijał się w nią jak sztylety.
- Na pocieszenie mogę Ci powiedzieć, że to dopiero początek – mówił dalej Raphael i uśmiechnął się szeroko do dziewczyny, zadowolony z tego, co zaraz powie – Próba druga jest o wiele gorsza.
- Na.. na czym polega? – wydukała zaskoczona dziewczyna. Myślała, że to już koniec na dzisiaj.
- Widzę, że zatrzymałaś sobie miecz – popatrzył na miecz w jej drgającej dłoni. – Dobrze. Przyda Ci się. – Przeleciał po kolei wzrokiem wszystkich Strażników i uśmiechnął się jeszcze szerszej; Michelle nie była pewna, czy to możliwe, jednak zaskoczył ją – Tam – wskazał za siebie – Jeśli będziesz szła wystarczająco długo wśród ścieżki, dotrzesz do naszej siedziby. To jakieś… powiedzmy, pięć jardów. Niedużo. Musisz tam dotrzeć, to wszystko.
Michelle również się uśmiechnęła. Wreszcie coś prostego. Kiwnęła głową i zaczęła iść w wyznaczonym kierunku, jednak już po trzech krokach usłyszała rozbawiony dźwięk głosu Raphaela.
- Ah, prawdopodobnie zapomniałem wspomnieć o czymś ważnym. Oczywiście my – wskazał palcem na siebie i pozostałych ośmiu strażników – Będziemy próbowali Cię powstrzymać.
Podziękowania dla autora posta:
Nillay